Targi czy Biennale w Poznaniu?

Rozmowa ze Sławkiem Sobczakiem, kuratorem wystawy "Galerie non profit" w Starej Rzeźni na Art Poznań 2005

Marika Zamojska: Na początek chciałam Cię zapytać o to, jak w ogóle do tego doszło, że część tegorocznych Targów Sztuki znalazła się w Starej Rzeźni, skąd ten pomysł? Czy mógłbyś powiedzieć coś o kulisach przygotowań ? Jak pamiętam, dwa tygodnie przed rozpoczęciem targów rzeźnia była jeszcze w stanie "surowym", a w konsekwencji wyglądało to imponująco...

Sławek Sobczak: Co do przygotowań, to one też były błyskawiczne, błyskawicznie się wszystko działo. Na dobrą sprawę, że imprezę robimy, dowiedziałem się pod koniec zeszłego roku czyli w grudniu, wtedy zaczęło się gorączkowe poszukiwanie przestrzeni. Było kilka alternatyw, które przyszły nam do głowy, z czego rzeźnia wydała się najbardziej interesującym miejscem, największym jednocześnie i dającym największe możliwości, ale też najdroższym, jeżeli chodzi o dostosowanie do celów wystawowych. Ale wydaje mi się, że to się sprawdziło. Powiem, jakie miejsca były brane pod uwagę. Były trzy takie poważne miejsca, tzn. dwa oprócz rzeźni. Pierwsze to był Hotel Poznań, podziemia Hotelu Poznań, które są gigantyczną pustą przestrzenią, tj. wielkość rzędu 2 tys. m2, gdzie nic nie ma; są jakieś stare magazyny jakichś starych prześcieradeł i nic więcej. Ma to być w tym roku przebudowane, żeby zrobić tam podziemny parking, no ale, póki co, można było z tego skorzystać. Minus był taki, że tam było stosunkowo nisko. Piwnica ta miała w porywach 3m wysokości - to był minus tego miejsca... Plus był taki, że to było blisko Starego Browaru i to było to, co przemawiało za - żeby wszystko było w jednym miejscu. Druga przestrzeń, która wydała mi się bardzo interesująca to Okrąglak, który na przestrzeni czterech pięter stoi pusty. Tam się okazało, że warunki były dla nas nie do przyjęcia, finansowe i również organizacyjne. No i została rzeźnia, która była dużym wyzwaniem, jak widziałaś sama na początku. Zdecydowaliśmy się na rzeźnię, która dawała nam największe możliwości, jeżeli chodzi o powiększenie przestrzeni ekspozycyjnej, a jednocześnie atrakcyjność i niezależność tego miejsca od innych miejsc.

M.Z.: Spotkałam się z takimi opiniami, że samo miejsce, jakim jest rzeźnia, przebywanie w niej, przeszkadzało trochę w odbiorze sztuki, sam kontekst był tak zniewalający...

S.S.: Niektórym przeszkadzało, niektórym pomagało. Kontekst zbudował jakieś nowe wartości, które były wartościami pozytywnymi. Niektórzy nie wygrali z tym miejscem, ale były prace, które się wpisywały w ten kontekst w sposób dobry i wartościowy, wybroniły się. Mówię tutaj o pracy Leszka Golca i Tatiany Czekalskiej, którzy takim minimalistycznym zabiegiem potrafili nobilitować to miejsce do zupełnie innej wartości. Ten mały wydruk był potężny w kontekście tej przestrzeni.

M.Z.: A czy nie jest też tak, że sztuka może być takim plastrem na "chore miejsce" w przestrzeni miasta ?

S.S.: Też bym tego, jako takie chore miejsce, nie odbierał...

M.Z.: Ale coś trzeba zrobić z tą rzeźnią.

S.S.: Ja ją odbieram głównie jako wspaniałą architekturę. Ten kontekst rzeźni jako kaźni jest tam odczuwalny (na szczęście nie było ciepło, ale jak jest ciepło, to tam się czuje jeszcze ten zapach jednoznacznie się kojarzący....) Mnie do tego miejsca zwabiło nie to, że to była rzeźnia, ale fakt, że ma wspaniałą i tak różnorodną architekturę, która pozwalała zaistnieć realizacjom dużym i małym, ciemnym i jasnym.

