Was beginnt in Breslau? Europejska Stolica Kultury w Zachęcie

Jak jeszcze raz ktoś mi powie, że Wrocław to świetne miasto, to nie ręczę za siebie!

Żarty, uprzedzenia i sentymenty na bok. Przyjrzyjmy się wystawie "Dzikie pola", która od czerwca do września prezentowana jest w Zachęcie. Już na wstępie uderza gęstość ekspozycji. Czego tam nie ma? Słychać muzykę Skalpela, na ścianach można czytać objaśnienia, są mapki, makiety, zdjęcia dokumentalne, fragmenty filmów, odniesienia do kultury popularnej, do architektury, rekonstrukcje prac i projektów, rękopisy, archiwa, korespondencje, książki, wideo, prace młodych artystów, no i ogromny zbiór klasyków polskiej neoawangardy. Jednym z najbardziej rozpoznawalnych klasyków sztuki lat 70. jest oczywiście "Fragment układu" Zbigniewa Gostomskiego, projekt szerzej znany jako "Zaczyna się we Wrocławiu". W Zachęcie oglądamy go w trzech częściach. To powiększone przedruki wykonane w 2010 roku na podstawie oryginałów z 1970 roku. Na jednym z nich widoczne są same znaki: okrąg, okrąg z ukośnym odcinkiem i sam ukośny odcinek; na drugim widać mapę z naniesionymi punktami, a na trzecim opis-manifest projektu. Gostomski zaprojektował umieszczenie pierwszego punktu swojego szeroko zakrojonego projektu właśnie we Wrocławiu. Kolejne znaki miały być rozsiane po całym globie. Projektu oczywiście nie zrealizowano. Później wraz z innymi propozycjami, które pojawiły się na Sympozjum Wrocław 70, był on interpretowany jako krytyka pozornego mecenatu państwa. Artyści mieli celowo proponować projekty "niemożliwe" po to, aby nie współpracować z zakładami przemysłowymi i zdemaskować ograniczenia potężnego mecenasa1. Tytuł recenzji zapożyczyłam jednak od pracy Rafała Jakubowicza, parafrazując jego neon "ES BEGINNT IN BRESLAU". Jakubowicz, w charakterystyczny dla siebie konceptualny i minimalistyczny sposób, zmieniając jedynie język tytułu słynnego projektu Gostomskiego, wskazał na to, że artyści neoawangardy byli nieświadomi kontekstu, w którym tworzyli i polityki, która zawłaszczała ich każdy gest.

Refleksja Jakubowicza odnosi się do najciekawszych wątków obecnych w obrębie ekspozycji: do poniemieckiego dziedzictwa, migracji, tożsamości przesiedleńców i pamięci, która była celem polityki. Są to zagadnienia, które pojawiły się też w opisie towarzyszącym wystawie. Te wątki można z powodzeniem tropić w pierwszej sali wystawowej. W ciekawym rozegraniu tematu pomagają prace niekoniecznie związane z Wrocławiem. Jest "Lekcja historii" Zbigniewa Libery z Bornem Sulinowem, byłą bazą radzieckiego wojska, jest fotografia Rineke Dijkstra przedstawiająca dzieci na plaży w Kołobrzegu. Takie ujęcie historii Ziem Odzyskanych jest interesujące i angażujące. Jednak połowę tego pomieszczenia zajmują prace, które znalazły się na wystawie tylko dlatego, że powstały właśnie we Wrocławiu. Niektóre z neoawangardowych klasyków, jak właśnie "Zaczyna się we Wrocławiu" jawią się jako poddane krytyce, inne – jak "Klepsydra", czyli "Było Jest Będzie" Stanisława Dróżdża, zyskują nowe znaczenia. Minimalistyczny neon Jakubowicza sąsiaduje z wykopaliskami "Archeologia Festung Breslau" Zbigniewa Makarewicza i Ernesta Niemczyka – to zestawienie gra, ale dodanie tu kolejnego neonu – "Zaczyna się we Wrocławiu" Zbigniewa Gostomskiego (późniejsza odpowiedź artysty na gest Jakubowicza) nie wnosi w to już nic ciekawego. Miejscami pojawia się nieodparte wrażenie, że prace tracą przez swoje sąsiedztwo, a inne zostały dołączone na zasadzie klucza, który można określić jako #Wrocław.

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Z jednej strony przyglądamy się skomplikowanej tożsamości miasta, jego poniemieckiej przestrzeni i interesującym zgrzytom przez to wywołanym (pokazano to zarówno w aranżacji przestrzeni, jak i w prezentacji dokumentalnych zdjęć czy fragmentów filmów), z drugiej budowane jest coś na kształt przekonania o wrocławskim genius loci. Dorota Monkiewicz w rozmowie z Bogną Świątkowską przekonuje: "Wrocław nie potrzebował centrum, żeby działać. To, jaka scena tam się rozwijała, było fascynujące"2 i dalej przekonuje o samodzielności i samowystarczalności środowiska!

