Nie wszystkie wystawy są dla wszystkich. Rozmowa z Moniką Szewczyk

Marcin Krasny: Jesteś dyrektorką białostockiego Arsenału już od ćwierćwiecza...
Monika Szewczyk: Każda kobieta po pięćdziesiątce marzy o takim zagajeniu rozmowy.

[Śmiech] Mam na myśli to, że dziś w całej Polsce dyrektorzy publicznych galerii zmieniają się jak w kalejdoskopie, a ty dalej robisz swoje. Ty i Wojciech Kozłowski jesteście...
Matuzalemami... [śmiech]

Absolutnie nie użyłbym takich słów. Jesteście dyrektorami, których forma od dawna nie słabnie. Chciałem zapytać cię o zmiany programowe, jakie dokonały się w Arsenale w ciągu tych lat.
Nie jestem już wiecznym dyrektorem, tylko dyrektorem kontraktowym. Mam kontrakt na pięć lat. Co do zmian, to mam nadzieję, że rzeczywiście się dokonują, bo inaczej nadal pokazywalibyśmy tylko i wyłącznie Poznańską Szkołę Instalacji.

Na początku tak było?
Stanowiła ona bardzo istotną część programu. Jeśli przyjąć twoje założenie, że z Wojtkiem nie skostnieliśmy (jakoś łatwiej jest rozłożyć odpowiedzialność na dwie osoby. Gdy myślę tylko o sobie, to wydaje mi się, że to strasznie nieetyczne zajmować stanowisko pracy tak długo), to można powiedzieć, że jesteśmy na szańcach, w miejscach o trudnej specyfice, gdzie cały czas musieliśmy i w pewnym sensie nadal musimy o te instytucje walczyć. Jeśli zaczynasz pracę w miejscu, z którym nie wiąże się żaden etos, które jest po prostu prowincjonalną galerią, a chcesz do niej zapraszać dobrych artystów, to musisz stanąć na głowie, żeby ich przekonać, że warto. Warto poświęcać czas, warto wozić swoje prace na drugi koniec świata i warto zgodzić się na pracę w słabszych warunkach, niedających prestiżu. Wiadomo, że musimy starać się bardziej niż Centrum Sztuki Współczesnej, bo tam z reguły wszyscy artyści chcą mieć wystawy. Twoje starania stają się dzięki temu nawykiem, nie myślisz już o tym bez przerwy, aż w którymś momencie mija dwadzieścia pięć lat...
Zanim zostałam dyrektorem, galeria była bardzo zagrożona. Ówczesne władze poważnie zastanawiały się nad tym, czy coś takiego, jak Biuro Wystaw, w ogóle jest potrzebne. Rozważano zamknięcie galerii lub włączenie jej do innej instytucji: domu kultury czy teatru (w formie dekoracji w foyer). Ciągła walka powoduje, że nie masz szansy na odpuszczenie sobie czegokolwiek. Musisz być cały czas zwarty, gotowy, prężny. Nie masz czasu na rutynę, ciągle musisz się uwiarygodniać, udowadniać wszystkim, że jesteś potrzebny. Że przy minimalnych środkach możesz zbudować interesujący program... Co zresztą jest podwójną pułapką, bo skutkuje z jednej strony utrzymującym się niskim budżetem, a z drugiej konfliktem z lokalnym środowiskiem twórczym, którego priorytety nie zawsze są zgodne z budowaniem programu galerii.

No właśnie, galerie w mniejszych miastach często borykają się z tym, że lokalne środowiska zarzucają im "warszawskość", zamiast pracy na rzecz miejscowych społeczności.
Argument, że geografia nie jest elementem, który kształtuje program, do nikogo nie dociera.

Czy w związku z tym wszystkim obawiasz się zmian powyborczych?
Mamy za sobą bardzo bolesne doświadczenia, które nauczyły nas tego, że rzeczywiście jest czego się obawiać. To kuriozalne, że polityka ma tak duży wpływ na nasze funkcjonowanie, tym bardziej że jesteśmy galerią miejską i przynajmniej w sferze samorządowej można by oczekiwać, że będziemy oceniani poprzez aktywność, działalność merytoryczną i program, a nie przez pryzmat świadomościowy, czy wręcz interesów politycznych. Zajmujemy się sztuką współczesną, a ta ma określone konotacje, w związku z czym dla części radnych jesteśmy a priori podejrzanym i szkodliwym elementem.