M.Z.: W tym roku mieliśmy taką sytuację, że galerie komercyjne wystawiały się w Starym Browarze, a galerie non profit, kolekcja ASP i wystawa Marka Wasilewskiego "Horyzont zderzeń" w rzeźni. Powstał taki oczywisty podział na galerie komercyjne umiejscowione w centrum handlu i obrotu kapitałem, a galerie non profit w ruinie - w rzeźni...

S.S.: Moim ideałem było żeby to połączyć...

M.Z.: Ten podział był bardzo czytelny.

S.S.: Ja sobie wyobrażałem na początku, żeby nie dzielić tego na galerie takie i takie, ale zrobić jedną, fajną, całościową wystawę pokazującą pewien potencjał rynku, ale to spotkało się ze stosunkowo dużą krytyką galerii komercyjnych, oni absolutnie nie chcieli na to pójść. Poza tym, gdyby galerie komercyjne zobaczyły rzeźnię, to by w ogóle podziękowały za udział, mogłoby to nie sprostać ich wymogom estetycznym, być może.... Wymagało to o wiele więcej sił i środków, żeby np. pokazać rzeźbę. Stanęło na tym, że ten podział z kilku powodów był taki a nie inny. Natomiast ja, patrząc jakby od strony samej sztuki, a nie biznesu byłbym jak najdalszy od podziału. Bo to jest taki podział, który w czasach komuny funkcjonował, że ta "sprzedażna" jest gorsza a "niesprzedażna" lepsza. Uważam, że każdy artysta ma prawo sprzedawać prace albo nie sprzedawać. To nie jest kwestia jakości, jakiegoś porządkowania czy formułowania jakiejś zależności, tylko jest to decyzja artysty, który chce z tego żyć albo nie chce z tego żyć. Są artyści, którzy uważają, co wydaje mi się w dzisiejszych czasach zupełnie dziwne, niemal chore, że są przeciwni sprzedawaniu sztuki. Ja jestem jak najdalszy od takiego poglądu, choć niektórzy przedstawiciele galerii non profit, a także niektóre galerie zaznaczyły na wstępie, że ich prace nie są na sprzedaż. Chętnie wzięli jednak udział w tej wystawie. Są to głównie te galerie i ci galerzyści, którzy swoje korzenie i początki funkcjonowania wywodzą z czasów peerelowskich.

M.Z.: Czyli ci, którzy wywodzą się z tradycji galerii niezależnych lat 70., odcinają się od tego, by funkcjonować jakoś w tym komercyjnym nurcie?

S.S.: To nie jest tak, że oni się odcinają od istnienia na tym rynku sztuki, bo wtedy by w ogóle zrezygnowali z udziału w tej wystawie. Wystawę nazwałem roboczo "Scena rynku sztuki w Polsce" czy "Scena dla rynku sztuki w Polsce" - taki obszar, z którego rynek sztuki może czerpać. To, że jakaś galeria nie sprzedaje jakiegoś artysty, nie znaczy, że artysta nie może być sprzedawany przez inną galerię.

M.Z.: Jak na przykład Dominik Lejman, który reprezentował Galerię ON....

S.S.: ...i był reprezentowany przez inną galerię komercyjną. Ja w tym nie widziałem nic sprzecznego. Podobnie Konrad Kuzyszyn - wystawiał i tu i tam, Leszek Knaflewski... Kilka nazwisk funkcjonowało zarówno na tej jak i na tamtej wystawie i to nie jest: że tu coś gorszego a tu coś lepszego, czy tu coś niekomercyjnego a tu prace na sprzedaż. W przypadku Konrada Kuzyszyna to była prawie identyczna praca.

M.Z.: Może tak zakpił z tej całej sytuacji... Z tego, co mówisz, wynikałoby, że galerie non profit stoją na takiej pozycji, która pozwala im zauważać i wyłapywać to, co nowe. Czyli tak naprawdę promują awangardę? Mam na myśli to, że artysta wypromowany przez galerię non profit zostaje później zauważony przez galerie komercyjne.

