Berlin. Podsumowanie roku 2013

ZMIANY

Rok 2013 rozpoczął się w Berlinie od zmian. Po sześciu latach ze stanowiska dyrektorki Kunst Werke odeszła Susanne Pfeffer, a jej miejsce zajęła Ellen Blumenstein, osoba znana lokalnemu środowisku jako współtwórczyni kolektywu kuratorskiego The Office, prowadząca Solon Populaire, a także osoba zaangażowana w działania Haben und Brauchen. Blumenstein swoje dyrektorowanie rozpoczęła w maju wystawą „Relaunch: Teaser”, która zaskoczyła widzów. Kiedy weszli w dniu jej otwarcia do Kunst Werke, okazało się, że przestrzeń instytucji jest całkowicie pusta. A właściwie nie tyle pusta, ile wyczyszczona, gdyż usunięto z niej ściany działowe i przywrócono oryginalny kształt pomieszczeń. Przestrzeń pusta była tylko pozornie. Wystarczyło się dokładnie przyjrzeć, aby zobaczyć, że artysta Nedko Solakov powypisywał w różnych dziwnym miejscach na ścianach zdania, hasła, sentencje opisujące relacje artysta – kurator. Nie ma wątpliwości, że wystawa ta miała na celu „odczyszczenie” Kunst Werke i zaznaczenie, że oto zaczyna się nowy rozdział w działalności instytucji. Na razie trudno stwierdzić, jak się ma Kunst Werke pod przewodnictwem Ellen Blumenstein. Widoczne jest jednak, że nowa dyrektorka chce otworzyć instytucję na dialog z lokalnym środowiskiem artystycznym jako ogólnodostępną i antyhierarchiczną platformę. Niedługo zostanie zainaugurowany nowy cykl – „One Night Stand” – antyinstytucjonalnych działań, w których może wziąć udział każdy, nie ma jury, kuratorów ani eliminacji. Są za to opłaty wstępu.

Inaczej jest również na Unter den Linden, w przestrzeni Deutsche Banku, która po zakończeniu współpracy z Fundacją Guggenheima zmieniła się w Deutsche Bank Kunsthalle. Celem bodajże pierwszej prywatnej niemieckiej Kunsthalle jest kontynuowanie wcześniejszych projektów, takich jak nagrody dla artysty/artystki roku czy prezentacja prac z kolekcji banku. Otwarcie nowej przestrzeni było piarowym majstersztykiem, gdyż pomimo braku informacji oraz reklam w ciągu zaledwie 24 godzin wszyscy o nim wiedzieli. Wszystko zaczęło się od niewinnego i lakonicznego ogłoszenia. Na początku kwietnia 2013 Deutsche Bank Kunsthalle ogłosiło nabór prac na wystawę, która ma trwać całe dwadzieścia cztery godziny. Nie mniej, nie więcej. Do „Macht Kunst” zgłosić się może każdy, nieważne, czy z dyplomem, czy samouk, z jedną pracą wykonaną w dowolnym tradycyjnym medium i nieprzekraczającą określonych rozmiarów. Na wystawę przyjętych zostanie tyle prac, ile się zmieści w Deutsche Bank Kunsthalle, od podłogi po sam sufit. Aby podgrzać atmosferę, dorzucono kilka znanych nazwisk, które ma jury ma spośród zgłoszonych prac wybrać trzy zwycięskie. Ich autorom obiecano nagrody w postaci opłacenia pracowni przez rok i indywidualnej wystawy w przestrzeniach berlińskiej Kunsthalle. Na odzew nie trzeba było długo czekać. Już wieczorem dnia poprzedzającego rozpoczęcie akcji przed wejściem do banku zaczęli gromadzić się chętni gotowi czekać całą noc, aby być pierwszymi w kolejce. Godzinę po otwarciu rejestracji nie było już miejsca na więcej prac, a kolejka ciągle rosła. W samo południe sięgnęła Placu Operowego i wejścia na Uniwersytet Humboldta. Widząc odzew berlińskich artystów, organizatorzy „Macht Kunst” postanowili dalej przyjmować prace, które nie wiadomo gdzie i kiedy zostaną wystawione. Ten niecodzienny widok przyciągnął telewizję oraz gazety i nagle o otwarciu Deutsche Bank Kunsthalle zrobiło się głośno – każdy w Berlinie wiedział, o co chodzi. Widok setek artystów stojących od bladego świtu w deszczu i zimnie z pracą pod pachą, liczących na to, że tym razem może się uda i wreszcie ktoś ich dostrzeże, nie napawał optymizmem. Wręcz przeciwnie – dawał dużo do myślenia.

