Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast

Jaki wpływ na nasz sposób widzenia może mieć zalew obrazów w przestrzeni publicznej? Może prowadzić do obojętności, pozbawiać zdolności wyboru i wrodzonej czujności, powodować frustrację wynikającą z nadmiaru bodźców wizualnych, agresję i niemoc z powodu mentalnego zagubienia, czy też może sprawić, że zaczniemy odbierać rzeczywistość w sposób zupełnie nowy, bez udziału koncentracji? Wielkoformatowa reklama stała się poważnym problemem w naszych miastach praktycznie od początku procesu transformacji gospodarczej w Polsce. I to nawet nie tyle z powodu rozmiarów tego zjawiska, ile ze względu na kompletny brak perspektyw na zmianę tej sytuacji. Wielkomiejska przestrzeń publiczna (zresztą nie tylko miejska, bo problem dotyczy również przedmieść, miasteczek, dróg i poboczy oraz miejscowości wypoczynkowych) staje się pomału ogromnym wizualnym śmietnikiem, poniekąd za przyzwoleniem nas wszystkich. Dlatego zaczyna się mówić coraz częściej o zanieczyszczeniu wizualnym polskiej przestrzeni publicznej, jej kompletnej degradacji, co po części jest spadkiem po PRL-u, a po części produktem ubocznym niczym na początku niepohamowanej wolności gospodarczej. Niewyobrażalny wizualny chaos panujący wokół nas dobitnie świadczy o niskim poziomie świadomości kultury wizualnej i ogólnej wrażliwości estetycznej. Wszystko to w kraju, gdzie urbanistyka, architektura, estetyka, ład przestrzenny, poszanowanie krajobrazu i przyrody po II wojnie światowej poddane były ideologicznemu marnotrawstwu, od lat 90. zaś radosnemu kapitalizmowi w wersji karaoke. I o ile obecnie istnieją już ścisłe regulacje dotyczące materialnego zanieczyszczania i zaśmiecania przestrzeni publicznej czy hałasu dźwiękowego w tejże przestrzeni, z bardzo jasno określonymi normami, zasadami i karami, nie ma podobnych w przypadku hałasu wizualnego, który zewsząd nas otacza i przed którym „użytkownicy" przestrzeni publicznych nie mają już praktycznie możliwości ucieczki.

Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast

 

