Rozmowa z Moniką Bakke o krytycznym posthumanizmie Diany Lelonek

Katarzyna Różniak: "Yesterday I met a really wild man" to cykl fotografii Diany Lelonek nawiązujący do kryzysu przekonania o wyjątkowości człowieka. W jaki sposób odpowiada na ten kryzys omawiany przez panią w "Bio-transfiguracjach" nurt intelektualny?

Monika Bakke: Krytyczny posthumanizm kwestionuje humanizm z jego antropocentryzmem, szczególnie wobec tego wszystkiego, co współczesna nauka mówi o nie-ludzkich formach życia. Centralną pozycję człowieka widzi jako nieuzasadnioną i arogancką. To czerpanie korzyści z uprzywilejowanej pozycji ukształtowanej już w starożytności jest dla nas w tej chwili niezwykle problematyczne etycznie. I nie chodzi wyłącznie o ochronę dewastowanej przez nas przyrody. Mówimy raczej o wielkim projekcie, którego zadaniem jest gruntowne przeformułowanie tego, czym jest bycie człowiekiem, a nie po raz kolejny odgrywanie roli opiekuna czy patriarchy w stosunku do zwierząt czy roślin. Nie chodzi więc o rodzaj alternatywnego spojrzenia na nie-ludzi i nadanie im przywilejów w ramach humanizmu, ale raczej o to, aby ludzką pozycję inaczej ulokować. I to zarówno wobec organizmów żywych, jak i tego, co nieożywione.

Czy posthumanizm ma charakter performatywny? Czy jego zadaniem jest zmieniać rzeczywistość?

To jest kwestia problematyczna. Z jednej strony posthumanizm ma charakter ontologiczny - proponuje wizję świata, w której człowiek nie znajduje się już w centrum. Oczywiście implikacje tego będą złożone. Właściwie nieomal niewyobrażalne, ponieważ cały nasz świat cywilizacyjnie jest ustawiony antropocentrycznie. Myślę, że nie da się pozbyć takiej postawy całkowicie, jednak ważne jest jej osłabianie. Z jednej strony jest to więc rodzaj ontologii, a z drugiej propozycja etyczna, za którą powinna iść polityka. Istnieje tu jednak pewien spór, ponieważ dla aktywistów działających na rzecz poprawy losu nie-ludzi istotne jest nadawanie im praw po to, by je chronić. Jest to rzeczywiście sprawa życia i śmierci, bo niestety tylko przez ochronę prawną można ocalić niektóre gatunki. Natomiast dyskusja na ten sam temat w ramach posthumanizmu krytycznego jest dużo bardziej radykalna i trudne jest uzgodnienie stanowisk. Chodzi tu bowiem o to, aby nie powielać znanego od dawna mechanizmu włączania lub wykluczania z grona uprzywilejowanych. Do uprzywilejowanego grona ludzi włączono w pewnym momencie kobiety, dzieci, ludzi o innym kolorze skóry i tak dalej. Jednak proces włączania kolejnych upodmiotowionych nie-ludzi w gruncie rzeczy umacnia stary porządek. Natomiast projekt posthumanistyczny ma takie ambicje, by stare i niesprawiedliwe zasady podważyć i otworzyć możliwości prowadzące do czegoś innego, co jest właściwie zupełnie nieznane. Wydaje mi się więc, że istotne jest przede wszystkim to, żeby dostrzec problem ludzkiego szowinizmu gatunkowego, rozmaitych konsekwencji z niego wynikających, jak i próbować rozpocząć jakieś działania umożliwiające zmianę.

Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Yesterday I met a really wild man", 2014
Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Yesterday I met a really wild man", 2014

Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Yesterday I met a really wild man", 2014
Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Yesterday I met a really wild man", 2014

Istotne jest chyba też, dlaczego właśnie teraz pojawia się i zyskuje popularność myśl postantropocentryczna. Które zjawiska czy cechy współczesności do tego prowadzą?