Mimo tych wszystkich trudności politycznych i lokalnych sporów galeria funkcjonuje coraz lepiej. Kilka lat temu otworzyłaś jej filię w dawnej elektrowni.
Przede wszystkim pracuję ze świetnym zespołem, z ludźmi, którzy tę robotę lubią, którzy są z niej dumni, którzy utożsamiają się z instytucją. To bardzo ważne, bo daje siłę w trudnych momentach i jest przyjemne na co dzień. My się generalnie lubimy w "fabryce". Ostatnie parę lat to był spokojny okres dobrych relacji z urzędem miasta, z prezydentem, któremu podlegamy. To spokój, a nie skandale i awantury pozwalają skutecznie pracować, więc parę rzeczy naprawdę się udało: zdobyliśmy fantastyczną przestrzeń starej elektrowni, zbudowaliśmy dobrą kolekcję, program edukacyjny, zrobiliśmy szereg niezłych wystaw, w tym sporo poza granicami kraju.

Znalazłem fragment wywiadu, w którym mówiłaś o programie galerii: "nasze największe zainteresowanie skupia się na laboratorium, czyli procesach, które się dopiero zaczynają, a nie już kończą". Czy to aktualne?
To chyba jakiś stary wywiad. [śmiech] Nie wiem, czy do tego zmierzasz, ale wielu kuratorom się to zdarza, że w jakimś momencie zatrzymują się na pewnym etapie rozwoju. Że bardziej jest im bliska sztuka ich rówieśników. Do tego zmierzasz?

Zastanawiam się tylko, czy ten program nadal jest aktualny.
Pracujemy w zespole. Rozmawiamy ze sobą, kłócimy się. Staramy się trzymać rękę na pulsie i przyglądać temu, co dzieje się w sztuce. Jasne, że zwracamy większą uwagę na artystów młodszego pokolenia, bo to zawsze wiąże się z jakąś nową treścią. Mamy też grono artystów ulubionych, do których wracamy częściej. Poza tym, czasami okazuje się, że artyści, o których myślimy jako o młodych, wcale już tacy młodzi nie są. Zależy nam na tym, żeby nie powtarzać tych samych gestów, tych samych sytuacji. Kiedyś budowałam program, zawłaszczając cały teren dla siebie, czyli to ja pracowałam z artystami. Teraz coraz bardziej zajmuje mnie współpraca z młodymi kuratorami i to, że interesują ich w sztuce zupełnie inne rzeczy. Takim terenem doświadczeń, o których mówiłeś, jest dla mnie nasza kolekcja. Chętnie oddaję to moje dziecko w ręce kuratorów zewnętrznych. Nawiasem mówiąc, jestem chyba pierwszą osobą, która kupiła w Polsce pracę wideo. W dość dziwny sposób. Rozmawiałam z Józefem Robakowskim o zakupie jego prac do kolekcji. Chciałam, żeby to były prace wideo, czym go chyba trochę zaskoczyłam. Powiedział: "Acha, to ja ci nagram filmy na kasetę". I rzeczywiście, dostałam od niego kasetę, jakiś VHS bardzo dobrej firmy, a na tej kasecie było tyle prac... ile się zmieściło. Dziś wszyscy kupujemy jedną pracę wideo, ale wtedy jeszcze sami nie bardzo wiedzieliśmy, co obejmuje zakup, filmy czy kasetę.

Porozmawiajmy jeszcze o programie. Instytucja, która jako jedyna zajmuje się sztuką współczesną w tej części Polski, ustala swój program jako swego rodzaju eksperyment...
Ten "eksperyment" to jednak za duże słowo. Na tym terenie wszystko, co robimy, jest super eksperymentalne. A może ten program widziany z perspektywy warszawskiej zupełnie nie jest eksperymentalny? Może jest rodzajem - na co zwracał kiedyś uwagę Łukasz Gorczyca - zapożyczeń czy filtrowania tego, co widzimy na wystawach w galeriach warszawskich? Może.