Nieuregulowany outdoor
Reklama miejska jest od dawna integralną częścią architektury i urbanistyki miejskiej. Stała się wręcz nieodłącznym elementem współtworzącym duże aglomeracje. Nie sposób już wyobrazić sobie Times Square czy Picadilly Circus bez praktycznie „naturalnie" w nie wpisanych nośników reklamowych, które w bardzo specyficzny sposób dodają miastu życia, kolorytu i swoistego „wielkomiejskiego" rytmu. Przecież neony, które dziś przeżywają u nas swoje drugie życie, miały i mają podobną rolę. Zatem, żeby polskie miasta nie wyglądały jak wielkie podmiejskie bazary, powinny jak najszybciej wypracować reguły dla reklamy w przestrzeni miejskiej (m.in. ograniczona ilość nośników na kilometr kwadratowy, ich ściśle określona dopuszczalna powierzchnia oraz standardy jakości wizualnej, jak i wykonania samych nośników), tak jak w Europie zrobił to chociażby Paryż. Bez jasnych ram, w których reklama miejska będzie się poruszać i bez wyciągania surowych konsekwencji dla łamiących prawo, obecna sytuacja sama z siebie nigdy się nie zmieni. Czas już chyba najwyższy zahamować ten niekończący się wyścig reklamy, pozbawiony wszelkich zasad. A może wprowadzić, jak się czasami postuluje, wolne od reklam przestrzenie, na przykład historyczne części miast? Aktorzy na scenie branży outdoorowej utrzymują na swoich stronach internetowych, że outdoor postrzegany jest jako najmniej „przeszkadzający" (www.stroer.pl), a niechęć mieszkańców Warszawy skierowana jest przede wszystkim ku reklamie nieprofesjonalnej, nieuporządkowanej i przypadkowej. Podkreślają też to, że mieszkańcy stolicy dostrzegają i pozytywnie oceniają aspekt informacyjny oraz estetyczny reklamy zewnętrznej (AMS, na postawie badań PBO ostatni raz przeprowadzonych, uwaga, w 2004 roku!). Nieaktywny od końca 2008 roku blog firmy AMS (www.wspolnaprzestrzen.blox.pl) czy apel firmy Stroer o przeprowadzenie aktualnych ogólnopolskich badań mających na celu zlikwidowanie nadpodaży i deprecjacji nośników reklamowych (będących rezultatem nieracjonalnego inwestowania przez ostatnie lata) wskazują na coraz większą wolę samoregulacji branży reklamy zewnętrznej w Polsce. A dużych aktorów na tym rynku w Polsce jest więcej, bo poza wyżej wspomnianymi to również: JetLine, News Outdoor, ClearChannel, JCDecaux czy Hator i Braughman Media. Oczywiście branża, robiąc to wszystko, działa, nie oszukujmy się, w swoim własnym interesie, w ramach biznesowych działań odpowiedzialności społecznej (CSR). Jeżeli im się uda, skorzystamy na tym wszyscy. Należy pamiętać jednak, że samoregulacja branży outdoorowej w Polsce jakoś dotąd się nie dokonała oraz, że nawet jak tak się stanie, nie rozwiąże to całkowicie problemu. Jednym z powodów tego jest kompletnie u nas niekontrolowany zalew tandetnej reklamy dzikiej i chałupniczej, o której mowa w wyżej przywołanych badaniach i z którą w Polsce mamy do czynienia praktycznie wszędzie. Niezależnie od tego, czy jest ona wyrazem potrzeb samorealizacji w artystycznej kreacji, czy przejawem bezmyślnego działania w przestrzeni publicznej (czyli w polskim pojęciu właściwie niczyjej), widoczna jest ogromna potrzeba mocnych uregulowań administracyjnych, nie tylko na poziomie centralnym, ale również lokalnym. Chodzi też o to, żebyśmy sami zaczęli w naszym kraju przestrzegać wartości, jakimi kierują się społeczeństwa obywatelskie i które dalekie są od pozostawania biernymi w tego typu kwestiach. Musimy skończyć też wreszcie z ogólnie panującym w Polsce specyficznym postrzeganiem indywidualizmu à la „wolnoć Tomku w swoim domku", egoistycznie pojmowanym prawem do własności i nieustannym „wymachiwaniem szabelką" przy najmniejszej próbie uporządkowania relacji społecznych. Rola mediów jest tu również nie do przecenienia, nie tylko jako narzędzia interwencji, ale także jako narzędzia pełniącego funkcję edukacyjną, pokazującego nam wszystkim wzorce do ewentualnego naśladowania. Sama branża z kolei, mimo deklarowanych dobrych chęci, zdaje się wciąż niestety działać w myśl zasady, że co nie jest zabronione, jest jak najbardziej dozwolone. Dalej więc całkiem sprawnie zarabia pieniądze, wykorzystując sytuację pozwalającą na utrzymywanie w naszym kraju kuriozalnego estetycznie, permanentnego stanu wizualnego bezhołowia. W sumie nie należy mieć do branży pretensji, bo zarabianie pieniędzy jest jej nadrzędnym zadaniem. Zabłąkana w labiryncie własnych struktur administracja publiczna i terytorialna jest jednak po to, aby mieć bardziej realny wpływ w regulowaniu biznesu, a drobnym przedsiębiorcom tapetującym całe kwartały przedmieść z kolei zabraniać działania metodą faktów dokonanych i zacząć w końcu przejmować na powrót naszą wspólną przestrzeń. Czy nie również tym właśnie powinni się zajmować plastycy miejscy i miejscy konserwatorzy zabytków? No a jaka jest nasza rola jako świadomych obywateli, członków rodzącego się w Polsce (co prawda w bólach) społeczeństwa obywatelskiego? Nie jest nam przecież obojętne, w jakim otoczeniu żyjemy i poruszamy się na co dzień, staramy się aktywnie działać w tej sprawie, uczestnicząc w różnego rodzaju konsultacjach blokowych, osiedlowych, miejskich i ewentualnych protestach oraz wypowiadając się w sprawie publicznie, jeżeli mamy ku temu okazję. Zakładając oczywiście, że sami nie dorzucamy się do tego krzyczącego zewsząd reklamowego śmietnika swoimi działaniami, zawodowo lub jako osoby prywatne...

Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast

 

Granica nasycenia
Sektor outdoor w Polsce to ogromne pieniądze, tylko szacunkowo oceniany na ok. 800 mln PLN rocznie (dane na podstawie wartości obrotów firm zrzeszonych w Izbie Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej, według ich własnych danych oraz szacunków obrotów firm niezrzeszonych). Może już najwyższy czas na wprowadzanie opłat za wykorzystywanie przestrzeni publicznej, tak jak chociażby ma to miejsce we Francji, z uwagi na to, że outdoor mocno ingeruje w przestrzeń publiczną i krajobraz. Pozwoliłoby to na ukrócenie tego nowoczesnego barbarzyństwa i prawdziwego wandalizmu usankcjonowanego prawem, a także w pewnym sensie biernością mieszkańców. I czy naprawdę nie ma czegoś takiego, jak granica nasycenia reklamą w przestrzeni miejskiej? Zdaje się, że jesteśmy już w jego najwyższych rejestrach... Sama branża reklamowa na tym traci (i chyba już pomału zaczyna zdawać sobie z tego sprawę sądząc po przywołanych wcześniej jej własnych postulatach), bo mieszkaniec miasta, który jest jej docelowym odbiorcą, skutecznie wypracowuje w sobie prawdziwe mechanizmy obronne i praktycznie zaczyna już nie zauważać wokół siebie reklam. Prawdę mówiąc nie ma innego wyjścia; inaczej kompletnie się zagubi w tym reklamowym bełkocie. W dzisiejszym natłoku informacji wizualnej przekazowi reklamowemu coraz trudniej się przebić. Powoli też zaczynamy praktycznie już nie dostrzegać naszych miast w tym wizualnym i informacyjnym potopie, w tym bezsensownym nawale przekazu reklamowego, na który od lat jesteśmy skazani. Staliśmy się zakładnikami pstrokatych instalacji przestrzennych rodem z jakiegoś trzeciorzędnego Disneylandu, który jak się wydaje kompletnie już zawładnął polską przestrzenią publiczną. Na równi zaczynamy traktować reklamę firmy drobiarskiej z obrazami wojny czy kolejnymi innowacyjnymi kosmetykami lub środkami czystości bądź samochodami. Jakość reklam też pozostawia wiele do życzenia, chociażby pod względem warsztatu i wciąż pokazuje, że jesteśmy krajem na dorobku, tyle że od początku z wielkimi aspiracjami... Polska reklama billboardowa nie wydaje się być specjalnie ciekawa i być może, gdyby przeprowadzono rzetelne badania, okazałoby się, że niekoniecznie realizuje zamierzone cele. A może branża reklamowa powinna zacząć działać w myśl zasady mniej znaczy więcej (z korzyścią dla wszystkich: mniej reklamy i jej lepsza jakość to lepsza zapamiętywalność oraz mniejszy koszt utrzymania nośników)? Reklama miejska, dająca nam tak mocno po oczach, to w polskim wykonaniu nie tylko stałe nośniki reklamy typu tradycyjne billboardy, stawiane w nadmiarze i niekoniecznie zawsze zgodnie z literą prawa, ale też reklama dynamiczna, jak „latające napisy" lub wideobillboardy, telebimy (LED) niebezpieczne szczególnie dla kierowców z powodu oślepiającego jaskrawego światła albo billboardy typu scroll. To też przeróżne wszędobylskie, ogromne siatki coraz częściej „opakowujące" budynki prywatne i, co najgorsze, również użyteczności publicznej (nierzadko podświetlane nocą), jarzeniowe kasetony, reklama ruchoma typu stara przyczepa z przymocowanym własnym sumptem mini-billboardem, „osiatkowana" komunikacja miejska zasłaniająca nam w czasie podróży widok na miasto, no i wszechobecna krzykliwa chałupniczo robiona reklamowa „drobnica" rozstawiana samowolnie byle jak i gdzie: tandetne tablice reklamowo-informacyjne, bieda-szyldy i szmaciane banery. Oprócz tego mamy do czynienia również z „eleganckimi" elementami architektury miejskiej (tzw. meble miejskie), jak reklamowe wiaty przystankowe z oświetlanymi wnękami plakatowymi czy oblepiane reklamami kioski powoli zamieniane w autonomiczne „gadżety" reklamowe. Są również większe i mniejsze dmuchane „balony" stawiane powoli dosłownie wszędzie, nawet na dachach budynków i na szerszych chodnikach, i to nie tylko jako eventowe gadżety. Są też prywatne i korporacyjne samochody z reklamą „wytatuowaną" na karoserii, ale też powszechnie obecne „obrandowane" kawiarniane parasole i markizy. No i hit ostatnich miesięcy: banery będące częścią profesjonalnych kampanii reklamowych umieszczane na prywatnych balkonach w centrach miast! Okazuje się, że świat reklamy zaczął już nawet zawłaszczać techniki i sposób działania street artu dla swoich komercyjnych celów. Można się już natknąć na reklamowe vlepki, murale, graffiti... Malowane szablonami na chodnikach reklamy linii lotniczych czy firm telefonii komórkowej widzimy też coraz częściej w dużych miastach. Bez wątpienia jest to reklama dzika, mimo, że w świetle polskiego prawa i luk w nim taka partyzantka zdaje się być działaniem, jeżeli nie w pełni legalnym, to jak najbardziej tolerowanym. Agresywna reklama bezpardonowo łamie podstawowe zasady współżycia społecznego. Jest nieformalną przemocą, gwałtem na naszym poczuciu estetyki. Jakby tego było mało, do tego wizualnego bałaganu dochodzą jeszcze nasze obrandowane ubrania, wszelkiego rodzaju torby reklamowe, gadżety, elementy modowe, w których i z którymi tak chętnie się poruszamy. Żyjemy w świecie coraz bardziej zlogoizowanym, gdzie sami ludzie stali się nośnikami reklamowymi, i to nie tylko w formie zarobkowej - jako chodzące reklamy banków czy fast-foodów, lecz jako nośniki znaczeń w obiegu pieniądza na najbardziej elementarnych poziomach prywatnego życia.

Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast

 

Miasto moje, czyli obywatelska bezsilność
Ostatnio wydany został niezmiernie ważny album Polski outdoor - reklama w przestrzeni publicznej (wydawnictwo Klucze Sp. z o.o.) opracowany przez Elżbietę Dymną i Marcina Rutkiewicza ze stowarzyszenia MiastoMojeAwNim.pl. Jego otwierającym mottem są wiele mówiące słowa Tomasza Jastruna: Polska to nie jest kraj dla miłośników detalu. Album jest swoistym wołaniem o pomoc, bo jak piszą autorzy, z uwagi na złożoność zagadnienia sami nie są w stanie stworzyć projektu obywatelskiego regulującego reklamę w przestrzeni publicznej. Projekt taki zresztą miałby duże szanse trafić prosto do szuflady, jak wiele innych obywatelskich projektów. Autorzy piszą jednak, że obcując na co dzień z wizualnym chaosem i bylejakością, zaczynamy sytuacje te traktować jako stan normalny; stępiamy naszą wrażliwość estetyczną, tracimy poczucie harmonii i dobrego smaku, przenosimy zgodę na nieporządek i tandetę, bezguście i nieład do naszych przestrzeni prywatnych. I pewnie mają w tym wiele racji. Tak jak telewizja kształtuje gusta, potrzeby i oczekiwania ogromnej rzeszy Polaków, tak czyni to też przestrzeń publiczna, w której na co dzień żyjemy. Prawdą jest też, że byt, czyli m.in. sposób i warunki życia, kształtuje i określa w dużym stopniu naszą świadomość. Z zebranych przez autorów albumu opinii rysuje się bardzo mocny obraz postępującej unifikacji i zatracania tożsamości kulturowej, nieodwracalnych zmian w percepcji świata, zastępowanie sfery duchowej przez sferę niczym niepohamowanej konsumpcji. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze fala bezmyślnych projektów rewitalizacji miast, gdzie wizualna standaryzacja staje się ogólnie wyznawaną wartością (szczegółowe postulaty dotyczące koniecznych zmian prawnych w zakresie ładu przestrzennego, dotyczących problemu reklamy zewnętrznej dostępne są na stronie stowarzyszenia: www.miastomojeawnim.pl, jak również poniżej). Musimy wszyscy wierzyć, że to się zmieni! Inaczej pozostają nam akcje buntu obywatelskiego, jak historia pewnego warszawiaka, który wyciął sobie „okienko" w bannerze okalającym jego budynek na placu Konstytucji. Ostatnio dotyczyło to też studentów akademika Riviera w Warszawie sprzeciwiających się ogromnym siatkom zasłaniającym im widok z okien i zabierających dzienne światło, a w nocy podświetlanych dużej mocy reflektorami, czy innej mieszkanki stolicy, która - mimo że reprezentowała ją Fundacja Helsińska - przegrała w sądach wszystkich instancji, kiedy jej wspólnota mieszkaniowa zadecydowała o zawieszeniu reklamowej „płachty" na budynku, w którym mieszkała. Wszyscy sprzeciwiali się poniekąd również temu, żeby ich budynki stały się