Dwugłos w sprawie Krzysztoforów

Dwie uzupełniające wypowiedzi po apelu Niesłychany skandal w Krakowie


Zbigniew Warpechowski

Moje Krzysztofory

Moje Krzysztofory umarły, nawet nikt nie próbował ich reanimować. Skandal, jak to ujął Jerzy Hanusek, jest o tyle niewłaściwym określeniem, że to nie zaczęło się nagle, agonia galerii zaczęła się 30 lat temu, albo i wcześniej, a do jej upadku przyczyniło się wiele znakomitych osób. Żeby nie prowokować awantur i protestów, nie wymienię ich. Bo zapewne nikt z tych, o których myślę, nie poczuwa się do winy albo będzie wskazywał, że ten drugi jest bardziej winien. Najogólniej przyczyną jest to, że Krzysztofory zawsze były solą w oku konserwy krakowskiej, do tego doszło niedopilnowanie spraw biurokratycznych, brak jednoznaczności w kierownictwie galerii; po prostu nie było nikogo, komu by to leżało na sercu, wszyscy wychodzili z założenia, że jakoś to będzie. Nikt też nie myślał o znaczeniu historycznym tego miejsca, żyjący jeszcze artyści w ogóle nie zdawali sobie z tego sprawy. Grupa Krakowska to około 50-osobowy zespół ludzi o różnych temperamentach i różnej energii twórczej. W latach mojej obecności w Krakowie prezesami galerii byli Jonasz Stern i Tadeusz Kantor, a także nieodżałowany twórca tej galerii dyrektor i poeta Stanisław Balewicz. Część członków Grupy Krakowskiej traktowała galerię jako jedyne miejsce pokazywania swoich prac, nie uczestniczyła w życiu artystycznym poza nią. Znani są tylko z tego, że byli - niektórzy jeszcze są - członkami nieistniejącej de facto Grupy. Od momentu, kiedy powstała Cricoteka, energia Tadeusza Kantora skierowana była na tworzenie nowej instytucji, co w efekcie doprowadziło do powstania jego muzeum pod tą nazwą. Zaczęła się agonia galerii. Próby znalezienia dobrego kierownictwa, a także aukcje na pokrycie kosztów jej utrzymania nie dały rezultatu. Nowa rzeczywistość polityczna, w ramach której zniesiono prawo dofinansowywania stowarzyszeń (Pani Izabella Cywińska do spółki z Balcerowiczem) mogła doprowadzić do tego, że galeria stałaby się galerią komercyjną, na co honor artystów nie pozwalał. Wykorzystał to Andrzej Starmach, handlując dziełami członków Grupy Krakowskiej z wiadomym skutkiem.

Moje wizyty w Krzysztoforach zaczęły się już w latach pięćdziesiątych. Najpierw w kawiarni - była urządzona meblami z dekoracji teatralnych, pod sklepieniem rozwieszono sieci rybackie. No i oglądałem wystawy. Jako początkujący student architektury byłem jeszcze pod wrażeniem malarstwa Stanisława Wyspiańskiego oglądanego w Muzeum Narodowym; malarstwo pokazywane w Krzysztoforach było dla mnie jaszcze zbyt tajemnicze. Oprócz artystów Grupy Krakowskiej wystawiali w tej galerii Włodzimierz Borowski, Władysław Hasior, Jan Berdyszak, Edward Krasiński, Jarosław Kozłowski i ja, nie będąc jeszcze członkiem grupy, też Kantor kazał wystawić moje obrazy w 1968 roku, urządzając mi wernisaż z członkami teatru Cricot, a potem, w 1971 "Talerzowanie". Potem jeszcze trzykrotnie wykonywałem moje performances, a także wystawiłem dokumentacje z performance'ów w 1981 r. Od 1985, kiedy przyjęto mnie do Grupy Krakowskiej, wystawiałem razem z jej członkami, także performance na wystawie Grupy w Zachęcie. Rok 1968 był bogaty w wydarzenia polityczne i artystyczne. Manifestacja Jerzego Beresia - wówczas mówiło się "happening" - wystawa Grupy Krakowskiej i ostatni happening Tadeusza Kantora, "Hommage a Maria Jarema" w 10 rocznicę śmierci artystki, w którym brała udział moja głowa. Jerzy Bereś był ciągle obecny w galerii - wiele manifestacji, a na wprost wejścia stała cały czas jego rzeźba. Trzeba dodać, że był to jedyny przypadek, kiedy ubecja aresztowała jego pracę z wystawy Grupy Krakowskiej.