Żeby uczestniczyć w otwarciu wystawy również trzeba było odstać w kolejce, u której końca zdawały się czekać wrota Sezamu. Nic bardziej mylnego: wchodziło się do pomieszczenia zawieszonego od góry od dołu pracami w różnorakich formach, stylach i rozmiarach, wśród których może i znalazłyby się jakieś interesujące perełki, tyle że zginęły w szaroburej i bezwartościowej masie. Prace, które nie zmieściły się na Unter den Linden, zaprezentowano później, w czasie Berlin Gallery Weekend. Po doświadczeniach pierwszej wystawy, tę drugą z czystym sumieniem sobie odpuściłam.

Trójka szczęśliwców została wybrana, a ich wystawy planowane są na bieżący rok. Na stronie Deutsche Bank Kunsthalle już pojawiła się wiadomość o kolejnej edycji „Macht Kunst”. Ciekawe kto tym razem będzie chętny do macht mit1.

Sporym zaskoczeniem były też nominacje do nagrody Nationalgalerie, przyznawanej młodym artystom mieszkającym i tworzącym w Berlinie. Nagrody, która ma wspierać najważniejsze pozycje w sztuce aktualnej, a także odzwierciedlać międzynarodowość i żywiołowość młodej sceny berlińskiej. Zmianie uległa formuła konkursu, która do tej pory honorowała zwycięzcę wysoką nagrodą pieniężną. W tym roku na laureata czekała możliwość indywidualnej wystawy w jednej z przestrzeni Nationalgalerie oraz publikacja towarzysząca. O żadnych pieniądzach nie było mowy.

O ile w poprzednich edycjach wyróżniano artystów eksperymentujących i poszukujących nowych rozwiązań, o tyle tym razem cała czwórka – trzy artystki: Kerstin Brätsch, Mariana Castillo Deball, Haris Epaminonda oraz jeden artysta: Simon Denny – to przedstawiciele sztuki, którą można nazwać bezpieczną. Może podbudowaną teoretycznie i zaangażowaną, ale do bólu ładną i przyjemną. Zaprezentowane projekty oglądało się dobrze, jednak wszystkie sprawiały wrażenie mało ekscytujących, wręcz przerażająco nudnych. Nagrodę przyznano pochodzącej z Meksyku Marianie Castillo Deball, której prace pokazywane były wcześniej na ostatnich documenta, w MoMA, Biennale w Wenecji oraz w Sao Paulo. Jak dla mnie nagrody Nationalgalerie to największe rozczarowanie zeszłego roku.

AUF ENGLISCH, BITTE

2013 rok z pewnością nadał berlińskiemu światu sztuki pewien porządek. Rytm tutejszego życia artystycznego wyznaczyły dwa wydarzenia: Berlin Gallery Weekend z przełomu kwietnia i maja oraz Berlin Art Week, rozpoczynający w połowie września powakacyjny sezon.

Pierwsze ze wspomnianych wydarzeń jest na tyle ustabilizowane i wpisane w berliński kalendarz (w tym roku będzie obchodzić swoje dziesięciolecie), że wiadomo, czego można się po nim spodziewać i niczym nowym ani spektakularnym nie jest w stanie zaskoczyć.