jednym wielkim słupem ogłoszeniowym. W dodatku w nocy podświetlanym. Chyba, że stanie się odwrotnie - staniemy się kompletnie obojętni w niewoli zbanalizowanych, rozpuszczających podstawowy sens komunikatów obrazowych. Pozostaje już tylko nadzieja, że jest to sytuacja przejściowa, że to, co przeżywamy obecnie, to naturalna kolej rzeczy, kolejny poziom transformacji (miejmy nadzieję już ostatni), a dzisiejszy kiczowaty chaos po kilkudziesięciu latach będzie tylko pouczającym wspomnieniem dla następnych pokoleń, może nawet wizualnie uwodzącym przez jego kosmiczną niedorzeczność i cyrkową stylistykę wizualnego nadmiaru. Być może stanie się też prawdziwą inspiracją, tak jak dziś dla nas estetyka lat 60. i 70. Jasne, że reklama w przestrzeni publicznej jest coraz bardziej uciążliwa: przy drogach, szczególnie ta ruchoma jest niebezpieczna, w mieście stwarza poczucie przebywania w wirującym kalejdoskopie, czujemy się coraz bardziej zagubieni i osaczeni, a na plaży w formie masy pstrokatych, „obrandowanych" plażowych parawanów czy na stoku narciarskim po prostu nas męczy swoim bezsensownym jazgotem. Same nasuwają się więc pytania o to, czy decydenci są zbyt leniwi, aby dbać o ład przestrzenny (może są ślepi, a może uchylają się od odpowiedzialności)? Czy lobby reklamowe jest tak silne, że świadomie nie doprowadza do stworzenia odpowiedniego prawa, podczas gdy istniejącego i tak się praktycznie nie egzekwuje oraz toleruje notoryczne jego kreatywne omijanie? A może wszyscy w sumie są po prostu zadowoleni z obecnej sytuacji i generalnie nie widzą już żadnego problemu? Prezentowane jako ilustracja tekstu fotomontaże powszechnie znanych przestrzeni dobitnie pokazują (dzięki perspektywie, którą mamy przez to, że nie są one nasze i że są tak ikoniczne) w jak niedorzecznej i tandetnej rzeczywistości przyszło nam żyć. Właśnie w takim permanentnym reklamowym „pawiu" puszczonym w przestrzeń publiczną jesteśmy zanurzeni od 20 lat. Chyba czas już z tą wizualną wolną amerykanką coś na serio zacząć robić. I nie doprowadzać do kuriozalnych sytuacji jak niedawno, kiedy wycina się w mieście drzewa, bo zasłaniają nośniki reklamowe! Jeżeli dalej nic nie będziemy robić, to niedługo utopimy się w tym wizualnym wszechogarniającym nas zewsząd różnokolorowym śmieciu. I sprawa ostatnia: pracę należy zacząć od podstaw - edukacja estetyczna, wizualna, generalnie artystyczna musi stać się jak najszybciej częścią edukacji najmłodszych pokoleń. I to na poważnie. Nawołuje się do tego zresztą od lat. Bo to właśnie następne pokolenia, kiedy to my będziemy babciami i dziadkami zadecydują (tak jak my robimy to teraz), czy należy okna w naszych domach zasłaniać jakąś nową generacją siatek i banerów, czy może jednak nie...

Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast

 

***

Na koniec postulaty (w całości) stowarzyszenia MiastoMojeAwNim.pl (www.miastomojeawnim.pl ) założonego przez autorów wspominanego albumu Polski outdoor, Elżbietę Dymną i Marcina Rutkiewicza, obywatelskiej inicjatywy, której celem jest obrona polskich miast przed inwazją reklam (więcej zdjęć ilustrujących problem jest dostępnych pod adresem: http://picasaweb.google.pl/miastomoje).

Dymna i Rutkiewicz otwarcie mówią, że nie walczą z reklamą, chcą natomiast, by wzbogacała przestrzeń publiczną, a nie niszczyła jej. Wierzą, że wspólnym wysiłkiem możemy uporządkować ten chaos. I po to właśnie zrobili wyżej przedstawiony album.

Stowarzyszenie MMAWN poprzez swoje działania chce doprowadzić do uchwalenia przez sejm RP jednolitej ustawy o estetyce przestrzeni publicznej, na podobieństwo rozwiązań prawnych funkcjonujących w bardziej rozwiniętych ekonomicznie od Polski krajach Unii Europejskiej. W swoich działaniach skupia się na lobbingu na szczeblu centralnym i lokalnym, starając się uświadomić decydentom problem i nakłonić ich do wprowadzenia koniecznych zmian w prawie. Stowarzyszenie prowadzi też cykliczną akcję Czyste Miasto, polegającą na usuwaniu nielegalnych reklam z elementów infrastruktury miejskiej (lampy, płoty, słupy, skrzynki sterownicze, etc.). Ten symboliczny gest ma na celu zwrócenie uwagi tak społeczeństwa, jak decydentów, na problem degradacji przestrzeni publicznej przez reklamę. Stowarzyszenie organizuje również publiczne debaty i prezentacje, gdzie przedstawia uczestnikom problemy i swoje postulaty, a także jest stroną w ramach spotkań Okrągłego Stołu Reklamowego organizowanego przez Przewodniczącą Rady Warszawy, podczas których przedstawiciele władz miasta i urzędów oraz branży reklamowej rozmawiają o sposobie unormowania obecności reklam w stolicy.

POSTULATY STOWARZYSZENIA DOTYCZĄCE KONIECZNYCH ZMIAN PRAWNYCH W ZAKRESIE ŁADU PRZESTRZENNEGO ZWIĄZANYCH Z PROBLEMEM REKLAMY ZEWNĘTRZNEJ

WSTĘP
W chwili obecnej Ministerstwo Infrastruktury opracowało projekt nowelizacji prawa budowlanego, ustaw o zagospodarowaniu przestrzennym oraz niektórych innych ustaw.