Muszę przyznać, że wychowywałem się w atmosferze Grupy, pamiętam uroczyste wernisaże, które kojarzyły mi się z kulturą przedwojenną, poczucie wolności; mieszkałem tam przecież w 1968 roku. Pierwsze spektakle Kantora - "W małym dworku" i "Wariat i zakonnica" - były absolutną awangardą, a "Kurkę wodną" oglądałem ze dwadzieścia razy. Dla mnie to są rzeczy niezapomniane. Jeszcze żyje we mnie duch galerii, dlatego za nią tęsknię.

Nie wiem, co tam zmajstrowali jej obecni lokatorzy, wiele lat temu zaglądałem tam, ale już zalatywało trupiarnią. Nie ma takiej władzy ani takiego człowieka, który byłby w stanie Krzysztofory reanimować. Nie ma też artystów o misji awangardowej w Krakowie. A Kraków bez Krzysztoforów jest pusty.

Sandomierz, 29.05.2015

Tadeusz Kantor, Zbigniew Warpechowski i Jerzy Bereś podczas manifestacji Jerzego Beresia "Przepowiednia II", Galeria K
Tadeusz Kantor, Zbigniew Warpechowski i Jerzy Bereś podczas manifestacji Jerzego Beresia "Przepowiednia II"
, Galeria Krzysztofory, Kraków 1.03.1968 , fot. Eustachy Kossakowski.

 

Jerzy Hanusek

Nasze Krzysztofory

Tekst Zbyszka Warpechowskiego - piszę Zbyszka, gdyż znamy się kilkadziesiąt lat - jest pełen goryczy i żalu za Krzysztoforami. Przywołane przez niego emocje i fakty potwierdzają, jak niezwykłe i ważne było to miejsce. Otwierają jednak również dyskusję na temat przyczyn upadku Krzysztoforów. Jest to dyskusja potrzebna, ale w tej chwili znacznie ważniejsza wydaje się próba obrony i uratowania tego, co jeszcze można obronić i uratować. Dyskusja o tym, co było, nie powinna przesłonić dyskusji o tym, co jest. Ktoś może postawić zarzut, że jest ona wywołana zbyt późno. Jednak nawet Anna Baranowa, która przez ostatnie lata była w Radzie Muzeum Historycznego, przekonana była, że sprawy idą w dobrym kierunku. Dopiero niedawno okazało się, że tak nie jest.

Po roku 1989 ani władze centralne, ani samorządowe nie uznały, że galeria Krzysztofory jest na tyle ważna dla polskiej kultury, żeby udzielić jej skutecznej pomocy. Próbował Marek Rostworowski, ale zbyt krótko był ministrem. Artyści Grupy Krakowskiej zostali pozostawieni sami. Nastąpiła długotrwała walka o utrzymanie galerii, związana z wielkim wysiłkiem osób w niej pracujących. Zakończyła się ona porażką. Przyglądałem się temu z dosyć bliskiej odległości, ale jednak z boku. Dlatego nie czuję się uprawniony, by oceniać podejmowane wtedy działania. Sam mam niemałe doświadczenia w prowadzeniu galerii bez żadnego wsparcia instytucjonalnego i wiem, jak trudne jest to zadanie. Być może w ostatnim okresie funkcjonowania Krzysztoforów zostały popełnione jakieś błędy i pewne rzeczy można było zrobić lepiej lub całkiem inaczej. W odniesieniu do tego, co działo się w Krzysztoforach w ostatnich latach istnienia galerii, nigdy nie użyłbym słowa "skandal", choć pewne działania instytucji zewnętrznych na to określenie pewnie by zasługiwały. To wszystko może być przedmiotem odrębnej dyskusji, która jednak nie zmieni następującego faktu. Galeria kilka lat temu ostatecznie zakończyła swoją działalność. W pewnym sensie powolne umieranie galerii było nieuchronne, gdyż żywe galerie umierają, tak jak umiera wszystko, co jest żywe.

