Konteksty 2015: #Performans #Plinta #Przyroda #Beka #Robakowski

Festiwal Konteksty w Sokołowsku jest kolejnym przykładem na to, że z dzisiejszą sztuką – a szczególnie z performansem – nie jest dobrze. Starzy artyści z pozycji autorytetów powtarzają od lat te same gesty, łudząc się, że znaleźli ponadczasowy język. Młodym artystom brak pomysłów, więc powtarzają po starych to, w co sami nie wierzą. A w podgrupach i tak wszyscy wzajemnie się krytykują. Wygląda to groteskowo.

Performans jest sztuką żywą, która nabiera sensu w relacji do kontekstu, w jakim się odbywa. Dlatego naturalnym dla niego miejscem jest przestrzeń publiczna, która bogata jest we własne znaczenia, a potencjalni odbiorcy nie są w niej przygotowani na konfrontację. To właśnie przede wszystkim wtedy, mówiąc w skrócie, sztuka ma szansę zmienić świat. O wiele trudniej jest zrobić sensowny performans w galerii. Przestrzeń jest tam jednorodna, a jeśli nie chcemy odnosić się do jej funkcji, to wręcz neutralna, odbiorcy zaś wyselekcjonowani i oczekujący. Jak jednak uzasadnić wystąpienie na kilkudniowym festiwalu performansu w małym sanatoryjnym miasteczku położonym wśród malowniczych gór i odciętym od reszty świata, na którym zdecydowana większość uczestników to performerzy? Mam wrażenie, że niewielu z nas w ogóle zadało sobie to pytanie. Po co w takim miejscu robić jakikolwiek performans? Może lepiej po prostu wziąć plecak i pójść podziwiać przyrodę, która w wielu kwestiach potrafi sztukę świetnie zastąpić.

VestAndPage, "Diada IV", performance, fot. Łukasz Musielak
VestAndPage, "Diada IV", performance, fot. Łukasz Musielak

Festiwale sztuki to z pewnością miejsca, w których można się wiele nauczyć. Na tegorocznym festiwalu w Sokołowsku położono spory nacisk na realizacje wideo związane z performansem i problemami z jego dokumentacją, a na warsztaty z mistrzami każdego dnia zarezerwowano aż pięć godzin. Duet VestAndPage zaproponował intensywną pracę nad psychicznymi ograniczeniami, które przeszkadzają w uczynieniu z własnego ciała narzędzia artystycznej wypowiedzi, Alastair MacLennan i Caroline Bagnall położyli nacisk na wewnętrzne doświadczenie performera i medytacyjny aspekt performansu, a Mieczysław Litwiński uwrażliwiał na dźwięk i pokazywał, jak go wykorzystać w swoich działaniach. Niestety wystąpienia samych mistrzów, a także większości innych zaproszonych artystów, wprawiały w konsternację. Wielokrotnie zmierzaliśmy w awangardową groteskę. Musieliśmy obserwować nieadekwatność, przeżywać coś, co już wiele razy zostało przeżyte, odbijać się od „wsobności” performera, podzielać nieuzasadnioną powagę i brać udział w uświęcaniu sztuki. Zdarzało się i tak, że aby uzasadnić wystąpienie, trzeba je było potraktować jako bekę performera z samego siebie.

Alastair MacLennan, "And to Sand", performance, fot. Łukasz Musielak
Alastair MacLennan, "And to Sand", performance, fot. Łukasz Musielak

Warsztatowe próby młodych artystów nie wypadły wcale gorzej, ale w tym kontekście to niewielkie pocieszenie. Ani powtarzanie znanych strategii, ani szukanie na siłę nowych skojarzeń nie jest właściwą drogą do formułowania własnego języka. Ratunku nie znajdziemy w teatralnych gestach ani w pięknym krajobrazie. Trzeba sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, dlaczego i po co robić performans w czasach, kiedy tak wielu ma z niego bekę? Obawiam się, że zainteresowanie nim bierze się dzisiaj głównie z fascynacji performerskim stylem życia: honorariami, festiwalami, podróżami, poznawaniem nowych miejsc i ludzi. Jeśli tak, to lepiej od razu odpuścić. Uprawianie dzisiaj tej dziedziny sztuki wymaga albo świetnej intuicji, albo wysokiej kompetencji kulturowej, samoświadomości i dystansu. Inaczej przeradza się we własną groteskę.