Uważamy, że cały ten wysiłek może pozostać niezauważony, a chaos w krajobrazie polskich miast będzie narastał, jeśli nie zostanie jednocześnie opanowany problem reklamy zewnętrznej. Dotychczasowe unormowania dotyczące tego tematu są nieprecyzyjne, rozproszone pomiędzy wiele aktów prawnych, a kontrola ich wykonania leży w gestii wielu instytucji, dla których często jest to problem drugorzędny. Sytuacja ta umożliwia podmiotom zajmującym się reklamą zewnętrzną tzw. „kreatywną interpretację" tych przepisów, pozwalającą na lokowanie nośników reklamowych w przestrzeni publicznej w zgodzie z prawem z jednej strony, a niemal poza wszelką kontrolą z drugiej.
P

roblem ten nie jest problemem lokalnym, a w szczególności warszawskim. Dotyczy wszystkich miast i gmin w Polsce, gdzie szczególnie atrakcyjne dla reklamodawców miejsca (strefy centralne, skrzyżowania ważnych ciągów komunikacyjnych, trasy wylotowe i przelotowe) pokryte są gęstą mieszaniną wszelkiego typu reklam. Reklamy coraz częściej pojawiają się też w strefach zabytkowych, na terenach zielonych, czy wypoczynkowych.

Za szczególnie degradujące dla przestrzeni publicznej uważamy następujące mankamenty prawa:
• Brak jest określonej granicy ilości i wielkości nośników reklamowych, a także minimalnych odległości pomiędzy nimi.
• Brak jest wyznaczonych stref o szczególnym znaczeniu, całkowicie wolnych od
• reklam.
• Sytuowanie większości nośników reklamowych następuje na podstawie zgłoszenia niewymagającego uzyskania decyzji o warunkach zabudowy. Firmy celowo opóźniają odbiór listów poleconych poza ustawowy, 30-dniowy termin, uniemożliwiając w ten sposób doręczenie sprzeciwu wobec podjętych działań.
• Miasta i gminy mają bardzo ograniczony wpływ na sytuowanie nośników reklamowych, ze względu na niedostatek planów miejscowych, sporządzanych głównie dla terenów rozwojowych. Problem reklamy zewnętrznej dotyczy natomiast głównie stref zagospodarowanych, centralnych.
• Czas trwania procedury rozbiórki nielegalnie umieszczonych reklam jest z reguły dłuższy niż okres trwania kampanii reklamowych, których te nośniki dotyczą. Reklamodawcy osiągają więc w nielegalny sposób swój cel (i dochody), zachowując jednocześnie pozory legalności.
• Dolegliwość kar za nielegalnie umieszczone reklamy jest bardzo niska, wielokrotnie niższa od przychodów z tytułu ich eksploatacji.
• Brak jest instytucji jednoznacznie odpowiedzialnej za kontrolę rynku reklamy zewnętrznej.

POSTULUJEMY
W tak niesprzyjających ochronie estetyki przestrzeni publicznej warunkach prawnych, ilość nośników reklamowych w Polsce rośnie stale o ok. 10 proc. rocznie (wg danych Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej). Uważamy, że proces ten należy natychmiast zatrzymać, cofnąć i poddać kontroli.

W związku z powyższą sytuacją wnioskujemy o pilne podjęcie następujących działań:

1. Wprowadzenie do opracowanego obecnie projektu zmian prawa budowlanego i niektórych innych ustaw, poprawek doraźnie ograniczających problem reklamy zewnętrznej. W tym zakresie nasze stanowisko zbieżne jest z wystąpieniem Prezydenta Miasta St. Warszawy, pani Hanny Gronkiewicz Waltz, w piśmie z dnia 29.09.2008, a zwłaszcza:
• wprowadzenie do ustawy o prawie budowlanym, obok budynków, budowli i obiektów małej architektury, czwartej kategorii obiektów - reklam, co umożliwi konstruowanie w stosunku do nich osobnych uregulowań;
• wprowadzenie do Ustawy możliwości tworzenia przez gminy rodzaju publicznie procedowanego prawa miejscowego, dotyczącego tylko sytuowania reklam.