Drugie jest pomysłem świeżym (w minionym roku miało swoją drugą odsłonę) i nie ma do końca wypracowanej formuły, przez co liczyć można, że jeszcze przez kilka lat będzie polem eksperymentów. W 2013 postawiono na berlińskie instytucje oraz targi sztuki. Projekt o dumnym (a może złowieszczym) tytule „Painting Forever!” zjednoczył pod flagą malarstwa Berlinische Galerie, Deutsche Bank Kunsthalle, Kunst Werke oraz Neue Nationalgalerie. W pierwszej z nich poświęcono uwagę Franzowi Ackermannowi, Deutsch Bank Kunsthalle wyróżniło trzy współczesne berlińskie malarki: Antje Majewski, Katrin Plavčak, Giovany Sarti oraz nieżyjącą Jean Mammen. Neue Nationalgalerie dla przeciwwagi postanowiło zaprezentować lubujących się w wielkoformatowym malarstwie artystów: Martina Edera, Michaela Kunze, Anselma Reyle i Thomasa Scheblitza. Ellen Blumenstein zaprosiła do Kunst Werke siedemdziesięcioro malarek i malarzy mieszkających i tworzących w Berlinie. Każdego uczestnika i każdą uczestniczkę reprezentował tylko i wyłącznie jeden obraz. Wszystkie zostały powieszone obok siebie, od góry do dołu, tak aby zakryć całą powierzchnię ściany. O ile w czasie akcji „Macht Kunst” było to nie do zniesienia, o tyle w Kunst Werke o dziwo! zadziałało. Prace umieszczono w sali z antresolą, z której wszystkie naraz można było objąć wzrokiem – tak oglądane tworzyły rodzaj kolorowego patchworka.

Wymienione wystawy miały pokazać siłę malarstwa na berlińskiej scenie artystycznej. Posunięcie ryzykowne, gdyż do tej pory za siłę berlińskiej sceny uważano wszystko to, co salonowości i złotym ramom zaprzeczało i czego nie można było ująć w estetyczne ramy. A więc wszystko, tylko nie malarstwo.

Berlin Art Week miał być również czasem targów sztuki. Targów, których się oczekuje, a których ciągle nie ma, gdyż żadne z wydarzeń satelickich nie zapełniło luki po Art Forum. Mimo starań i wysiłków ani Preview (które w tym roku przeniosło się z Tempelhof do mniej atrakcyjnych postindustrialnych przestrzeni w okolicach Nordbahnhof), ani Berliner Liste (pod nowym kierownictwem), ani abc (również z nową dyrektorką) nie sprostał wymaganiom bycia targami sztuki z prawdziwego zdarzenia. Co prawda o abc mówi się jako o innowacyjnych targach o nowej, świeżej formule, nieograniczonej ścianami stoisk. Jednak dla mnie zeszłoroczne abc – tak samo zresztą jak te sprzed dwóch lat – przypominały bardziej źle zorganizowaną wystawę z masą niedobrze wyeksponowanych prac niż eksperyment targowy.

Na razie trudno powiedzieć, co wyrośnie z Berlin Art Week i jakie znaczenie wydarzenie to będzie miało dla Berlina, i czy rzeczywiście wpłynie na miasto oraz będzie dla niego pozytywnym impulsem.

WARTE UWAGI

W minionym roku w morzu mniej i bardziej udanych projektów pojawiło się kilka, na które warto zwrócić uwagę.

Na samym początku roku w znajdującej się na Kreuzbergu niezależnej przestrzeni Grimmuseum (która z muzeum ma niewiele wspólnego) odbyła się wystawa „Daddy, you can’t make a cactus… This has be done!”, kuratorowana przez… dziesięcioletniego chłopca. Cato, syn artysty, wytrawny bywalec wernisaży oraz wydarzeń artystycznych, wybrał dziesięć swoich ulubionych prac wykonanych przez różnych artystów i stworzył z nich wystawę. Co istotne – nie były złe. Trudno dyskutować nad głębszym sensem tej akcji (bo w takich kategoriach zakwalifikowałabym to wydarzenie), niemniej jednak warto przyjrzeć się jej z dystansu. Hasło „dziesięcioletni kurator” działało jak magnes i w każdej gazecie – od szacownego dziennika po alternatywny przewodniku po Berlinie – ukazała się przynajmniej wzmianka o Cato. Wydarzenie można potraktować jak pstryczek w nos kuratorom, siedzącym po nocach, przygotowujących koncepty oraz piszących teksty, które aż roją się od cytatów z poważnych dzieł poważnych ludzi. I co nam z waszej pracy – zdaje się mówić Grimmuseum – skoro możemy was zastąpić dziesięciolatkiem. Trochę dystansu do was samych!. Z drugiej strony, świat sztuki potrzebuje coraz młodszych odkryć, świeżych nazwisk, gwiazd, które jeszcze same nie wiedzą kim chcą być. Patrząc na dziesięcioletniego Cato można postawić pytanie: Czy w świecie younger then i no more then’ istnieje jakaś dolna granica? Czy jeśli nie odnieśliśmy sukcesów w czasie „przed” i „nie więcej niż” to już jesteśmy przegrani? Czy to nie my sami wpędzamy siebie w paranoję?