Myślę, że jest kilka powodów, o których warto wspomnieć. Jeden, to sytuacja ekologiczna; zaczynamy mieć świadomość, że jest ona bardzo niepokojąca. Sami wypieramy inne formy życia, dewastujemy środowisko naturalne wszędzie, gdzie się pojawiamy, a nasza gatunkowa ekspansja przebiega niezwykle szybko. Zanieczyszczenie środowiska czy wypieranie innych gatunków z ich siedlisk związane jest z innym problemem - przeludnieniem. Jest nas po prostu za dużo, jednak jest to temat podejmowany bardzo niechętnie, mimo że sytuacja ekologiczna na to wskazuje. Kolejny powód to fakt, że nauka dostarcza nam obecnie bardzo dużo informacji o nie-ludzkich formach życia, co w sposób radykalny zmienia myślenie o nas samych. Dotyczy to sieci powiązań między zwierzętami, roślinami, bakteriami, wirusami, grzybami czy minerałami, ale też ich sposobu bycia w świecie. Na Zachodzie przyzwyczailiśmy się już do myśli, że zwierzęta odczuwają cierpienie, że należy to cierpienie ograniczać, ale i okazywać im szacunek. Teraz wyłania się nowy nurt w humanistyce, nazywany krytycznymi studiami nad roślinami, wskazujący na aktywne życie roślin i ich skomplikowane relacje z innymi formami życia. Badania te prowadzą do konkluzji, że rośliny są nam niemalże zupełnie nieznane, a zatem spotkanie z nimi dopiero nas czeka. Ale wiemy już, że rośliny są bardzo wrażliwymi formami życia, których inteligencja umożliwia im dostosowywanie się do warunków środowiska; właściwie na bieżąco podejmują one decyzje, pamiętają, porozumiewają się ze sobą, ale też komunikują się z innymi roślinami, zwierzętami czy grzybami. A zatem rośliny objawiają się nam teraz jako formy życia i inteligencji, które wcześniej były zupełnie dyskredytowane. Mówi się o tym, że być może, kiedy wreszcie dostrzeżemy ich inteligencję, która jest zupełnie inna od naszej, to będziemy bardziej wyczuleni na ewentualnie istniejące w kosmosie obce formy inteligencji. Bo jak mamy je teraz rozpoznać, skoro nie potrafimy zauważyć innych form inteligencji nawet na "naszej" planecie?

Mówiąc o roślinach, używa pani określeń, które zwykle stosujemy tylko w odniesieniu do człowieka. Kiedy słyszymy, że rośliny mają inteligencję, pamięć czy że podejmują decyzje, są wrażliwe - to one wydają nam się właśnie bardziej "ludzkie".

Można by powiedzieć, że jest to rodzaj strategii mającej doprowadzić do nawiązania kontaktu z bytami innymi niż ludzie. Bo jeżeli uznamy, że są to byty zupełnie od nas różne, których nie potrafimy objąć żadnymi znanymi nam kategoriami, to równie dobrze moglibyśmy uznać je za nieistniejące. Natomiast jeżeli mówimy o tym, że rośliny mają możliwość "widzenia" świata, "czucia" go, że odbierają zapachy, to oczywiście dokonujemy wyraźnej antropomorfizacji. Roślina oczywiście nie widzi tak, jak my; jest inteligentna, ale nie ma mózgu. Czy nie jest jednak tak, że dopuszczamy możliwość istnienia wyłącznie zwierzęcej - a szczególnie ludzkiej - inteligencji? Rośliny mają korzenie wyposażone w wierzchołki mogące dostarczać informacji z otoczenia i, co ważne, jest ich wielka ilość. Cały system pracuje nad przetwarzaniem tych informacji. To jest ciekawe również dlatego, że może sami powinniśmy widzieć nasze otoczenie systemowo, a nie tylko przez pryzmat jednostek. Nauki przyrodnicze wyraźnie wskazują na konieczność myślenia systemowego. Warto więc uświadomić sobie zależności między ożywionym i nieożywionym. Rośliny na przykład czerpią energię ze słońca, a minerały z ziemi i są jednocześnie pożywieniem zwierząt; w tym procesie stają się naszymi łącznikami między planetą, na której żyjemy, a najbliższą gwiazdą. Kiedy więc zaczynamy postrzegać ogromne sieci wspólnych zależności, widzimy, jak rozpada się antropocentryczny model świata.

Jaka może być, pani zdaniem, rola sztuki w tym dokonującym się właśnie postantropocentrycznym przewartościowaniu?

Sztuka ma ogromną rolę do odegrania, mając swój głos w tej dyskusji. I jest to głos z innej perspektywy, która nie jest ani stricte naukowa, ani humanistyczna. Sztuka wnosi inny rodzaj wiedzy - ma bowiem swoje własne metody badania i komentowania rzeczywistości. Nauki przyrodnicze zaakceptowały już fakt, że nie jesteśmy centrum tego, co znamy. Ale jak to się ma do naszych praktyk życia codziennego, to osobne zagadnienie. Dopiero kiedy pootwieramy się na inne niż tradycyjnie akceptowane formy wiedzy, możemy liczyć na zmianę.