Sama użyłaś sformułowania "młodzi artyści".
Tak, generalnie chcemy zajmować się sztuką, która się zaczyna, a nie o tym, co wszyscy przerobili już ze sto razy.

Z drugiej strony nie da się ukryć, że jesteśmy w Białymstoku. Jeśli przyjeżdża tu jakiś miłośnik sztuki współczesnej, to tylko dlatego, że znajduje się tu Galeria Arsenał. Nie ma w zasadzie nic innego. Czy nigdy nie zastanawiałaś się nad tym, że może sensowniej byłoby pokazywać tutaj coś, co jest bezpieczne, oczywiste, od dawna obecne w kanonie?
Lubię to pytanie. Wygodniej byłoby, oczywiście. Mniej boleśnie. Miałabym pewnie więcej przyjaciół i sympatyków, ale nie w tym rzecz. Kanonem, który mógłby tutaj bezpiecznie funkcjonować, musiałoby być malarstwo impresjonistów. To nie jest tak, że tutaj zupełnie nic się nie przyjęło, że choć przez te dwadzieścia pięć lat sialiśmy, a wszystko poszło w suchy piach. Pojawiają się różne instytucje, które zajmują wystawiennictwem i jest im do nas coraz bliżej. Stosunek ludzi się zmienia. Myślę, że ta część populacji, która jest zainteresowana sztuką współczesną, jest na tyle otwarta, że tak samo ważna będzie dla niej wystawa Nowosielskiego, co wystawa Wojtka Bąkowskiego. Jest to dość wąska grupa, w Białymstoku węższa niż w Warszawie, ale dla tej wąskiej grupy warto proponować jak najlepszy program. Poza tym nie mam wrażenia, że Białystok jakoś odstaje od reszty Polski. Nowoczesna sztuka wiąże się z nowoczesnym myśleniem, a do tego mamy jakąś niechęć.

Wspomniałaś, że pojawiają się tu nowe inicjatywy, jednak mimo obecności dużej, rozwijającej się galerii trudno tu dostrzec - a przynajmniej nie widać go z dystansu - jakiegokolwiek środowiska mającego konkretną propozycję artystyczną. Tylko częściowym wytłumaczeniem może być brak uczelni artystycznej.
Projekty wystawiennicze z obszaru sztuki najnowszej realizowane są w kilku instytucjach miejskich. Przez lata skutecznie funkcjonowała studencka galeria 113, skłot, projekty na węglówce, przed chwilą powstało nowe miejsce, R5. Może to środowisko nie jest bardzo charyzmatyczne, ale wynika to z tego, że bardzo dużo osób z Białegostoku wyjeżdża. Młodzi ludzie, którzy jadą na studia do Poznania, Krakowa, Warszawy często tam zostają, z oczywistych przyczyn. Jest bardzo wielu znakomitych artystów w Polsce, którzy mają swoje korzenie w Białymstoku. Wiedziałeś na przykład, że Wojtek Łazarczyk jest Białostoczaninem? Agata Michowska, Kuba Dąbrowski, Karol Radziszewski... Długa lista.