Ewa Zarzycka, "Niezatapialność", performance, fot. Łukasz Musielak
Ewa Zarzycka, "Niezatapialność", performance, fot. Łukasz Musielak

Były na szczęście performanse, które potrafiły nawiązać dialog. Trzeźwo zachowała się Ewa Zarzycka, która sproblematyzowała samą zasadność performansu w festiwalowym kontekście i zamiast klasycznie rozumianego działania zrobiła autoreferencyjny kabaretowy monolog. Trzeba jednak pamiętać, że dystans, ironia i robienie sobie jaj, jak to robił na przykład Marcelo Zammenhoff, nie są jedynymi możliwymi strategiami. Mimo swojej atrakcyjności są one bronią zastępczą w okresach, które Bruno Schulz w jednym ze swoich esejów nazwał wymownie „rumowiskiem kultury”. W tym kontekście dużym wyczuciem sytuacji wykazała się Justyna Łoś, jedna z uczestniczek warsztatów. Jako jedyna miała odwagę wyłamać się ze swojego warsztatowego stada. W wystąpieniu użyła zrozumiałego języka, sproblematyzowała sensowność samych warsztatów, siebie potraktowała ironicznie, a swoich mistrzów postawiła w niezręcznej, dwuznacznej sytuacji, a jakby tego było mało, wyszła poza autoreferencyjność i wypowiedziała się na temat swojego pokolenia i stanu obecnej kultury. Wszystko to trwało kilka minut, nawiązywało dialog, było spójne, komunikatywne i niebanalne. Czyli jednak performans jest możliwy... nawet w Sokołowsku.

Justyna Łoś, performance w ramach warsztatów, fot. Łukasz Musielak
Justyna Łoś, performance w ramach warsztatów, fot. Łukasz Musielak

„Konteksty” to jednak przede wszystkim sytuacja towarzyska. Nawiązywanie nowych znajomości, wymiana doświadczeń, kształtowanie poglądów i oczywiście wspólne imprezowanie do wczesnych godzin porannych. Do Sokołowska przyjechała m.in. Karolina Plinta, młoda kontrowersyjna krytyczka sztuki, która na miejscu wpadła na świetny pomysł, żeby założyć blog i codziennie rano udostępniać na nim wpis dotyczący festiwalu. Biorąc pod uwagę styl Plinty, nietrudno domyślić się, że na miejscu wpisy szybko okazały się hitem i były komentowane w kuluarach nie tylko przez młodych. Marcin Polak, który przyjechał na Konteksty, żeby działać z miejscową społecznością, wykorzystał jeden z tych wpisów podczas wystąpienia w ramach spontanicznej wystawy młodych zorganizowanej przez Tomka Pawłowskiego w domku Guja. Przez moment obawiałem się, że może dojść do nieprzyjemnej sytuacji i widziałem po Karolinie, że też nie była pewna, jak to się skończy. Wyszło jednak tak, że potraktowano ją jako głos pokolenia.

Karolina Plinta zaatakowana przez performera o imieniu Kaspar, fot. Łukasz Musielak
Karolina Plinta zaatakowana przez performera o imieniu Kaspar, fot. Łukasz Musielak

Żeby zmienić kontekst, z imprezy „młodych” poszliśmy pod kino, gdzie siedzieli „starzy” i spokojnie pili wódkę. Byli tam m.in. Janusz Bałdyga, Ewa Zarzycka i Józef Robakowski. Okazało się, że Robakowski czyta Plintę i ma o niej swoje zdanie, m.in. uważa, że dobrze się zapowiadała, ale sprzedała się Adamowi Mazurowi i teraz pisze wszystko na jedno kopyto. Przede wszystkim zaś nie mógł wybaczyć krytyczce tekstu o Ryszardzie Waśko, którego skrytykowała w kontekście wystawy w szczecińskiej Trafostacji. Sądzę, że warto potraktować to zderzenie między Plintą a Robakowskim jako konfrontację dwóch odległych względem siebie, ale aktywnych na gruncie sztuki pokoleń.