S.S.: Ja bym chciał jeszcze powiedzieć o samym określeniu non profit. To określenie zostało ukute w ubiegłym roku, wymyśliłem je dla odróżnienia naszych galerii od galerii komercyjnych. Właściwie galerie poza kontekstem targów nie używają tego określenia. Mówi się inaczej dalej: galerie autorskie, niezależne, lub o jakimś określonym charakterze czy programie...

M.Z.: Ale czy ta nazwa nie zaakcentowała jednego tylko aspektu ?

S.S.: Non profitowość jest rzeczą wspólną dla tych wszystkich miejsc. Wydaje mi się, że to nie zostało negatywnie zaakcentowane, natomiast zostało wydobyte to, co w tych miejscach jest. Generalnie mi się wydaje, że ta nazwa jest dobra ale, jak mówiłem wcześniej, na potrzeby targów sztuki.

M.Z.: Czy galerie non profit, pozostając przy tej nazwie, czerpiące z tradycji galerii niezależnych, już 30. letniej, mają taką misję, żeby zajmować się sztuką awangardową? Bo jak wiadomo w takiej galerii łatwiej jest zadebiutować. W tym roku Galeria ON też wystawiła debiutantkę.

S.S.: To jest tak, że te galerie bardzo często są bliższe po prostu młodym artystom, bo są tak jak ON fragmentem organizmu Akademii Sztuk Pięknych. Wielu prowadzących galerie pracuje, ma związek z Akademiami Sztuk Pięknych, czego nie można specjalnie powiedzieć o galerzystach komercyjnych. Tutaj jest w sposób naturalny łatwiej wybrać, wyselekcjonować z środowiska akademickiego ciekawszych ludzi i ich promować. I to jest fakt. Te galerie promują też zupełnie nieznanych ludzi, bo jakieś miejsca muszą to robić, a trudno bez znajomości artystów kogoś promować. Ja też dostaję mnóstwo maili, czy można zorganizować komuś wystawę. Ale jak człowieka nie znam, to na ogół nie podejmuję tego kroku, chyba że będzie to coś wyjątkowego. Natomiast jak ktoś młodego artystę zna i poznaje jego dochodzenie do pewnych spraw, to na pewno jest dużo łatwiej....Wydaje mi się, że miejscom, które są bliskie strukturom uczelnianym, akademickim łatwiej promować nowe postawy i zjawiska w sztuce. A druga rzecz to fakt, że nie ma tego "bagażu" sprzedaży. Możemy sobie pozwolić na pokazywanie rzeczy absolutnie niesprzedawalnych, tak jak performance..., (który co prawda też jest na świecie sprzedawany) czy instalacje multimedialne. Wielu galerii prywatnych po prostu nawet nie stać, by to finansować. Galerie non profit są też po to, żeby pomagać młodym artystom zaistnieć, a także finansować ich projekty.

M.Z.: Idąc dalej tym tropem można by formułować taką tezę, że bez galerii non profit nie byłoby sztuki współczesnej w Polsce?

S.S.: Sztuka by była, tylko bez galerii. Sztuka to jest coś, czego nie da się zakazać. Im bardziej się przeszkadza i zabrania, tym artyści są bardziej niepokorni i robią to w sposób dla siebie najlepszy. Wydaje mi się, że kiedy są progresywni artyści, wtedy jest sztuka. Galeria jest takim narzędziem pomocy dla kreowania artystycznej sytuacji, niewątpliwie ważnym elementem. Sam jako człowiek, który od wielu lat galerią zarządza ,widzę, że wielu realizacji nie udałoby się zrealizować bez wsparcia galerii i miałyby mniejszy zasięg. Sztuka może istnieć sama, natomiast sytuowanie sztuki w społeczeństwie, czy budowanie jakichś związków nie może obejść się bez galerii. Bez galerii nie byłoby promocji myślenia twórczego. Być może nie robimy tego dobrze, bo to myślenie twórcze w naszym kraju i znajomość kultury nie są najlepsze. Rzadko media, telewizja docierają do pracowni artystów, lecz raczej kontaktują się z artystą i kontaktują naród z artystą poprzez takie miejsca, jakimi są galerie. Niewątpliwie sztuka sama dla siebie, taka "do szuflady" dobrze sobie radzi bez galerii, natomiast galeria jest tym pośrednikiem pomiędzy artystą a odbiorcą.