Czy aby na pewno wszystko zaczyna się we Wrocławiu? Idąc dalej podjętym już tropem, można wskazać, że zarówno Ludwiński, jak i Grotowski (w przestrzeni wystawy można przeczytać, że ci wybitni twórcy mieszkali w jednym budynku) zostali do Wrocławia skierowani. Zatem i tę kwestię można by rozpatrywać w ujęciu celowej polityki władz zasiedlania ziem odzyskanych aktywnymi i awangardowymi polskimi twórcami. Z perspektywy migracji wrocławski genius loci jawi się jako wynik polityki mieszkaniowej i tworzenia miejsc pracy dla artystów. Dla Ludwińskiego takim miejscem pracy miało być Muzeum Stuki Aktualnej, czyli instytucja-sejsmograf i katalizator, skupiona na inicjowaniu działań artystycznych, a nie na ich dokumentowaniu. Tu można by zapytać: jaka jest aktualna kondycja artystycznego Wrocławia? Czy można powiedzieć, że to środowisko konkurencyjne dla Warszawy? Czy młodzi twórcy wyjeżdżają masowo do stolicy także stamtąd?

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Wróćmy jeszcze do samej wystawy, bo warto podkreślić istotną jej część, nieujętą w tekście kuratorskim – wątek feministyczny. W jednej z sal Zachęty można zobaczyć niespotykaną kolekcję tautologicznych prac kobiet, przede wszystkim Anny Kutery, ale i korespondujące ze zdjęciami artystki fotografie mężczyzn: Witolda Liszkowskiego "Sztuka osobista" i Wacława Ropieckiego "Seans autoterapeutyczny". To bardzo ciekawe zestawienie tego typu ujęć. W tym samym pomieszczeniu prezentowane są prace Natalii LL, Valie Export i Carolee Schneemann, a także Suzy Lake i Noemi Majdan, odtwarzając jakby jedną z pierwszych feministycznych wystaw w Polsce. Poza przywracaniem kobiet do obiegu historii sztuki zainteresowało mnie zwrócenie uwagi na wątek organizacyjny. Prezentacja wystawy, która miała miejsce w galerii Jatki, zwraca uwagę na organizacyjną pracę Natalii LL, jej próby tworzenia sceny feministycznej w Polsce. To ciekawy trop w przyglądaniu się historii sztuki.

W kolejnym pomieszczeniu możemy przyjrzeć się samoorganizacji lat 80. – scenie punkowej. Jednak przemieszczając się zgodnie z kierunkiem zwiedzania z sali feministycznej do sali punkowej, nie sposób nie zauważyć, że w obrębie tej drugiej sceny kobiet prawie nie ma, a jeśli już się pojawiają, to występują jako "marsjańskie dziewice", albo "babcia mandolinistka". Takie sąsiedztwa znoszą się z trudem. Z trudem ogląda się też ekspozycję tak gęstą. Na pierwszy rzut oka widać, że z "Dzikich Pól" z powodzeniem można by zrobić co najmniej siedem wystaw. Nie chodzi tylko o ilość eksponatów, ale o różne zagadnienia, problemy, ujęcia. Zgromadzone w jednej sali różne wątki znoszą się albo pozostają w nierozwojowej opozycji. Te ciekawsze wątki, jak właśnie niemiecka przeszłość, czy chociażby neoawangarda związana z miastem, miały już swoje całkiem interesujące odsłony we Wrocławiu (jak, choćby niedawna wystawa "Niemcy nie przyszli"). "Dzikie pola" to przegląd tematów już częściowo przerobionych.

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Wydana do wystawy książka to zbiór krótkich tekstów na temat sztuki związanej z Wrocławiem i lokalnego środowiska artystycznego. Przewodnik bogato ilustrowany materiałami archiwalnymi zaskakuje krótkimi, właściwie skrótowymi tekstami. Interesujące kwestie, ledwie rozpoczęte, już są przez autorów kończone. Dla poszukujących kompendium dotyczącego sztuki związanej z Wrocławiem publikacja jest dobrym podręcznikiem, ale czy zaciekawi tych, którzy Wrocławia nie znają? Przecież po Warszawie "Dzikie Pola" mają być prezentowane w Koszycach, Bochum i Zagrzebiu.

Wystawa zbiera wiele wątków, ujęć, perspektyw wykorzystujących pomysły sprawdzone wcześniej w Muzeum Współczesnym. Zdaje się, że kuratorom nie przyświecały ambicje krytyczne, ani też akademickie, choć w ramach wystawy można zobaczyć wiele nieprezentowanych dotąd materiałów. Nie ma jednak nowej propozycji mówienia o Wrocławiu. Wszelkie próby – czy to pokazywania Wrocławia przez pryzmat kultury popularnej, czy w kontekście migracji, historii i polityki albo próby krytycznych zestawień, ewentualnie odkrywania nowych środowisk i twórców – zostały zatrzymane jakby w połowie kroku, jedynie zaznaczone, żeby zaraz zmieszać się z innymi rozpoczętymi wątkami. A to wszystko pod banderą Europejskiej Stolicy Kultury. Na myśl przychodzi słowo showreel.

Zakończę pytaniem zainspirowanym pracami Gostomskiego i Jakubowicza: Co zaczyna się we Wrocławiu? Cóż, prawdopodobnie faza ugruntowywania marki Muzeum Współczesnego.


"Dzikie pola. Historia awangardowego Wrocławia", Zachęta, Warszawa, 19.06 – 13.09.2015

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty

Fot. Archiwum Zachęty
Fot. Archiwum Zachęty
  1. 1. Luiza Nader, "Sympozjum Wrocław ’70: przestrzeń «niemożliwego»" http://www.asp.wroc.pl/dyskurs/Dyskurs3/LuizaNader.pdf (data dostępu: 15.07.2015).
  2. 2. "Awangarda dzikich pól", Bogna Świątkowska rozmawia z Dorotą Monkiewicz http://www.beczmiana.pl/1161,awangarda_dzikich_pol.html (data dostępu: 15.07.2015)