Ogromny potencjał ma nowy oddział galerii - Elektrownia - choć nadal nie doczekał się remontu.
W Elektrowni mieszkamy od pięciu lat. Pierwszą wystawą, którą tam zrobiliśmy, gdy jeszcze nie była nasza, była prezentacja Alexandra Perigot "Polka Palace", wszystko wydawało się proste. To była nasza karta przetargowa; zrobiliśmy bardzo efektowną wystawę, na której podłogi się ruszały, nasza kolekcja, która była wewnątrz, tańczyła, tańczyła też publiczność, wszyscy byli pod wrażeniem. Była to też pierwsza okazja pokazania tej przestrzeni, jej potencjału. Od tamtej pory robimy tam mniej więcej cztery wystawy rocznie. Mamy już zamknięty, bardzo interesujący projekt przebudowy zrobiony przez pracownię architektoniczną WXCA z Warszawy. Na początku trochę się obawiałam konkursu otwartego, ale okazało się, że nadesłano dużo naprawdę fajnych projektów. W pierwszym etapie wzięło udział około stu biur projektowych, a w drugim, kiedy przyszły już projekty, ta ilość spadła do czterdziestu dziewięciu, co i tak jest imponującym wynikiem. Projekt WXCA otwiera elektrownię na miasto, na rzekę. Zaplanowano w nim rodzaj platformy, która jest zarówno mostem, jak i placem do realizacji projektów, znajduje się tam również kawiarnia otwarta na rzekę. W tej chwili ulica prowadząca wzdłuż elektrowni jest martwa, a nasze zabiegi spowodują, że centrum miasta się rozrośnie, anektując ten fragment. Ciągle jeszcze mamy niedopięte różne sprawy związane z własnością i ten budynek nie jest w całości nasz, dzielimy go z zakładem energetycznym, więc jeszcze mnóstwo formalności przed nami. Projekt jest trudny, bo budujemy nad samym brzegiem rzeki, w połowie budynku, a nie w całości. Jest mnóstwo trudnych sytuacji, ale gdy wszystko się uda, to będzie fantastyczne.

Czy jest już znany termin rozpoczęcia prac?
To zależy od wielu rzeczy, również od pieniędzy. Najpierw musimy domknąć formalności, żeby móc wystąpić o fundusze. Mamy dobrą współpracę z miastem, poparcie prezydenta, ale jednocześnie piętrzą się tak zwane obiektywne trudności. Chciałabym mieć oczywiście jasność, że zaczniemy budowę w dwa tysiące siedemnastym. Z drugiej strony myślę, że to, że remont nie nastąpił od razu, że Elektrownia od pięciu lat funkcjonuje w obecnym stanie, też ma swoją wartość, choć nie chciałabym oczywiście przedłużać tego w nieskończoność. Uważam, że wyeksploatowaliśmy i skonsumowaliśmy jej specyficzną postindustrialną urodę na tyle, że nie da się tam już zrobić zbyt wielu atrakcyjnych projektów nawiązujących do specyfiki miejsca, ale prawdą jest, że to miejsce czarowne. Do tej pory staraliśmy się tam konsekwentnie nie ponosić nadmiernych kosztów. Wybudowaliśmy tylko architekturę do wystawy "Podróż na Wschód", którą przebudowujemy, ale w granicach normalnej pracy nad architekturą wystawy.

Opowiedz mi, proszę, o wystawie, która znajduje się tam teraz: "Miłość na skraju przepaści". Miałem poczucie, że nie jestem jej najwłaściwszym odbiorcą, że jest to wystawa robiona przez kobiety dla kobiet.
Może tak trochę jest... Praca w Arsenale nauczyła mnie tez tego, że nie wszystkie wystawy są dla wszystkich, nie muszą być. Jestem współkuratorką tej wystawy, ale jej koncepcję zaproponowała Denise Carvalho, niezależna kuratorka z Nowego Jorku. Ta wystawa powstała z myślą o Oi Futuro, centrum sztuki w Rio de Janeiro. W jakimś momencie pracy nad nią stwierdziłam, że tyle włożyłam już w nią wysiłku, że dlaczego by nie pokazać jej tutaj. Denise jest Brazylijką, lecz zaprosiła artystki z Europy centralno-wschodniej. Tytuł brzmi "Miłość nad przepaścią", ale tak naprawdę więcej tam jest przepaści niż miłości, bo prezentowane prace pokazują życie w europie wschodniej.