Artyści Diana Lelonek i Marek Kucharski zrealizowali pracę pod tytułem "Tam i tak nic nie ma", w której posłużyli się pochodzącym z początku XIX wieku wydaniem "O powstawaniu gatunków" Karola Darwina. Używając białego korektora, zmieniali treść książki, jednocześnie na nowo pisząc teorię ewolucji, którą odnieśli do historii miejsca, a więc też historii australijskich Aborygenów, co implikuje etyczną ocenę samej koncepcji darwinowskiej walki o byt. Stąd pytanie o wątek, który pojawia się w "Bio-transfiguracjach" - o to, czy jesteśmy symbiontami. Czy posthumanizm ma alternatywę dla tej, budzącej etyczne zastrzeżenia artystów, teorii?

Amerykańska biolożka Lynn Margulis zaproponowała koncepcję symbiotycznej planety, jednocześnie przyznając, że pomysł ten był obecny już od dawna, ale nigdy nie budził szczególnego zainteresowania. Margulis wskazuje na to, że symbioza ma kluczowe znaczenie ewolucyjne - dzięki niej na przykład powstały komórki zwierzęce i roślinne. Jednak nawet obecnie nie rozpoznajemy jeszcze w pełni wagi symbiozy, choć jesteśmy skłonni zauważyć, że współbycie i generowanie najróżniejszego rodzaju sieci wydaje się decydujące, gdy w grę wchodzi wyłanianie się nowych gatunków, jak i możliwość przetrwania. Dzisiaj widzimy, że drzewo Darwina, które pokazuje rozwój gatunków w relacji pionowej, jest nie do utrzymania; wymiana genetyczna odbywa się również w relacjach poziomych. Najnowsze badania wskazują, że w ludzkim genomie można odnaleźć ślady genomów innych organizmów zwierzęcych czy nawet roślinnych, które w pewnym momencie zostały do niego włączone i nie wynikają z posiadania wspólnych przodków. To oznacza, że wymiana na rozmaitych poziomach między różnymi formami życia nieustannie trwa. Trzeba więc rozpatrywać gatunki w całej sieci wzajemnych relacji. Nawiązując natomiast do kontekstu australijskiego, który jest bardzo złożony ze względu na historię tego kontynentu, trzeba powiedzieć, że wiele śladów obecności autorytetu zachodniej nauki, zawłaszczającej i dyskredytującej rodzime tradycje, ciągle jest tam obecnych. Aborygeni australijscy mają jednak własną, rozbudowaną ontologię, w której kluczowe są nie-ludzkie formy życia. I tu nie-ludzkie to nie tylko byty organiczne, ale też na przykład głazy, rzeki czy jeziora. Tradycyjnie Aborygeni identyfikują się z nie-ludźmi, za swoich przodków uważając zwierzęta, które ukształtowały otoczenie, w którym żyją. Ich ontologia w znacznie większym stopniu niż nasza włącza zwierzęce i roślinne formy życia.

Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Znacznie Wcześniej", 2014
Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Znacznie Wcześniej", 2014

Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Znacznie Wcześniej", 2014
Diana Lelonek, Bez tytułu, z cyklu "Znacznie Wcześniej", 2014

Jesteśmy aroganccy nie tylko wobec innych bytów, ale nie uczymy się też od innych kultur?

Zachodni antropocentryzm jest skonstruowany w taki sposób, że tylko biały człowiek, a dokładniej biały mężczyzna, jest godny uwagi, szacunku i zaufania. Kultury nieeuropejskie tradycyjnie były i w pewnym sensie do dziś są dyskredytowane na Zachodzie, a ich wiedza na temat usytuowania człowieka w przyrodzie czy w nie-ludzkim otoczeniu jest odmienna od naszej. Powoli rozpoznajemy wartość niezachodnich ontologii i zauważamy, że są bliskie temu, co głosi posthumanizm krytyczny. Postawa ludzi wobec nie-ludzkich form życia w wielu pozaeuropejskich tradycjach jest znacznie bardziej empatyczna, utrwalająca związki i podkreślająca ludzkie bycie częścią wspólnego środowiska. Dzisiaj już widzimy, że kultury pozaeuropejskie mogą być doskonałym źródłem inspiracji dla Zachodu.

Aktualnie prezentowany w Lookout Gallery projekt fotograficzny Diany Lelonek pod tytułem "Yesterday I met a really wild man" został zrealizowany we współpracy z grupą współczesnych naturystów. Na drugich planach pejzaży widoczne są fragmenty miast lub infrastruktury przemysłowej. W efekcie trudno stwierdzić, czy ludzie należą do świata natury, czy wyłaniającej się na horyzoncie cywilizacji.