Bez wątpienia do wydarzeń roku należała otwarta w marcu retrospektywa Martina Kippenbergera w Hamburger Bahnhof, o której na łamach „Obiegu” pisał Marek Staszyc2.

W zalewie majowego szaleństwa Art Weekendu szczególnie wybijały się dwie wystawy, które (co bardzo mnie cieszy) zawierały polski kontekst. W ZAK BRANICKA indywidualną wystawą pokazała VALIE EXPORT, która tym wydarzeniem rozpoczęła współpracę z galerią. Wystawa prezentowała najbardziej znane prace artystki, uzupełnione o rzadko pokazywane rysunki, fotografie i dokumenty. Prezentowała zarówno tę dobrze znaną wszystkim VALIE EXPORT, jak i tę nie tak do końca oczywistą. W przeciwieństwie do innych zaplanowanych w czasie Berlin Gallery Weekend „Bilder der Berühung” wciągała i wymuszała różne rodzaje odbioru: przez wzrok, przez węch, przez słuch. Wymagała zatrzymania się, chwili koncentracji i skupienia.

VALIE EXPORT, „Bilder der Berührung” widok ogólny wystawy © VALIE EXPORT | Bilder der Berührung, ŻAK | BRANICKA, zdjęcie: Eric Tschernow, dzięki uprzejmości ŻAK | BRANICKA, Berlin
VALIE EXPORT, „Bilder der Berührung” widok ogólny wystawy © VALIE EXPORT | Bilder der Berührung, ŻAK | BRANICKA, zdjęcie: Eric Tschernow, dzięki uprzejmości ŻAK | BRANICKA, Berlin

Kolejna wystawa zorganizowana została po sąsiedzku, w galerii Izabelli Czarnowskiej. Opierała się na zestawieniu prac dwóch artystek – Aliny Szapocznikow i Anette Messager. Wystawa „Nördlich der Zükuft”, opatrzona tekstem Andy Rottenberg, sprawiła, że te dwie zdawać by się mogło różne artystki nagle stały się sobie bliskie, a ich prace weszły w dialog o kobiecości, o byciu kobietą i o tym, co kobiece. Aż dziwi mnie to, że wystawa, mimo wzmożonego zainteresowania Szapocznikow w Polsce oraz pielgrzymek polskich dziennikarzy i krytyków do Berlina, nie została dostrzeżona. Dla mnie była absolutnym hight light wystaw w galeriach komercyjnych.

„Nordlich der Zükunft”, praca Aliny Szapocznikow Fioncée folle blanche i fragment pracy Annette Messager Hotel / Fiction, © dzięki uprzejmości Galerie Isabella Czarnowska, Berlin
„Nordlich der Zükunft”, praca Aliny Szapocznikow Fioncée folle blanche i fragment pracy Annette Messager Hotel / Fiction, © dzięki uprzejmości Galerie Isabella Czarnowska, Berlin

Przejawem stabilizowania się berlińskiej sceny artystycznej jest i to, że w sierpniu Berlin zaczyna przypominać Paryż. Prawie wszystkie galerie komercyjne czy niezależne zamknięte były na cztery spusty, a w instytucjach państwowych królowały blockbustery i wielkie nazwiska. Jedną z wakacyjnych wystaw była zorganizowana w Martin Gropius Bau „Kapoor in Berlin”. Pierwsza szeroko zakrojona wystawa brytyjskiego lorda, trzeba powiedzieć wprost, nie zapierała tchu w piersiach. Mimo spektakularnych i znanych projektów, wystawę oglądało się bez emocji.

Sezon ogórkowy uratował NGBK wystawą przejętą od Haus der Architektur w Grazu. „Urlaub nach dem Fall” prezentowała jugosłowiańską socjalistyczną architekturę ośrodków wczasowych chorwackim obecnie wybrzeżu Adriatyku. Temat ważny, bo poruszający istotny dla Wschodniej Europy problem: niechcianego, źle kojarzonego dziedzictwa, którego wartość i znaczenie obecnie próbuje się z mniejszym lub większym skutkiem restytuować. W Chorwacji, ominiętej przez prywatyzację, a także boom na wakacyjne apartamenty – plagę Hiszpanii czy Grecji – większości kompleksów udało się przetrwać w lepszym lub gorszym, ale nienaruszonym stanie. Ich plany, rozwiązania, a także wpisanie w otaczające środowisko, są przykładem bardzo dobrej architektury późnego modernizmu, której dane było dotrwać do niełatwych czasów.

