Grand magasin de Varsovie

: Function ereg() is deprecated in /includes/file.inc on line 649.

Dawno, dawno temu sztuka w Polsce była straszna. Artyści pokazywali organy w formalinie, topili Matkę Boską w nieświęconej wodzie, cytowali Michela Foucaulta. Poruszali problemy, brutalizowali język. Oko za oko, antyciała, więzy krwi, ja i AIDS, parteitag.

Masakra.

W tych strasznych czasach były trzy dziewczyny, które marzyły o praktyce artystycznej przesuniętej z pełnego „drążących ciał" terytorium egzystencjalnego dramatu w stronę obszarów życia codziennego, na których rację bytu miałoby - na przykład - ładne dziewczęce ciało ubrane w ciekawie zaprojektowaną sukienkę. Myślały o postfeministycznych perspektywach, a także o sztuce, która zamiast bez znieczulenia rozdzierać świadomość widza, niosłaby przekaz pozytywny - bo przecież radość, młodość i witalność również istnieją na tym najgorszym ze światów.

W sztuce marzenia stają się rzeczywistością. Był rok 2000 i trzy artystki spełniły „Marzenie prowincjonalnej dziewczyny" jako projekt artystyczny prowadzony w wynajętym mieszkaniu w Sopocie. Kiedy inni wypruwali flaki, one robiły na szydełku misie, sadziły rośliny, zajmowały się modą i pokazywały sztukę w niezobowiązującej domowej atmosferze. Nazywały się Lucy McKenzie, Julita Wójcik i Paulina Ołowska. Ostatnia z nich pokazuje obecnie w Zachęcie „Czar Warszawy" - pierwszą wielką „polską" wystawę w swojej długiej i błyskotliwej międzynarodowej karierze.

Paulina Ołowska, "Polowanie", 2010, olej na płótnie, dzięki uprzejmości Stedelijk Museum, Amsterdam
Paulina Ołowska, "Polowanie", 2010, olej na płótnie, dzięki uprzejmości Stedelijk Museum, Amsterdam

Kilkanaście lat temu Ołowska wpłynęła do instytucjonalnego obiegu na fali młodej sztuki, tworzonej przez pokolenie urodzone w latach 70. Była to fala ożywcza. Na przełomie wieków krytycy z Rastra domagali się, żeby sztuka wreszcie zrobiła się „fajna" i ten pozornie infantylny postulat miał sens. Spuścić trochę z tonu, zbliżyć się do codziennego życia i pokoleniowych doświadczeń. Dać sobie na chwilę spokój ze śmiertelną powagą i surową konceptualną dyscypliną intelektualną, otrząsnąć się z posępnej makabreski sztuki krytycznej, ale zejść również z ezoterycznych wyżyn abstrakcji i problemów czysto formalnych, często, powiedzmy sobie szczerze, dość wydumanych. Pozwolić sobie na wprowadzenie w dyskurs sztuki choć odrobiny tego, czym żyje się na co dzień: opowiedzieć o popkulturze, muzyce, dziewczynach i chłopakach, seksie, pokusach konsumpcji i pułapkach epoki transformacji, o samochodach, modzie, telewizji, rodzicach i przyjaciołach, a nawet, dlaczego nie, o lajfstajlu - oto jakie wyzwania, skądinąd całkiem przyjemne, stały przed nową generacją polskich artystów na progu XXI wieku.

Paulina Ołowska doskonale wpisywała się w dyskurs „fajnej" sztuki. Zajmowała się fajnymi rzeczami. Fascynowała się modą i nie wstydziła do tego przyznać. Interesowała się socmodernizmem i to na długo zanim ten temat zmienił się w narzędzie tortur, którym artyści-nudziarze dręczą publiczność. W dodatku Ołowska z menu socmodernistycznych odniesień wybrała smaczny i nie przepracowany wątek komunistycznego lajfstajlu - fenomenu rozwijającego się na styku materialnego ubóstwa i konsumpcyjnych apetytów, prowincjonalnej rzeczywistości i światowych wzorców, ciuchów z Peweksu, wykrojów z „Burdy" i pomysłowych wdzianek robionych metodą DIY. Zaglądając w przeszłość - w czasy PRL i dalej - artystka potrafiła dostrzec nie tylko traumy, lecz również cudowne, nawet jeżeli niespełnione utopie nowoczesności. Kiedy otwierała szafę, znajdowała w niej nie trupy, lecz ubrania. Spoglądając na zdjęcia powojennej Warszawy, nie dostrzegała miasta po katastrofie albo ruin getta, lecz metropolię, którą w czasach komunizmu ozdobiono serią fantastycznie zaprojektowanych modernistycznych neonów. Zamiast feminizmu oskarżycielsko mapującego obszary wykluczenia, dyskryminacji i seksizmu, proponowała pogodny postfeministyczny pejzaż zaludniony przez dziewczyny w zwiewnych nowoczesnych sukienkach. Zamiast resentymentu oferowała nostalgię.