2. Natychmiastowe rozpoczęcie prac nad ustawą całościowo ujmującą problematykę reklamy w przestrzeni publicznej. Ustawa ta powinna uwzględniać co najmniej następujące zagadnienia:
• rozszerzenie definicji przestrzeni publicznej (tzw. wspólna przestrzeń wizualna), pozwalające na efektywną kontrolę reklam pojawiających się na terenach prywatnych;
• jednoznaczne zdefiniowanie reklamy zewnętrznej poprzez jej funkcję (informacja o charakterze komercyjnym), a nie fizyczną postać nośnika; jest to szczególnie ważne ze względu na pojawiające się, nowe technologie (np. projektowanie reklam na budynkach przy pomocy rzutników wideo wysokiej mocy) i na nasilającą się tendencję do przybierania przez reklamy postaci innych przedmiotów (pojazdów, bankomatów, automatów do kawy, kwietników, ławek, etc.);
• wprowadzenie możliwości ustalenia limitu ilości nośników reklamowych zarówno w skali całego kraju, jak i w poszczególnych miastach i gminach;
• mierzenie ilości nośników reklamowych poprzez liczbę odsłon treści reklamowych na każdym nośniku (dotyczy to problemu tzw. scrolli - reklam przewijanych, oraz reklam wykorzystujących techniki wideo);
• wprowadzenie maksymalnej wielkości nośników reklamowych, w zależności od wielkości miasta i rejonu ich umiejscowienia, oraz minimalnych odległości pomiędzy nimi; sugerujemy maksymalną wielkość reklam w strefach centralnych miast na poziomie maksymalnym 2 m² w ciągach pieszych i 8 m² poza nimi;
• wprowadzenie stref ochronnych, całkowicie wolnych od reklam, obejmujących:
a. tereny zielone,
b. tereny rekreacyjne,
c. zabytki i rejony zabytkowe,
d. cmentarze,
e. miejsca kultu religijnego,
f. miejsca pamięci,
g. szkoły i uczelnie
h. gmachy administracji państwowej i użyteczności publicznej,
i. Miejski System Informacji,
j. oznakowanie dróg;
• powiązanie zgody na umieszczanie reklam na wielkoformatowych siatkach, z faktycznie wykonywanym remontem fasady budynku; reklamy takie winny być umieszczane na rusztowaniach budowlanych, nie zaś bezpośrednio na fasadzie; wprowadzenie maksymalnego okresu ekspozycji takich reklam (6 miesięcy) i okresu karencji do następnej ekspozycji (5 lat);
• wprowadzenie całkowitego zakazu umieszczania wideobilboardów, wielkoformatowych ekranów wideo i innych form tzw. reklamy dynamicznej w miejscach widocznych z dróg dla pojazdów kołowych;
• konieczność uzyskiwania zgody na umiejscowienie każdej reklamy o powierzchni większej niż 1 m²;
• skrócenie procedur administracyjnych, związanych z rozbiórką lub usuwaniem nielegalnie umieszczonych nośników reklamowych, do maksymalnie 1 tygodnia;
• zwiększenie kar za umieszczenie nielegalnej reklamy do poziomu przekraczającego przychody z jej eksploatacji;
• umożliwienie karania reklamujących się w sposób nielegalny firm i podmiotów (sprawstwo kierownicze), a nie osób bezpośrednio umieszczających nielegalne reklamy w przestrzeni publicznej; zlikwiduje to zjawisko plakatów i ogłoszeń umieszczanych w olbrzymich ilościach na elementach infrastruktury miejskiej, takich jak słupy sygnalizacji miejskiej, latarnie, skrzynki sterownicze itp.

Postulujemy ponadto utworzenie jednej instytucji kontrolnej, całościowo odpowiadającej za egzekwowanie nowych przepisów. Koszty utworzenia i funkcjonowania tej służby powinny ponieść w całości podmioty czerpiące dochody z umieszczania w przestrzeni publicznej treści komercyjnych. W chwili obecnej komercyjne wykorzystywanie tej przestrzeni jest bezpłatne. Postulujemy wprowadzenie opłaty na poziomie 3 proc. przychodów z takiej działalności. Mechanizm ten zastosowano już z powodzeniem w obowiązującej Ustawie o kinematografii, wobec nadawców komercyjnych, finansujących obecnie Polski Instytut Sztuki Filmowej.

Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast

Wizualne zaśmiecanie miast