Jesień należała do austriackiego kolektywu Gelatin, zaproszonego przez Schinkel Pavilion w ramach Berlin Art Week. Stworzona przez grupę „dyskursywna konstrukcja versus komunikatywna destrukcja”, jak brzmiał podtytuł wystawy, jest dzianiem się, które trudno jednoznacznie zakwalifikować, a które mimo wrażenie chaosu wcale nim nie jest. Jest zamkniętym cyklem, w którym coś powstaje z niczego tylko po to, aby stać się czymś innym.

fragment performance’u „GELATIN-STOP-ANNA LY SING- STOP”, Schinkel Pavilion, zdjęcie dzięki uprzejmości Beureau N, Berlin
fragment performance’u „GELATIN-STOP-ANNA LY SING- STOP”, Schinkel Pavilion, zdjęcie dzięki uprzejmości Beureau N, Berlin

W listopadzie Sophiensaule zorganizowało „Enthüllung des Realen”, pokaz najważniejszych projektów niemieckiego reżysera Mila Raucha oraz założonego przez niego International Institut of Political Murder. Artysta w swoich działaniach z pogranicza teatru i sztuk wizualnych sięgnął do archiwum historii najnowszej, wyciągnął z niej i następnie „ujawnił” przed widzami najgłośniejsze i najbardziej kontrowersyjne wydarzenia: procesy: małżeństwa Ceausescu, Andersa Breivika, Pussy Riot czy akty ludobójstwa w Ruandzie. W taki sposób, że stają się one nie wyabstrahowanymi wydarzeniami rozgrywającymi się na ekranach telewizorów, ale realnymi zdarzeniami dziejącymi się tu i teraz.

Zeszły rok zamknęła retrospektywa Christopha Schlingensiefa. Ten reżyser teatralny i filmowy, artysta wszechstronny, określany jako „ twórca obrazów”, zmarł niespodziewanie w 2010 roku na raka płuc, w czasie przygotowań Pawilonu Niemieckiego na weneckie Biennale. „532” jest wystawą zbierającą wszystkie najważniejsze realizacje artysty współczesne Gesamtkunstwerki, w których artysta wydobywa z Niemców ich największe lęki, traumy oraz koszmary po to, by położyć je przed nimi na talerzu. Jest więc nazizm, Kościół, rasizm, ksenofobia, przemoc fizyczna i seksualna. Jest również i śmierć. Oglądając wystawę, nie trudno nie zauważyć, że wszystkie poruszane przez artystę problemy mają tak naprawdę uniwersalny charakter i można je odnaleźć w każdym społeczeństwie. Jedyną kwestią jest to, ile odwiedzający wystawę jest w stanie z tego talerza zjeść.

POWRÓT NA ZACHÓD

Miniony rok był rokiem poważnych przetasowań na berlińskiej mapie galeryjnej. Linienstrasse i Augustrasse są martwe już kolejny sezon i raczej nic nie zwiastuje ich rychłego come-back’u. Całkowicie zniknęło zagłębie galeryjne na Heidestrasse oraz Halle am Wasser, kompleks na tyłach Hamburger Bahnof. Pierwsze miejsce już od jakiegoś czasu opuszczały kolejne galerie. Halle am Wasser z założenia powstało jako projekt czasowy, który miał się zakończyć w momencie rozpoczęcia budowy kompleksu mieszkaniowego. Obydwa miejsca, położone w bliskim sąsiedztwie oraz od siebie zależne, przestały istnieć jeszcze przed początkiem lata.

Rok 2013 należał bez wątpienia do Potsdamer Strasse, a dokładnie do przestrzeni niedziałającej drukarni Tagesspiegel, która została zaanektowana pod przestrzenie wystawiennicze. Swoje nowe siedziby wzdłuż całej Postdamer Strasse oraz przy ulicach jej przyległych znaleźli uciekinierzy z Heidestrasse (Plan B, Jarmuschek + Partner). Przeniosły się tutaj również galerie z innych części Berlina: Michael Janssen, Galerie Loock czy Galerie Guido W. Baudach. Inaugurację nowego artystycznego place to be połączono z Berlin Gallery Weekend, dzięki czemu od razu, z impetem weszło ono w krwioobieg miasta.