M.Z.: Poznań jest dosyć specyficznym miastem, na pewno nie może się równać pod względem jakiejś atmosfery artystycznej, np. z Krakowem. Nie masz takiego wrażenia, że występuje tu rodzaj jakiejś gigantomanii - największy festiwal teatralny - w Poznaniu, teraz największa impreza artystyczna - "Zobaczcie, na co Poznań stać". A z drugiej strony w ekspozycji galerii non profit nie było galerii z Warszawy...

S.S.: Były galerie z Warszawy.

M.Z.: Galerii Raster nie było.

S.S.: Galerii Raster nie było, ale to nie jest galeria non profit, to jest galeria komercyjna. W wystawie galerii komercyjnych zabrakło także kilku innych, istotnych galerii np.: Galeria Foksal, Galeria Fundacji Foksal, Galeria Starmach z Krakowa także odmówiły.

M.Z.: A dlaczego Galeria Raster odmówiła?

S.S.: Nikt tego nie wie. Miałem pewien problem z doborem galerii warszawskich. Tego rodzaju galerii jak np. ON w Warszawie nie ma, są fundacje, które nie mają miejsca, a robią swoje projekty artystyczne jak Supermarket Sztuki, który nigdy nie miał własnej przestrzeni ekspozycyjnej. To jest też strategia galerii, że galeria nie jest identyfikowana z metrami kwadratowymi, tylko z myślą, jej specyfiką. Lecz w Warszawie są przede wszystkim instytucje. Pojawiła się galeria XX1, która jest częścią Mazowieckiego Centrum Kultury, czyli częścią tej samej instytucji, w której funkcjonuje Galeria Foksal.

M.Z.: A co z tym Poznaniem, dążymy do tego, żeby coś tu się zaczęło dziać?

S.S.: Nie brałem pod uwagę sytuacji, że będziemy coś udowadniali Warszawie czy jakiemuś innemu miastu. Myślę, że to się zrodziło w sposób dosyć naturalny. Taka impreza w Warszawie moim zdaniem w ogóle by nie miała racji bytu, w ogóle by się nie udała, chyba że miałaby strasznie wysoki budżet. Myślę, że Warszawa jest jednak nastawiona na komercję. Jeśli targi sztuki byłyby w Warszawie, to pewnie prezentowałyby się na nich bardziej galerie typowo komercyjne i jeszcze by na tym musiało kilkadziesiąt osób zarobić spore pieniądze. Trudno byłoby znaleźć w Warszawie taką grupę pasjonatów, którzy w sposób bezinteresowny, bez wielkich zysków, a wręcz wydając własne pieniądze, poświęciliby gigantyczną ilość energii i czasu na zrobienie takiej wystawy. I dlatego jest ona w Poznaniu, bo w Warszawie nie ma zbyt wielu takich ludzi. Myślę tu przede wszystkim o osobie dyrektora Art Poznań Izie Gustowskiej. Krótko mówiąc - gdyby nie Iza, ta impreza by się nie odbyła, a na pewno nie miałaby tego rozmachu. A trudno mówić o Izie, że jest megalomanką, albo że chce konkurować z Warszawą. Po prostu myślę, że to jest pewnego rodzaju misja społecznikowska - co przy "targach sztuki" brzmi trochę dziwnie.

M.Z.:To czemu targi a nie biennale?

S.S.: To jest ciekawe pytanie i nad tym się cały czas zastanawiam, czemu to się nazywa targi. Takie instytucje jak targi istnieją na całym świecie. Każda z tych dużych imprez ma taką aurę, że jest takim rynkowym zrównoważeniem sytuacji komercyjnych, promocji nowych zjawisk, strategii itd. I jest to coś, czego w Polsce brakowało, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie było. Były co prawda kiedyś targi w Poznaniu, które się nazywały Interart, organizowane przez Targi Poznańskie, ale to była stricte komercyjna impreza, nie mająca charakteru pokazywania nowych zjawisk, tak jak inne sytuacje targowe na świecie. Dlaczego nie biennale? Z jednej strony wydaje mi się, że biennale byłoby zrobić na pewno prościej i byłoby bardziej wyraziste. Targi wypełniły pewien brak, żyjemy jakby nie było w czasach rodzącego się kapitalizmu, a jeśli chodzi o rynek sztuki to raczkującego. Pewnie bylibyśmy osobiście bardziej zadowoleni gdyby to było biennale, pewnie byłaby z tego lepsza wystawa, ale czy byłby większy "zysk", mówiąc brzydko, dla społeczeństwa - nie jestem przekonany. Byłaby to kolejna hermetyczna impreza...