W jakim kierunku poprowadzisz zatem dalej program galerii? Z Arsenałem związanych było już kilkoro kuratorów, teraz pracuje tu Agata Chinowska, która wcześniej odpowiadała za program interesującej prywatnej galerii Heppen Transfer w Warszawie. Czego oczekujesz od ludzi, których zatrudniasz? Jakie formaty wystaw, jakie rodzaje projektów cię interesują?
To jest galeria miejska, więc nie może być prowadzona tak, jak galeria autorska, gdzie można zająć się jednym problemem, jednym zagadnieniem, jednym rodzajem sztuki. My musimy być bardziej elastyczni i pokazywać szersze spektrum. Różnorodność programu jest też wynikiem naszej pracy z publicznością. Chciałabym, żeby ludzie czuli się u nas dobrze, żeby za nami tęsknili i chcieli do nas wracać, żeby mieli poczucie dobrze spędzonego czasu. Podstawowym kryterium (choć to strasznie głupio brzmi), zawsze jest jakość. Wszyscy chcielibyśmy robić świetne wystawy, mądre w przekazie, wyrafinowane w formie, efektowne, ale nie efekciarskie, świeże, wnoszące nowe spojrzenie. Wystawy złożone z prac, które będziemy długo pamiętać, które wbiły nas w ziemię, spowodowały, że nagle dostrzegliśmy coś, czego istnienia dotąd nie podejrzewaliśmy, które zmieniły świat. W programie galerii ważne są wystawy problemowe, odpowiadające na pytania, a może raczej stawiające pytania. Zależy mi na projektach uwzględniających kontekst miejsca, miasta Białegostoku, granicy Schengen, ale również czasu. Zależy mi na projektach niekonwencjonalnych, naruszających porządek. Od pracowników oczekuję pasji, zaangażowania i inicjatywy. Mamy świetną robotę, bo możemy w niej realizować swoje marzenia, tylko musimy mieć odwagę, żeby te marzenia mieć.

Jak duży jest budżet na produkcję nowych prac?
Niewystarczający. Nie oszczędzamy na artystach (przyjmijmy, że to dewiza), ale środki, którymi dysponujemy, są ograniczone. Mam niestety tendencję do przekraczania budżetu (nie powinnam się do tego przyznawać, szczególnie przed urzędnikami). Bardzo trudno jest odmawiać finansowania prac, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z dobrymi projektami i uświadomimy sobie, jakie efekty możemy uzyskać przy odrobinie dodatkowego wysiłku, ale faktem jest, że budżet, który jest podstawą naszego utrzymania, przez długie lata był niemiłosiernie ucinany, a od kilku lat utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie. Zyskaliśmy większą przestrzeń, ale nie wpłynęło to w sposób wyraźny na jego wysokość. Aplikujemy o granty do ministerstwa, przeróżnych fundacji, ale większość wystaw jest budowana na naszym budżecie, o sponsorach nie ma co marzyć. Poza tym trudno określić jakąś obowiązującą kwotę, bo to zależy od wystawy, tego, czy jest dofinansowywana, jak jest duża, ilu artystów bierze w niej udział. Ponadto w galerii dzieją się też inne rzeczy, koncerty, pokazy filmowe, pokazy performans, staramy się też budować coś w przestrzeni publicznej, czy to za pomocą sztuki efemerycznej, czy trwałej. Mamy bardzo rozbudowany program edukacyjny.

Wróćmy na chwilę do kuratorów spoza Białegostoku. Co nowego wnieśli do programu?
Przez trzy lata pracował z nami Michał Jachuła. Z mojego punktu widzenia to była bardzo dobra współpraca, bo Michał jest kompletnie inny niż ja, interesują nas inne rzeczy, podobają nam się różne prace, w zasadzie to zwykle nie zgadzaliśmy się ze sobą, chociaż mnie bardzo podobały się zrobione przez niego wystawy. Po jego odejściu zrobiłam rodzaj konkursu, przesłuchałam ileś osób. Zwracałam uwagę na doświadczenie i kompetencje, ale też komunikację. Na to, jak ta osoba będzie pracowała w zespole, czy będzie do tego zespołu pasowała. Myślę, że Agata dobrze się w nim odnajduje, myślę, że ma dobrą intuicję, dobrze uzupełniają się z Sylwią Narewską. Przyszła do nas w zeszłym roku, a wystawa, którą widzisz tutaj, to jej pierwszy duży projekt. Agata rozmawiała o nim ze mną rok temu, gdy się tu pojawiła i jeszcze nie rozpakowała walizek.