Ożywienie widać również w innych zachodnich dzielnicach, które do tej pory uważano za nudne i mało atrakcyjne. Początek renesansu przeżywa Charlottenburg, który w latach dziewięćdziesiątych z tętniącego życiem centrum miasta stał się pustynnym przedmieściem.

Już niedługo niedaleko Dworca Zoo reaktywuje swoją działalność C/O.

Obchodząca w zeszłym roku czterdziestolecie działalności galeria Max Hetzler zadomowiła się w dwóch nowych siedzibach niedaleko UdK oraz Savignyplatz i jest tylko kwestią czasu, kiedy dołączą do niej kolejne.

COŚ SIĘ ZACZYNA

Moim tegorocznym odkryciem był projekt „Between You and Me” realizowany przez Bettinę Springer. Kuratorka stworzyła czasowy projekt w przestrzeni przy biegnącej równolegle do Sprewy Wallstrasse, na której zachowały się resztki historycznych domów kupieckich. W jednym z tych budynków na parterze ostały się resztki konstrukcji i wyposażenia sklepu metalowego, założonego na początku XIX wieku. Sama przestrzeń nie jest przychylna wystawom. Żeliwne kolumny, schody i antresola z kutą balustradą, obiegająca przestrzeń, zachowane szafy i gołe mury wręcz wymuszają odejście od klasycznych wystaw czy prezentacji tradycyjnych mediów. Bettina Springer do współpracy zaprasza artystów, których instalacje trudno wpasować do uniwersalnych przestrzeni galeryjnych. Kuratorce jak dotąd udało się w tych specyficznych warunkach połączyć sztukę i przestrzeń. Do końca zeszłego roku w Between You and Me odbyły się cztery wystawy. Za każdym razem prezentowane instalacje dobrze grały z przestrzenią i odwrotnie – przestrzeń mimo obecności nowego elementu nic nie traciła. W tym roku projekt czeka jeszcze kilka odsłon. Ile? Dokładnie nie wiadomo. Wszystko zależy od właściciela budynku, który szykuje się do jego generalnego remontu.

Patrick Ebersperger, galerzysta specjalizujący się we współczesnej sztuce austriackiej prowadził do tej pory niewielką galerię na tyłach głównej biblioteki Uniwersytetu Humboldta. We wrześniu tego roku postanowił zmienić przestrzeń i przeniósł się na Wedding. Pomysł ryzykowny, szczególnie, że od paru lat podejmuje się próby oswojenia tej części Berlina, w której życie artystyczne z trudem zapuszcza korzenie. Najbardziej zaskakujący był wybór przestrzeni. Galeria Patricka Eberspergera ulokowała się w kompleksie niedziałającego... krematorium. Nową siedzibę inaugurowała grupowa wystawa artystów współpracujących z galerzystą. Sama wystawa jednak nie przyciągnęła aż tyle uwagi, ile sam fakt, że oto w Berlinie w krematorium otwiera się galeria. Wyglądało na to, że wernisaż był tylko pretekstem do odwiedzenia budynku oraz wszystkich jego zakamarków.

Galerie Patrick Ebensberger, ogólny widok wystawy z pracami Davida Moisesa, Isy Schmidlehner, Thomasa Rentmeistera, Hajnal Németh i Locusta Jones, © Ludger Paffrath, dzięki uprzejmości Galerie Patrick Ebensperger
Galerie Patrick Ebensberger, ogólny widok wystawy z pracami Davida Moisesa, Isy Schmidlehner, Thomasa Rentmeistera, Hajnal Németh i Locusta Jones, © Ludger Paffrath, dzięki uprzejmości Galerie Patrick Ebensperger