M.Z.: ...dla środowiska.

S.S.: .....na którą by przyszło kilkaset, może kilka tysięcy osób. Na pewno kontekst targów, kontekst komercji zwabił do rzeźni i Browaru niespotykaną liczbę uczestników, w tym dużą ilość takich, którzy by nie przyszli na coś, co nazywałoby się biennale czy triennale.

M.Z.: Policzyliście?

S.S.: Były robione takie wyliczenia szacunkowe, jest to między 30 tys. a 50 tys. ludzi, którzy przyszli zobaczyć te wystawy.

M.Z.: Co, biorąc pod uwagę złą pogodę....

S.S.: ...było osiągnięciem gigantycznym. Na ubiegłorocznym Biennale w Łodzi było może 10 tys. To już nie jest ta skala, mimo, że międzynarodowa impreza. Nasza impreza uruchomiła w ludziach ciekawość zaczerpniętą trochę ze strategii działania supermarketów. Ten sam mechanizm został wykorzystany tutaj i wydaje mi się, że sukces frekwencyjny niewątpliwie mówi, że to był dobry pomysł. Ważne, aby w tym wszystkim nie dać się za wszelką cenę sprzedać, ale wykorzystać tę potrzebę człowieka, który chce iść pooglądać a może i coś kupić. I jest to coś, co powinniśmy wzbudzać i pobudzać, bo to robi więcej niż edukacja artystyczna w Polsce poziomu podstawowego. Z zeszłego roku pamiętam fantastyczną reakcję: dwóch "karków" przyszło przez przypadek. Na własne uszy słyszałem sytuację, jak jeden zadzwonił: "Halinka, Halinka, chodź tu, tu są zajebiste rzeczy"- on pierwszy raz to widział i jeszcze wołał Halinkę. Mit, że sztuka jest niezrozumiała dla społeczeństwa, jest "z góry" błędny i to paradoksalnie głównie edukacja tworzy taką barierę. Ludzie nie chcą, bo im się wydaje, że nie rozumieją. Chodzi o to, że sztuka jest przez ludzi i dla ludzi robiona i może być odbierana na każdym poziomie inteligencji każdego człowieka. Poziom inteligencji danego człowieka także jest odpowiedni dla poziomu rozumienia każdego dzieła sztuki. Myślę, że to jest najważniejsze i najistotniejsze, można powiedzieć - zwycięstwo, że ta doktryna, idea targów - powoduje przychodzenie na wystawę ludzi, którzy głównie chodzą właśnie do supermarketów. I przyszli, jak do supermarketu, a mogli nawet, w pewien sposób, zachwycić się czymś, co wydawało im się, że jest nie do zachwycania.

M.Z.: A gdybym cię poprosiła, żebyś zbilansował zyski i straty ? O zyskach już powiedziałeś, ale co się nie udało?

S.S.:To jest pytanie głównie do pani księgowej. Straty natury finansowej są spore. W ubiegłym roku udało się to zbilansować na 0, w tym roku jest to mało prawdopodobne a raczej niemożliwe. Jakie są straty ?

M.Z.:Niektóre rzeczy nie zadziałały na czas, Arti złamał nogę...