Paulina Ołowska, "Lucky Sport", 2010, olej na płótnie, dzięki uprzejmości Metro Pictures
Paulina Ołowska, "Lucky Sport", 2010, olej na płótnie, dzięki uprzejmości Metro Pictures

Prace Ołowskiej dobrze komponowały się z ikonami młodej sceny sprzed kilkunastu lat, z obrazami Wilhelma Sasnala, który malował okładki swoich ulubionych kompaktów, czy z płótnami Marcina Maciejowskiego przedstawiającymi fascynujące sceny rodzajowe z dresiarsko-tabloidowo-bazarowo-promocyjnej codzienności Polski czasów transformacji. Jednocześnie artystka lokalną scenę od początku przekraczała. Studiowała w sześciu krajach na trzech kontynentach, była ciągle w podróży, na rezydencji czy stypendium. Jeżeli ktoś z pokolenia polskich artystów urodzonych w latach 70. naprawdę dobrze wykorzystał możliwości, jakie oferuje zglobalizowany system sztuki współczesnej, to tym kimś jest właśnie Paulina Ołowska.

„Prowincjonalna dziewczyna" jest dziewczyną światową, artystką kosmopolityczną, czerpiącą pełnymi garściami z lokalnego kontekstu, z którego wyrosła, czarującą międzynarodową publiczność egzotycznymi motywami z prowincji: historią oryginalnego peerelowskiego designu, ciekawymi postaciami twórców z peryferii modernizmu, wspomnieniami, jakich nie ma nikt, kto wychowywał się w EWG.

Międzynarodowa kariera i pozycja Ołowskiej została zweryfikowana przez autorytety artworldu. Artystka uczestniczyła w biennale w Wenecji, Istambule, Moskwie i Berlinie. Performowała w MoMA. Wystawiała w New Museum i Kunsthalle Basel. Reprezentują ją m.in. FGF i Metro Pictures z Nowego Jorku. Najnowszą publikację na jej temat wydał JRP│Ringier; teksty napisali Adam Szymczyk i Jan Vorwoet. Artystka mieszka i pracuje w Rabie Niżnej.

Paulina Ołowska, "Crochet coat", 2010, olej na płótnie, dzięki uprzejmości Metro Pictures
Paulina Ołowska, "Crochet coat", 2010, olej na płótnie, dzięki uprzejmości Metro Pictures

Czy są jakieś pytania?

Pytań właściwie nie ma. Jedyne, które w tej sytuacji można zadać, dotyczą aktualnej wystawy Ołowskiej „Czar Warszawy". A i te zadać można nieśmiało, bo wystawa miała swoją premierę w Stedelijk Museum w Amsterdamie, co w pewnym sensie znów załatwia sprawę.

W ogóle nie byłoby sensu pytać o wystawę Pauliny Ołowskiej, gdyby nie była to wystawa tak nieprzekonująca.

Dla takiej artystki jak Ołowska pokaz w Narodowej Galerii jest jak powrót na stare śmieci. Oto kosmopolityczna socialite, która w równym stopniu jest u siebie w Nowym Jorku i Rabie Niżnej, wraca po długiej podróży dookoła świata. W domu jej sukcesy znane były głównie z plotek; generalnie wszyscy słyszeli o niej wiele dobrego, ale mało kto zna szczegóły. Artystka zaś, choć najczęściej uczestniczy w życiu, które jest gdzie indziej, nigdy przecież nie zerwała więzi z miejscem pochodzenia. Przeciwnie, to właśnie stąd zawsze czerpała motywy, inspiracje, witalne siły.

Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty
Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty

Taką wystawę w tym samym miejscu zrobił półtora roku temu Piotr Uklański, którego pozycja jest trochę podobna do tej zajmowanej przez Ołowską. Uklański to także artysta kosmopolityczny, który nigdy jednak nie rozmontował swojej tożsamości „artysty polskiego" i zamiast wyplątywać się z siatki lokalnych odniesień, chętnie i gęsto się nimi oplątuje. W samej Polsce był mało obecny, prace pokazywał rzadko, pozycjonował się międzynarodowo, dużej wystawy „w kraju" nie miał nigdy. Kiedy jednak już ją w końcu urządził, opowiedział o tym, co robi i kim jest do końca, z postpunkową agresją, sarmacką swadą i nieodzownym cynizmem wyjadacza artworldu.

Ołowska takiej wystawy nie zrobiła. Fakt, że jest artystką wybitną i docenioną na świecie został w sposób wykluczający dyskusję ustalony przed otwarciem „Czaru Warszawy" i podawany jest publiczności w tonie suchej, obiektywnej informacji. Dlaczego tak jest - na to pytanie wystawa nie próbuje już odpowiadać. „Czar Warszawy" to tylko ładna fraza. Ołowska wcale nie próbuje Warszawy zaczarować.

Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty
Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty

W praktyce Ołowskiej zawsze najciekawsza wydawała mi się jej umiejętność symultanicznego grania różnych ról, pozycja metaartystki. Metaartystka to właściwie prawie kuratorka. Niech i tak będzie; do najlepszych przedsięwzięć Ołowskiej należą te, w których zajmowała się bardziej kuratorowaniem sztuki niż jej wytwarzaniem. Weźmy choćby kapitalny projekt „Romansując z awangardą" z 2002 roku, w którym wydobyła z magazynów PGS w Sopocie kolekcję dzieł artystów lokalnych, w większości słabo znanych, często, obiektywnie patrząc, niedobrych - i wystawiała ją, ujmując zbiory w dyskursywną ramę własnego malarstwa ściennego. Jeszcze lepsza była „Nova popularna", efemeryczna kawiarnia artystyczna, którą artystka wspólnie z Lucy McKenzie otworzyła na miesiąc w Warszawie. „Nova popularna" czyniła tworzywem sztuki życie towarzyskie i artystyczne, ujęte w ramy precyzyjnie opracowanej scenografii i konwencji społecznej. Rytm tej pracy nadawał cykl wydarzeń. Energię zapewniała obecność i charyzma autorek. Interesująca była także operacja na oeuvre Zofii Stryjeńskiej. Ołowska namalowała własne, czarno-białe i powiększone wersje prac historycznej artystki, a następnie wystawiła je na Biennale w Berlinie w 2008 roku. Ten projekt można opisać jako praktykę kuratorską doprowadzoną do ekstremum, do końca. Oto kuratorka, która w celu zaprezentowania cudzych prac nie wystawia ich, lecz osobiście je wykonuje, przedstawia i interpretuje za pomocą czysto artystycznych środków. Dziś podobne przedsięwzięcia Ołowska realizuje z twórcą z Raby Niżnej, Jerzym Koleckim. Ogromne dziewczęce oblicze, które artystka wymalowała na szklanej fasadzie pawilonu Emilia jako „twarz" trwającej w MSN wystawy „Co widać", to właśnie cytat z twórczości Koleckiego.

Osobną historię można by napisać o kooperacjach Ołowskiej z innymi artystami i artystkami - o jej wspólnych przedsięwzięciach z Lucy McKenzie, Bonnie Camplin czy Frances Stark. Jeszcze inna historia to rzecz o podjętej przez Ołowską akcji rekonstrukcji warszawskich modernistycznych neonów.

Wszystkie te historie aż proszą się o opowiedzenie w kontekście „Czaru Warszawy", ponieważ na wystawie albo ich nie ma wcale, albo istnieją fragmentarycznie, w postaci aluzji czytelnych tylko dla tych, którzy twórczość Ołowskiej znają na pamięć.

Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty
Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty

Ołowska może być kuratorką, metaartystką, podróżniczką, odkrywczynią zapoznanych twórców, postmodernistyczną reinterpretatorką kultury wizualnej, spiritus movens zdarzeń wykraczających poza jej autorską praktykę. W Zachęcie występuje jednak w roli o wiele bardziej konwencjonalnej. Jest przede wszystkim wytwórczynią prac: malarką malującą obrazy, kolażystką wieszającą kolaże w ramkach. I trzeba powiedzieć, że nie gra tej tradycyjnej roli szczególnie przekonująco. Ciężar wystawy tym razem spoczywa na dziełach Ołowskiej, a dzieła owo brzemię - wagę dużej wystawy w Narodowej Galerii - dźwigają z największym trudem.

Rozliczanie Ołowskiej z malarskiego flow nie ma specjalnego sensu, bo przecież tej artystki nie ceni się za to, że jest wybitną malarką. Na „Czarze Warszawy" współtwórczyni „Novej popularnej" podsuwa nam jednak przed oczy tyle swoich obrazów i w taki sposób, jakby do takich rozliczeń prowokowała. Dużo lepiej wypada w kolażach (świetny, gęsty od czerni nokturn „Nocą Warszawa należy do burżuazji"), co kolejny raz potwierdza, że Ołowska jest dużo lepsza w zarządzeniu wizualnością niż w jej produkowaniu. Ale nawet w tej konkurencji artystka ma na warszawskiej wystawie problemy. Ołowska mogła zawsze pochwalić się świetnym wyczuciem kontekstu. W Zachęcie ten instynkt ją zawodzi. Neon „Palimpsest" - ironiczny, święcący komentarz na temat wielkomiejskich aspiracji (urojeń?) Warszawy - świetnie wyglądał parę lat temu w Fundacji Galerii Foksal. Wtedy zamontowany był na przeszklonej ścianie sali wystawowej. Tłem dla neonu było centrum miasta, artystka wciągała w przestrzeń swojej pracy majaczący za oknem Pałac Kultury i śródmiejskie ulice. Teraz ten sam neon wisi na tle pustej ściany galerii i choć niby świeci, to gaśnie, zamknięty w white cube. W podobny sposób życie uchodzi z „Cafe Baru", scenograficznej fantazji na temat kawiarnianego wnętrza, które wygląda jakby zostało zaprojektowane przez i dla modernistycznej awangardy wziętej z nostalgicznych wyobrażeń o dawnej bohemie. Oryginalnie Ołowska stworzyła tę aranżację dla posępnego gmaszydła Muzeum Narodowego w Krakowie; w Zachęcie Cafe Bar wygląda jak wyrzucony z wody na brzeg bezradny wieloryb.

Współczesna sztuka przypomina momentami zjazd hobbystów; każdy artysta ma swojego konika. Na przykład Igor Przybylski fascynuje się transportem publicznym (zwłaszcza pociągami i autobusami), Nicolas Grospierre kolekcjonuje widoki socmodernistycznej architektury z Europy Środkowej... A Ołowska? Na wystawie „Czar Warszawy" przedstawia się jako pasjonatka mody. Ale czy naprawdę pasjonatka? Pojęcie mody jest rzeczywiście przewodnim tematem i spoiwem tej wystawy, na której Warszawa i w ogóle miasto wbrew tytułowi pojawia się w dalekim tle. Ołowska patrzy na modę szeroko i wielowymiarowo. Wiąże ją z modernistycznymi utopiami i z architekturą ciała. Na trochę dłużej zatrzymuje się przy kulturze materialnej Polski Ludowej - tej dziwnej mieszaninie futurystycznej nowoczesności, ubóstwa, ambicji i strategii codziennego radzenia sobie z rzeczywistością materialnego niedosytu. Wspomina o ruchu punkowym, przeplata swoją opowieść postfeministyczną nicią - i szyje naprawdę, wystawiając swetropodobne tekstylne rzeźby. Moda w optyce Ołowskiej staje się figurą marzenia o lepszym życiu, a przynajmniej życiu w lepszym stylu - marzenia o maskaradzie, o budowaniu i kreowaniu samej siebie. Ta opowieść snuje się jednak niemrawo, wątki są ledwo naszkicowane; awangardowy, wywrotowy i emancypacyjny potencjał mody trzeba tu przyjąć na wiarę, bo zobaczyć go nie można.

Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty
Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty

Holenderska premiera tej wystawy w Stadelijk otwarta była pod szyldem „Au bonheur des dammes". Tytuł pożyczony od Emila Zoli, z jego powieści „Wszystko dla pań" - utworu o konsumpcyjnym szale Paryża czasów III Cesarstwa i o fenomenie powstających wtedy jak grzyby po deszczu wielkich domów towarowych. W tekście kuratorskim Magda Kardasz przekonuje, że zainscenizowana w spektakularnych wnętrzach Zachęty wystawa Ołowskiej może się kojarzyć „z dekoracyjnością, przepychem, majestatycznością" wczesnych paryskich grand magasins, o których pisał Zola. To obietnica mocno na wyrost. W grand magasin Ołowskiej nie ma przepychu, jest raczej pustawo, bardziej jak w peerelowskim domu towarowym niż w świątyni radosnej konsumpcji. Artystka urządza tę wystawę bardziej w konwencji wyprzedaży z ubiegłych sezonów niż prezentacji nowej, ekscytującej kolekcji. Tak jakby wszystkie ciuchy dawno już przymierzyła, z niektórych nawet wyrosła, a inne po prostu wyszły z mody.

Ostatnią próbą przekonania widza, że „Czar Warszawy" jest jednak trochę jak grand magasin stanowi butik z ubraniami. Można je przymierzyć i kupić, jeżeli ma się w miarę zasobny portfel. Kolekcja sygnowana jest przez Clemens en August - firmę generalnie niszową, ale znaną w świecie sztuki. Marka specjalizuje się w mariażach z instytucjami artystycznymi. Ubrania sprzedaje w tymczasowych concept store'ach organizowanych w muzeach i galeriach, w kontekście wystaw. Target jest dobrze wybrany; Clemens en August nie proponuje wyłączenie czarnych ubrań, ale większość utrzymana jest w tym właśnie kolorze. W połączeniu z minimalistycznym designem garnitury i kostiumy tej firmy idealnie nadają się na uniformy dla kuratorek i kuratorów; niektórzy przedstawiciele polskiego artworldu już w takich chodzą. Zabieg marketingowy jest prosty, ale skuteczny: ubierać się w Clemens en August mogą ci, którzy są wtajemniczeni w sztukę. W ten sposób koło się zamka. Ołowska wprowadza widza w modę poprzez sztukę, a sytuacja artystyczna wiedzie wprost do sklepu z fajnymi, ekskluzywnymi ciuchami. Artystka dopisuje do tego szczęśliwego finału postscriptum, aranżując dla butiku przebieralnię i ozdabiając kilka firmowych sukienek własnymi aplikacjami. Sztuka i sztuka życia scalają się w jeden zakup z limitowanej edycji.

Czy taka puenta wystarczy, żeby pogodzić się z wystawą Ołowskiej? Ubrania od Clemens en August leżą świetnie, sam przymierzałem czarny kuratorski garnitur i żałowałem, że nie bardzo mogę sobie na niego pozwolić; ceny w zachętowskim butiku są wprawdzie promocyjne, ale i tak musiałbym napisać dla „Obiegu" z pół tuzina tekstów takich jak ten, żeby tym cenom sprostać. Z utopiami, awangardami i marzeniami, o których lubi w swojej twórczości mówić Ołowska, ten concept store ma jednak niewiele wspólnego. Utopii nie ma, jest tylko pomysłowy marketing i fajny produkt. No i jest jeszcze „Czar Warszawy", nazwa perfumerii na rogu Kruczej i Żurawiej, którą w latach 60. reklamował stylowy modernistyczny neon. Sklep oczywiście już nie istnieje, po neonie zostało tylko wspomnienie, teraz przywołane w tytule wystawy. Taki tytuł indukuje nostalgię za starym, pięknym, nowoczesnym światem, który zresztą nigdy naprawdę nie istniał. I świetnie pasuje do wystawy, na której z różnych marzeń, fascynacji i projektów poza nostalgią wiele więcej nie zostało.

 

Paulina Ołowska, „Czar Warszawy", Zachęta, Warszawa, 28.02 - 27.04.2014

Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty
Wystawa Pauliny Ołowskiej „Czar Warszawy”, fot. archiwum Zachęty