COŚ SIĘ KOŃCZY

Zaskoczeniem była podana w połowie lipca informacja o zamknięciu galerii Klosterfelde. Martin Klosterfelde, pochodzący z rodziny o mocnych galeryjnych tradycjach, był jednym z pionierów berlińskiej sceny artystycznej. W latach 90. współtworzył fenomen Linienstrasse. W 2000 roku, gdy galerzyści masowo zaczęli ją szturmować, przeniósł się w mało atrakcyjne miejsce na Zimmerstrasse. W 2008, w momencie kryzysu ekonomicznego, jako pierwszy przeniósł swoją galerię właśnie na Potsdamer Strasse, na pierwsze piętro szacownej mieszczańskiej kamienicy. W jego „stajni” znajdowali się artyści tacy jak Hanne Darboven, Emelgreen & Drangset czy Christian Jankowski. Wiadomość o zakończeniu działalności galerii podyktowanym „względami osobistymi” wprawiła berliński świat artystyczny w zdumienie. W gazetach pojawiły się fatalistyczne tytuły w rodzaju „Czy galerie mają jeszcze jakąś przyszłość?”. Dodatkowo niecałe dwa tygodnie po oficjalnym zamknięciu galerii Klosterfelde okazało się, że że eksgalerzysta rozpoczyna pracę w berlińskiej filii domu aukcyjnego Phillips jako dyrektor i specjalista od sztuki współczesnej. W środowisku zawrzało. Czyli chodziło o pieniądze? A może wcale nie. Może to tylko znak poddania się i zaprzestania walki na polu galeryjnym. Dla wielu decyzja Klosterfelde przestała być istotna – stała się tylko potwierdzeniem tego, o czym wielu myśli, ale nikt nie miał dość odwagi, aby powiedzieć na głos „Berlin ist durch”3.

Z początkiem grudnia swoją działalność zamknął również hotel Bogota, który można byłoby nazwać berlińską wersją Chelsea Hotel. Działający od zawsze w kamienicy znajdującej się przy ulicy dochodzącej do Kurfürstendamm, chociaż nie należał do najbardziej ekskluzywnych, chętnie zatrzymywali się w nim artyści, fotografowie, dziennikarze, ludzie ze świata kultury i sztuki. Stał się swoistym „domem kultury”. To miejsce, które było historią samą w sobie. Budynek powstał na początku XX wieku jako luksusowa, aczkolwiek czynszowa, kamienica. Mieszkała i tworzyła w niej fotografka Yva, której asystował młody Helmut Newton. W czasie wojny budynek służył jako Izba Kultury, po wojnie jako miejsce wystaw i spotkań kulturalnych, a od 1964 zaczął funkcjonować jako hotel. W 2005 roku budynek został wykupiony przez prywatnego inwestora, który z końcem listopada 2013 wymówił właścicielowi hotelu umowę najmu. Mimo petycji, zbiórek pieniędzy oraz apeli o wsparcie i utrzymanie hotelu, władze miasta nie wyraziły chęci pomocy w ratowaniu miejsca. Z końcem listopada właściciel hotelu zorganizował więc wyprzedaż wyposażenia. Na kilka dni przed zamknięciem działający na zasadzie krótkich, geurillowych wystaw fotografii kolektyw KLEISTER, założony przez fotografki Hannę Goldstein i Katję Haustein, zorganizował ostatnią wystawę i jeszcze na chwilę tchnął życie w puste przestrzenie. 55 zaproszonych fotografów w ciągu kilku godzin wykleiło ściany pustych pokoi wydrukowanymi fotografiami, które kilka dni później tak szybko jak się pojawiły, ze ścian zniknęły.

KLEISTER w hotelu Bogota, dzięki uprzejmości Hanny Goldstein
KLEISTER w hotelu Bogota, dzięki uprzejmości Hanny Goldstein

NO MONEY, NO ART

Problemom berlińskiej niezależnej sceny artystycznej poświęciłam więcej uwagi w ramach podsumowania roku 2012. Wspominałam o jednorazowych dotacjach, które przyznawane są berlińskim niezależnych przestrzeniom oraz inicjatywom. W 2013 w ramach drugiej edycji spośród 180 zgłoszeń wyróżnionych zostało siedem inicjatyw: Kreuzberg Pavillion, Altes Finanzamt, uqbar, KUNSTrePUBLIK, LEAP, Walden Kunstausstellungen oraz (co dla wszystkich było zaskoczeniem) Hip Hop Stützpunkt mit From Here To Fame Common Ground Gallery, miejsce, które w przeciwieństwie do pozostałych było do tej pory mało znane. Nagroda ciągle jest kroplą w morzu potrzeb i nie rozwiązuje najważniejszego problemu – braku systemu regularnego finansowego wsparcia dla niezależnych miejsc.