S.S.: To są wypadki losowe. Tak samo z Dominikiem Lejmanem - to był przypadek losowy, że to nie wystartowało, nie zadziałało jak należy - być może było za mało czasu. Ale to są rzeczy, które zdarzają się na każdej imprezie. Nawet na Biennale w Wenecji zdarza się, że na otwarciu wystawy jakiś pawilon jest nieskończony. Od drugiego dnia rano już praca Dominika Lejmana funkcjonowała jak należy, jak ktoś chciał, to tym bardziej był ciekawy i przyszedł ją zobaczyć. Liczyłem na większy udział ludzi w bloku performerskim a okazało się, że ludzie wolą przychodzić na sztukę "stałą". Żałuję trochę, że to się w ten sposób nie spełniło. Trochę błędów zostało popełnionych, np. przez panią, która zajmowała się public relations i w sposób, moim zdaniem, niedostateczny, poprowadziła całą stronę promocyjną, firma się do końca nie sprawdziła. W ubiegłym roku ta sama firma robiła promocję, ale wtedy chyba było łatwiej, bo to była pierwsza impreza. W tym roku już za reklamy trzeba było płacić. Udało się kupić reklamy po stosunkowo niskich cenach w czasopismach o charakterze międzynarodowym - Kunstforum i Flash Art. Nie udało się zbyt wiele na poziomie popularnym - mało było informacji internetowych, gdzie można było za niewielkie pieniądze albo w ogóle za darmo wstawić informacje np. w: Spam, Sekcji, Art Papierze ..., które przecież ludzie, szczególne młodzi, czytają. Nie było także bardzo widocznej reklamy zewnętrznej. Ale z drugiej strony, jak ludzie przyszli - trudno na reklamę narzekać, ale być może przyszłoby więcej. Przyjechało natomiast sporo ludzi z Niemiec. Sam byłem świadkiem jak przyjechały cztery autokary i wysiadło z nich z 200 osób, które przyjechały specjalnie z Berlina i to nie seniorzy, ale ludzie zainteresowani. Myślę, że reklama w Kunstforum podziałała, ze względu na układ międzynarodowy. To, co najbardziej się nie udało, to umiędzynarodowienie tej imprezy. To jest moim zdaniem największy błąd.

M.Z.: Mówisz o publiczności?

S.S.: Mówię o galeriach, chodzi o uczestnictwo galerii z zagranicy.

M.Z.: Były takie plany?

S.S.: Początkowo były takie plany. Zakładałem początkowo, że się pojawią galerie niekomercyjne, w jakiś sposób umiędzynaradawiające całą imprezę np.: 10 polskich galerii i 10 zagranicznych galerii. Potem się okazało, że czasu jest zdecydowanie za mało i że tych galerii w Polsce, które chciałyby się wystawić, było znacznie więcej i stanęło na tym, że w tym roku jeszcze nie. Być może w przyszłym roku, jeżeli dojdzie to do skutku. Ta wystawa musi się odbyć w kontekście imprez międzynarodowych i musi pokazywać międzynarodowych artystów. Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach to śmieszna sytuacja, że tego kontekstu nie ma. A to się wiązało m.in. z pieniędzmi. Okazało się, że kilka galerii ukraińskich było zainteresowanych, ale żeby przyjechali, trzeba by było sfinansować im transport, pobyt itd. Mogliśmy zaprosić galerie z Niemiec czy z dalszego Zachodu, ale z kolei oni nie czuli (poza jedną, dwiema galeriami), że, jadąc do Polski, coś zdziałają. Łatwiej byłoby oprzeć się na ruchu non profit, choć ja się, szczerze mówiąc, bałem, bo to by się wiązało z ograniczaniem ilości polskich galerii. Niektórzy mieli pretensje, dlaczego nie my a oni itd. A gdyby było tych galerii 10 a nie 20, byłaby jeszcze większa selekcja tych polskich miejsc i być może wykreowałoby to konflikt w samym środowisku galerii non profit. Chciałem tego uniknąć, stąd taka decyzja, która, jak mówiłem, była spowodowana przede wszystkim bardzo krótkim czasem realizacji projektu. Galerie zachodnie nie działają tak na "hurra". Jeśli coś nie jest umieszczone w biznesplanie, to galerie zagraniczne, zachodnie, żyjące znacznie dłużej w systemie kapitalistycznym niż my, w ogóle tego nie biorą pod uwagę. Jak najbardziej zainteresowane mogłyby być galerie bloku wschodniego, ale z kolei ich jeszcze w większości nie byłoby na to stać.

M.Z.: A to dobrze czy źle, że galerie zachodnie nie działają na "hurra"?