Robakowski zarzucił Plincie brak szacunku dla awangardowej tradycji, ignorowanie historii i spłycanie dyskusji. Jego zdaniem nie podejmuje ona kluczowego dla dobrej krytyki wysiłku rozumienia, a argumentacje ogranicza do beztroskiego wypowiadania sądów opartych na pokoleniowej perspektywie i prywatnym guście. Nie bierze też rzekomo odpowiedzialności za słowo, potrafiąc w trzech akapitach zablokować komuś karierę. Oburzył się także na uznanie przez Plintę nudy jako kryterium oceny sztuki. Nudno, Ładnie, Łatwo, Pięknie – wtórował ironicznie Bałdyga. Robakowski zachowywał się jak stary lew, który musi już odejść ze stada na samotną wędrówkę. Być może jego zarzuty wobec Plinty są zasadne, ale należy dodać, że artyści starego pokolenia nie spełniają własnych kryteriów. Domagają się ponadpokoleniowej perspektywy, ale sami nie potrafią spojrzeć na swój artystyczny język w perspektywie historycznej. Nie chcą uznać, że ich myślenie o sztuce jest także pewnym etapem. Traktują dzisiejsze tematy i formy wyrazu jako kolejną modę i czekają z protekcjonalnym zniecierpliwieniem, kiedy artyści powrócą do ponadczasowych problemów i adekwatnych do nich środków wyrazu. Domagają się wysiłku rozumienia, ale sami wolą pić wódkę w kółku wzajemnej adoracji. Nie rozumieją przemian w kulturze, w tym zmian w percepcji i hierarchii wartości. Zetknięci z nową rzeczywistością popadają w swojej sztuce w nieadekwatny patos, łapią się niewyszukanego absurdu, bądź – nawiązując do prezentowanego podczas festiwalu filmu Łodzi Kaliskiej – popadają w pornografię.

Akademia Ruchu, "Uczty duchowe", performance, fot. Łukasz Musielak
Akademia Ruchu, "Uczty duchowe", performance, fot. Łukasz Musielak

Plinta nie miała nawet szansy, żeby się wytłumaczyć. Została przez Robakowskiego zdominowana. Ciekawy performans Karoliny Breguły, który miał miejsce zaraz potem o drugiej w nocy w środku lasu, był dla niej w tym kontekście niczym symboliczne oczyszczenie. Breguła urządziła wzdłuż kilkusetmetrowej leśnej ścieżki ironiczną historię performansów pokazywanych na Kontekstach, a na końcu przy łodzi Warpechowskiego wymownie częstowała wódką i sucharem z grilla. Plinta zakończyła dzień w adoracji młodych artystów. Wtedy zrozumiałem, że może w swoich tekstach z nich drwić i mieszać z błotem, ale oni będą nadal z zainteresowaniem jej słuchać, bo jest głosem ich pokolenia. A młode pokolenie chciałoby zobaczyć na przyszłorocznych Kontekstach więcej stylistycznej różnorodności i eksperymentów, poznać najnowsze trendy w sztuce i wybitnych rówieśników. O Robakowskim i Warpechowskim mogą już przeczytać w podręczniku, festiwal w Sokołowsku nie jest im do tego potrzebny. Dajmy im więc to, o co proszą.


Konteksty. V Międzynarodowy Festiwal Sztuki Efemerycznej, Sokołowsko, 18–22.07.15

Performance w ramach warsztatów, fot. Łukasz Musielak
Dominika Borkowska i Kamila Wolszczak, performance w ramach warsztatów, fot. Łukasz Musielak

Joanna Krzysztoń i Grzegorz Rogala, "Pranie jesiennego słońca", instalacja performance, fot. Łukasz Musielak
Joanna Krzysztoń i Grzegorz Rogala, "Pranie jesiennego słońca", instalacja performance, fot. Łukasz Musielak

Konrad Juściński, performance, na pierwszym planie ręcznik Magdaleny Kity, fot. Łukasz Musielak
Konrad Juściński, performance, na pierwszym planie ręcznik Magdaleny Kity, fot. Łukasz Musielak

Magdalena Kita, "Californication", działanie towarzyszące, fot. Łukasz Musielak
Magdalena Kita, "Californication", działanie towarzyszące, fot. Łukasz Musielak