Według Urzędu Statystycznego Landu Berlin i Brandenburgii tylko w sierpniu Berlin odwiedziło ponad 1 120 000 turystów, każdy spędziił w tym mieście statystycznie 2,6 dnia4. Ilość turystów krążących z mapami po Kreuzbergu i pytających „Where is the Mauer?” sprawia, że mieszkańcy najchętniej wynajęliby swoje mieszkania, wsiedli do pociągu byle jakiego, wyjechali i wrócili z początkiem września. Władze miasta zaś, obserwując prawie 10% wzrost względem roku poprzedniego, postanowiły go wykorzystać, aby podreperować miejski budżet. Powstał więc pomysł city tax, podatku akomodacyjnego, znanego wszystkim zmuszonym regularnie odwiedzać Wenecję. Wprowadzony od połowy grudnia zeszłego roku ma przynieść miastu rocznie 25 milionów euro. Które, jak zapewniają władze, zostaną przeznaczone na wsparcie kreatywnej i niezależnej berlińskiej sceny artystycznej.

Kolejny pomysł, kolejne sumy z coraz większą liczbą zer, za którymi dalej stoi ten sam problem. Wprowadzenie podatku, czyli rozwiązania po linii najmniejszego oporu, potwierdza tylko bezradność władz oraz brak pomysłu na miasto oraz jego przyszłość. Członkowie Haben und Brauchen, którzy, kiedy podano do wiadomości publicznej pierwsze informacje o wprowadzeniu city tax, właśnie na te aspekty zwrócili uwagę i w otwartym liście do burmistrza Klausa Wowereita przedstawili swoje zastrzeżenia i wyrazili sprzeciw odnośnie planowanego podatku. „My, artyści i artystki, twórcy i twórczynie kultury w żadnym wypadku nie chcemy być zależni od berlińskiej turystyki. Nie chcemy więcej turystów po to, aby poprzez opodatkowanie prywatnych hoteli móc lepiej żyć!”5 – protestowali i wskazywali, że pomysł ten nie rozwiąże problemów miasta. Żądali również, aby w razie wprowadzenia podatku cała pozyskana suma była przekazywana na wsparcie niezależnych działań kulturalnych i artystycznych.

Podatek został wprowadzony, zyski oszacowane, ale na razie nie wiadomo ile, w jaki sposób, na jakie działania i komu pieniądze te zostaną przekazane. Pozostaje więc czekać na kolejne decyzje i pomysły oraz na kolejny rok, w którym się okaże, czy city tax rzeczywiście przyniósł jakieś korzyści.

Linki do wystaw oraz omawianych wydarzeń:
1.“Daddy, you can’t make a cactus… This has be done!”, Grimmmuseum
2.VALIE EXPORT, „Bilder der Berühung“, galeria ZAK BRANICKA 
3.Alina Szapocznikow & Annette Messager, „Nördlich der Zukunft“, Galerie Isabella Czarnowska 
4.„Urlaub nach dem Fall“, NBGK 
5.Milo Rauch i IIPM, „Enthüllung des Realen“, Sophiensaele 
6.Christoph Schlingensief, 532, Kunst Werke
7.KLEISTER, “Blue Monday”, Hotel Bogota
8.Between you and me
9.Karolina Majewska, “Berlin Art Week. Lawina malarstwa” 
10.Ewa Latkowska-Żychska, „Mazią z armaty. Kapoor w Berlinie

Zobacz też
Ranking „Obiegu" 2013: Przemysław Chodań, Dorota Jarecka, Izabela Kowalczyk, Wojciech Kozłowski, Adriana Prodeus, Magda Roszkowska (Notes na 6 tygodni), Maria Rubersz, Anna Theiss.

  1. 1. macht mit (mitmachen) znaczy: przyłączyć się.
  2. 2. Marek Staszyc, „Kim był Martin K., czyli celebracja klęski
  3. 3. Sformułowanie z języka potocznego, które można tłumaczyć jako: Berlin tak zmęczył, że nie ma się na niego więcej ochoty - albo siły
  4. 4. Dane pochodzą z informacji prasowej Urzędu Statystycznego Landu Berlin Brandenburg, dostępnej na stronie: https://www.statistik-berlin-brandenburg.de/pms/2013/13-10-10.pdf, data dostępu 05.01.2014.
  5. 5. Petycja dostępna jest w całości na stronie Berufsverband Bildender Künstler Berlin bbk