Tak się dzieje, ponieważ w ogóle nie możemy zaakceptować dawnego rozróżnienia na naturę i kulturę. Obecnie zawsze mamy do czynienia z czymś, co Donna Haraway proponuje nazywać niehierarchicznie - "naturakultura". Nie ma człowieka ani poza kulturą, ani też nie ma go poza naturą. W naszej rzeczywistości te dwa elementy zawsze są ze sobą powiązane.

Zabieg, którego w tym cyklu dokonuje artystka, wiąże się też z pewnym zatarciem odrębnej ludzkiej tożsamości. Ludzie są tu przedstawieni w sposób, który sprawia, że kojarzą się z pierwotnymi plemionami lub stadem zwierząt fotografowanym w otoczeniu natury.

Możemy mówić tu o budowaniu wizerunku człowieka na nowo. I to jest rzeczywiście bardzo ważny sposób przekazywania wiedzy o naszej sytuacji w świecie, czyli o tym, że jesteśmy gatunkiem zwierzęcym umiejącym odszukać w sobie związki z innymi gatunkami.

Prawdę mówiąc, przygotowując się do tej rozmowy, musiałam sprawdzić informację, że człowiek jest częścią Królestwa Zwierząt w przyrodniczej systematyce - coś, czego wszyscy uczymy się w podstawówce i co jest chyba potem wypierane przez sposób funkcjonowania pewnych systemów myślowych.

Tak właśnie się dzieje, na co duży wpływ ma przekaz religijny. Dlatego sztuka ma ogromne możliwości twórczego przepracowania antropocentryzmu. Musimy jednak pamiętać, że nie chodzi o to, aby cofać się do jakiejś wyimaginowanej zwierzęcej przeszłości, ale raczej przemyśleć dobrze fakt, że jesteśmy zwierzętami.

Tego rodzaju nieudaną próbę podejmowała Diana w jednym ze swoich wcześniejszych projektów - "Znacznie wcześniej". Ta myśl pojawia się również w "Bio-transfiguracjach". Nie istnieje coś takiego jak powrót do natury?

Nie istnieje powrót do natury jako wydzielonego terytorium fantazji na temat czystości, dziewictwa, raju. Tak pomyślana natura została skonstruowana po to, by można było z niej czerpać na rozmaite sposoby, w zależności od potrzeb politycznych i ekonomicznych. Ten sposób myślenia wywodzi się z tradycji dającej człowiekowi prawo do instrumentalnego podporządkowywania sobie całego środowiska przyrodniczego. Natomiast w momencie, kiedy zaczynamy widzieć świat mniej antropocentrycznie, czyli poprzez sieci zależności między gatunkami, zaczynamy serio traktować nauki przyrodnicze. W tym kontekście fantazjowanie o możliwości cofnięcia się do stanu natury oznacza nic innego, jak cofnięcie się do pewnej historycznie utrwalonej koncepcji natury, która zawsze była instrumentem politycznym.

Zmierzamy do tego, żeby znieść te podziały na naturę/kulturę, ludzkie/nie-ludzkie, a takie działania artystyczne potrafią dokonywać tych zmian w naszej świadomości.

Myślę, że tak, bo w sposób przystępny, dowcipny, ale przede wszystkim twórczy pokazują nierozłączność tych sfer. Trudne byłoby całkowite zniesienie wymienionych przez Panią podziałów, ale chodzi raczej o poszukiwanie podobieństw, a nie eksponowanie różnic. Aby współistnieć z nie-ludźmi, trzeba znaleźć sposób kontaktu z nimi albo może po prostu odkryć, że kontakt ten zawsze był, tylko został zaprzepaszczony przez dominację antropocentrycznych ideologii. Kiedy uchylimy ten hierarchiczny reżim, to okazuje się, że my, ludzie, nie bylibyśmy sobą bez nich - nie-ludzi. I sztuka - w sposób zaskakujący, prowokacyjny, czasem grając kartą naiwności - pozwala na zerwanie tych z pozoru tylko żelaznych kurtyn.

Diana Lelonek, Marek Kucharski, "Tam i tak nic nie ma", 2014
Diana Lelonek, Marek Kucharski, "Tam i tak nic nie ma", 2014

Diana Lelonek, Marek Kucharski "Tam i tak nic nie ma", 2014
Diana Lelonek, Marek Kucharski "Tam i tak nic nie ma", 2014

Diana Lelonek, Marek Kucharski, "Tam i tak nic nie ma", 2014
Diana Lelonek, Marek Kucharski, "Tam i tak nic nie ma", 2014

Diana Lelonek, Marek Kucharski, "Tam i tak nic nie ma", 2014
Diana Lelonek, Marek Kucharski, "Tam i tak nic nie ma", 2014