S.S.:Mi się to podoba w Polakach, taki bezinteresowny zryw, takie kolejne powstanie narodowe i "na wariata" z kosami idziemy na...

M.Z.: ...rzeźnię.

S.S.: ... na przykład - na rzeźnię. U nas, jak ktoś nie ma pieniędzy na działalność, to przyjedzie za własne albo pożyczy i przyjedzie.

M.Z.: Czyli perspektywą przyszłoroczną jest - umiędzynarodowienie targów?

S.S.: Jeżeli targi odbędą się w przyszłym roku, to na pewno w kontekście międzynarodowym.

M.Z.: A mogą się nie odbyć ?

S.S.: Mogą się nie odbyć... Mogą się odbyć w zupełnie innej formule, czysto komercyjnej - jest np. wynajmowana przestrzeń za 200 tys. zł, jest 10 galerii i każda płaci 20 tys. złotych, tak to wygląda na targach w Berlinie - tam się płaci 147 euro za metr kwadratowy powierzchni, za każde gniazdko, za każdą lampkę. Być może takie targi się odbędą, niewątpliwie naszych galerii, nawet tych komercyjnych, nie stać w tej chwili na to, bo obrót dziełami sztuki nie jest taki duży, żeby płacić takie pieniądze. Być może zachodnie galerie będzie na to stać.
Główne pieniądze na tegoroczną imprezę były od Ministra Kultury, ale bez dodatkowych źródeł trudno też byłoby to udźwignąć. Jak wiadomo, wybory mamy we wrześniu, są plotki kto może zostać ministrem kultury, są też wątpliwości.

M.Z.: Ostatnie pytanie - ty też jesteś odbiorcą sztuki - co ci się podobało ?

S.S.: Co mi się podobało? To jest najtrudniejsze pytanie. Powiem, co mi się podobało od strony takiej, co sam bym chciał mieć, co nie znaczy, że to były najlepsze prace. Bardzo mi się podobały dwa filmy Joanny Buczkowskiej, pokazywane przez Supermarket Sztuki. Podobały mi się obrazy Małgosi Szymankiewicz, którą zaprosiła Agata Michowska. Reprezentowała ona Galerię ON, więc wypadałoby, żeby mi się podobało. Gdyby mnie było na to stać, to chciałbym je mieć, choć dwa, które mi się najbardziej podobały, były nie na sprzedaż. Podobała mi się realizacja Joasi Hoffmann, znowu nieskromnie powiem. Podobają mi się jako całość prace Twożywa, wiec również prace, które tutaj były pokazywane a szczególnie karty magnetyczne, które chętnie bym nosił w portfelu - MariaMateria jest zawsze dobrym bankiem. Bardzo podobały mi się prace Konrada Kuzyszyna. Z takich rzeczy, co chciałbym mieć, to chyba tyle. Były rzeczy, które wydają mi się szczególne wartościowe: akcja Ryszarda Ługowskiego ze snajperem, który strzelał do ludzi. To jest taka praca, która mnie poruszyła. Lubię prace interakcyjne, takie, gdzie niekoniecznie my jesteśmy interaktywni, ale czujemy się interaktywni, czujemy się częścią jakiegoś projektu. Tu ten komunikat był w obie strony: luneta, którą się patrzyło na Kennedy'ego, a artysta, patrzący na nas swoją lunetą, miał nas na muszce przez cały czas, jak my oglądaliśmy kogoś innego. Wspomniana praca Golca i Czekalskiej bardzo mi się podobała, jeżeli chodzi o kontekst miejsca.

M.Z.: Zresztą była adresowana do ciebie.

S.S.: Właściwie mogłem ją sobie wziąć, jeśli była do mnie, ale odesłałem ją artystom. I jeszcze jedno, co mi się podobało, to stonka Witkowskiej i inne jej prace, które nawiązywały do kontekstu komercji i rynku. Było też kilka słabszych prac. Niektórzy klasycy mnie bardzo zawiedli, młodzi artyści wybrnęli znacznie lepiej z tej sytuacji.

M.Z.: Chcesz ich wymienić?

S.S.:Wymieniać ich nie będę. Ale jest to pewnie jakiś znak zmian...