Co cię do tego projektu przekonało?
Zwraca uwagę na kontekst miejsca, w jakim jesteśmy. Białystok jest miastem, które ma problemy z tożsamością, nie możemy się dookreślić, miotamy się między polską gościnnością i podkreślaniem wielokulturowości a niechęcią do obcych. Projekty analizujące, próbujące to uporządkować choćby w sensie symbolicznym, są tu potrzebne. Ta wystawa jest oczywista w Białymstoku, mieście Zamenhofa, a jednocześnie doszło do niej dopiero teraz. To tak, jak z identyfikacją wschodnią. Od paru lat nasz program jest wyraźnie orientowany na Wschód, ale potrzebowaliśmy czasu, żeby się wobec tego określić.

Jakie są najbliższe plany Arsenału?
Realizujemy projekt, nad którym pracuję już od dłuższego czasu, korzystając z doświadczenia Ani Łazar. To kolejna z cyklu wystaw z udziałem artystów wschodnich - "Nasze ciało narodowe". Wystawa, której pierwszą odsłonę zrobię w tym roku w Elektrowni, a która tak naprawdę wybrzmi w przyszłym roku w muzeum w Kijowie. Zapraszam na nią artystów polskich, ukraińskich i rosyjskich. Wystawa ma dotyczyć autostereotypów. Pokażemy prace, które mówią o nas w sposób ironiczny, oceniający, które pokazują nas jako naród. Takich realizacji jest mnóstwo. Ikoniczną jest praca Uklańskiego: dwa zdjęcia z napisem "Solidarność" ułożonym z ludzi. Na pierwszym ludzie są w grupie (mamy solidarność), a na drugim się rozchodzą. Z Rosji znajdą się tam prace Chto Delat' i Piotra Pawleńskiego, również praca Mykoły Rydnego, która była prezentowana w tym roku na biennale w Wenecji. Podczas "Podróży na wschód" mieliśmy kilka fantastycznych wieczorów z artystami z Gruzji, Armenii, Azerbejdżanu, Mołdawii. Był taki wieczór, kiedy wszyscy opowiadali dowcipy określające nas jako naród, dowcipy w rodzaju "Radia Erewań" czy "Polak, Ruski i Niemiec". Okazało się, że można powiedzieć wszystko, ale tylko w pierwszej osobie. To znaczy, kiedy ja opowiadam dowcip o Polaku, który jedną kulkę zgubił, a drugą zepsuł, to jest ok, ale kiedy opowiadam dowcip o głupich Rosjanach, to już nie jest fajne. Dowcipy o Radiu Erewań opowiadane przez Ormian, którzy zapłakiwali się przy tym ze śmiechu, miały specyficzną lekkość.
Wystawa będzie wprawką do projektu realizowanego w przyszłym roku w Kijowie w ramach prezydencji.

To plany na najbliższy rok. A jakie są te bardziej dalekosiężne?
Przede wszystkim chciałabym mieć trochę więcej swobody finansowej i móc realizować projekty o szerszym zakresie, zapraszać artystów, na których dziś nas nie stać. Dużo zależy od etapu realizacji projektu Elektrownia. Planuję zwiększenie aktywności galerii w przestrzeni miejskiej. Na pewno będziemy realizowali projekty wschodnie, bardzo się w nie zaangażowałam i nie wyobrażam sobie zaniedbania tego kierunku. Mam nadzieję, że będziemy je realizowali nie tylko w Białymstoku (w tym roku udało mi się pokazać wystawę ukraińskich artystów w IP w Düsseldorfie). Poważnie myślę o dużej wystawie naszej kolekcji w Warszawie. No i mam mocne postanowienie niewyręczania moich kuratorów, oddania im pola - niech walczą.

Monika Szewczyk. Fot. Hubert Czerepok
Monika Szewczyk. Fot. Hubert Czerepok