Niezależnie od sporów dotyczących dziejów galerii Krzysztofory w ostatnich dziesięcioleciach, formułowanych diagnoz i analiz, stan aktualny jest następujący. Po zakończeniu funkcjonowania galerii dysponentem piwnic krzysztoforskich stało się Muzeum Historyczne miasta Krakowa. Nie jest aż tak istotne, że nie było tam już mebli w kawiarni, choć oczywiście szkoda, że nie zostały zachowane. Istotne jest to, że cała - zachowana w pierwotnym stanie - przestrzeń Krzysztoforów była miejscem, w którym korzeniami tkwił niezwykły pomnik kultury, który wyrósł tam w ciągu 50 lat. Zbigniew Warpechowski ma znaczący wkład w powstanie tego pomnika. Jest to byt materialno-duchowy o złożonej strukturze utkanej z wydarzeń, dzieł, wystaw, spektakli, koncertów, gestów, postaw, sporów, manifestów, legendy i pamięci. Jego znaczenie dla polskiej kultury jest wielkie. Galerii już nie ma, Grupy Krakowskiej - choć formalnie istnieje - również, ale stworzony pomnik był i jest żywy. W tym znaczeniu piszę o Krzysztoforach, że są nasze. Ten pomnik powinien nadal żyć w Krzysztoforach.

Po przejęciu piwnicy krzysztoforskiej, niezależnie od wydarzeń wcześniejszych i stanu, w jakim ona była, Muzeum Historyczne musiało odpowiedzieć na następujące pytanie: co zrobić z tym miejscem? Odpowiedzi mogły być różne, wszystko było możliwe. Najlepsze rozwiązania wcale nie wymagały dużych środków finansowych. Muzeum jednak zdecydowało, aby pomnik, o którym piszę, zlekceważyć i zatrzeć po nim ślady. Poprzez remont i zmiany dokonane w piwnicy skutecznie cel osiągnięto, zadeklarowane plany jej przyszłego wykorzystania ten proces pogłębią. To nazwałem skandalem. Nie jest moją intencją obwinianie Muzeum o żadne sprawy, na które ono nie miało wpływu. Skandal, o którym piszę, jest tym większy, że zrobiono to świadomie, gdyż przez lata Anna Baranowa, która była członkiem Rady Muzeum, upominała się o odpowiednie potraktowanie spuścizny po Grupie Krakowskiej. Tym większy, że statutowym obowiązkiem Muzeum Historycznego miasta Krakowa jest dbanie o historyczno-kulturowe dziedzictwo Krakowa. Na stronie Muzeum czytamy, że jego celem jest "pieczołowita ochrona wszelkich materiałów muzealnych, ilustrujących życie i kulturę Krakowa od czasów najdawniejszych aż po czasy bieżące".

Piwnica krzysztoforska jest dziedzictwem kultury. Nie chodzi jednak o cegły, nawet nie o meble, tylko wartość niematerialną. Zabezpieczenie, ochrona i udostępnienie tej wartości wymaga dobrej woli decydentów. Piwnica winna być miejscem obecności Grupy Krakowskiej i 50-letniej historii galerii. Pogląd ten podziela pani Natalia Zarzecka, dyrektorka Muzeum Tadeusza Kantora. Nie jest za późno.

Kraków, 3.06.2015