Artloop: sztuka w kurorcie, czyli Polski West Coast

Świat sztuki ma w sobie coś z kurortu. To świat atrakcji, doświadczeń, świat, który się zwiedza. Świat, w którym, jak w spektaklu, można uczestniczyć bez konsekwencji. Świat, w którym działanie - jak na wakacjach - zmienia się w symboliczny gest. W tym świecie płyną pieniądze, ale kupowane są tylko abstrakcyjne pojęcia.

Sztuka w kurorcie jest zatem rodzajem perwersji: spektaklem w spektaklu, fikcją wpisaną w inną fikcję. Przewrotna dwuznaczność tej szkatułkowej narracji wyraźnie ujawnia się na przykładzie Artloopa, który rozgrywa się w Sopocie w szczególnym momencie epilogu wakacji. Artloop dzieje się na granicy dwóch światów. Wpisuje się w ostatnią sekwencję parady atrakcji, które miasto oferuje turystom, wzbogacając kulturalną ofertę kurortu, a jednocześnie dzieje się (symbolicznie i naprawdę) po sezonie; usiłując dotknąć rzeczywistości, która wraz z załamaniem pogody wyłoni się zza wakacyjnej scenografii.

Ostatniego dnia Artloopa w nadmorskim parku, nieopodal legendarnego sopockiego klubu Sfinks, Alicja Rogalska odsłoniła "Pomnik prekariuszy". Do jego konstrukcji artystka pożyczyła trick stosowny przez uliczne "żywe rzeźby", od których roi się na deptakach kurortów. To osoby zastygłe w fizycznie niemożliwych sytuacjach - na przykład godzinami balansujące na jednej nodze w karkołomnej pozie. Efekt uzyskiwany jest za pomocą przemyślnych stelaży ukrytych pod ubraniami ludzi-posągów; performer musi wpasować swoje ciało w taką konstrukcję, by zachwycić gawiedź. Rogalska zbudowała podobne konstrukcje, by stworzyć grupę rzeźbiarską z ludzi - młodych prekariuszy, którym wynagrodzenie za tę pracę zostało wypłacone na podstawie umowy o dzieło. Artystka tłumaczyła przechodniom, że pomnik poświęcony jest ofiarom prowadzonej przez współczesny rynek pracy biopolityki, w ramach której żąda się od (ciał) siły roboczej maksymalnej elastyczności, gotowości do zagrania każdej roli i przybrania choćby i najbardziej niewygodnej pozy. Pogoda przyszła Rogalskiej z pomocą; zaczęło padać, wynajęci performerzy mokli. Groteskowy pomnik wzbogacił się o akcent dramatyczny, wzmogła się jego krytyczna wymowa. Zanim jednak lunęło na dobre, artystka uwolniła zasoby ludzkie ze stelaży (performerzy sami nie byli w stanie się z nich wyplątać). Jak wszystko w świecie prekariatu, także pomnik nie został zaplanowany jako stabilna struktura, lecz tymczasowy układ, performatywne zdarzenie.

Alicja Rogalska, "Pomnik Prekariuszy", fot. Bogna Kociumbas
Alicja Rogalska, "Pomnik Prekariuszy", fot. Bogna Kociumbas

Tymczasem w Teatrze na Plaży, ledwie kilka kroków od miejsca, w którym Rogalska demontowała swój pomnik, trwały próby do zaplanowanej na wieczór premiery monodramu Bogny Buskiej "Przyjemna i pożyteczna" w wykonaniu Klary Bielawki - aktorki na polu sztuki znanej z występu w filmie Anny Baumgart "Świeże wiśnie". Nie to, żebym nie doceniał wcześniej Burskiej, ale tekst, który zainscenizowała na scenie, przerósł moje oczekiwania. Sztukę artystki można by rzucić w szranki przeciw "zwrotowi kinematograficznemu"; być może większe potencjały kryją się w "zwrocie teatralnym". Burska napisała i razem z aktorką wprawiła w ruch kapitalny tekst, "spowiedź dziecięcia wieku", wyznanie prekariuszki, która uczestniczy w spektaklu konsumpcji, sukcesu i przyjemności późnego kapitalizmu, ale w drugoplanowej roli kogoś, kto na zapleczu wprawia ten interes w ruch, bez widoków na spełnienie obietnic bez pokrycia składanych przez system. Spektakl zręcznie wpisany był w rzeczywistość kulis Sopotu - bo przecież kurort to raj (i piekło) prekariuszy - Eldorado tymczasowego, śmieciowego zatrudnienia poniżej kwalifikacji, machina napędzana pracą setek kelnerek, barmanów, sprzedawców pamiątek, smażycieli frytek, pokojówek.

Artyści i kuratorzy działają na obrzeżu tej armii niewidzialnych pracowników, trudzących się za kulisami wakacyjnego spektaklu; w końcu też prawie bez wyjątku są prekariuszami pracującymi przy festiwalu na umowę o dzieło. Patrząc na pomnik Rogalskiej i oglądając monodram Burskiej, można było zatopić się w poczuciu klasowej solidarności między ludźmi sztuki a rzeszą tymczasowych pracowników z sopockiego zaplecza. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Jesteśmy w tym samym kurorcie; jedni pichcą kebsy, inni szykują kulturalny deser do skonsumowania po kebabie. To poczucie jedności łatwo jednak zerwać, bo w rzeczywistości status artysty zawsze jest jednak dwuznaczny. Nad pomnikiem prekariuszy wciąż jeszcze niosły się echa koncertu, jaki w ramach Artloopa dwa dni wcześniej dały w Sfinksie Chicks on Speed. Dziewczyny z amerykańskiej kapeli, które dobijają właśnie do statusu żywej legendy Trzeciej Fali feminizmu, grają electro, grają punka, operują ostro krytycznym, satyrycznym tekstem, ale wszystko to ubierają w kostium kabaretu. Artyści są bowiem błaznami, którzy docinają władzy, a błaznów toleruje się u dworu (i Artloop jest przecież oficjalną miejską imprezą, a nie krytyczną partyzantką). Trudno wskazać granicę, która dzieli sztukę pojętą jako pole artykulacji krytycznego dyskursu od sztuki, która jest wyrafinowaną rozrywką, ubarwia rzeczywistość, dostarcza przyjemności tym, którzy mają dość czasu i środków, aby się nią cieszyć. I kiedy prekariusze Rogalskiej mokli na deszczu, znów całkiem niedaleko (w Spocie wszędzie jest blisko), w ogrodach ekskluzywnego Grand Hotelu błyszczał inny monument - "Obelisk" Maurycego Gomulickiego. Wielkie różowe dildo miało premierę na rynku w Poznaniu. W przesiąkniętej drobnomieszczańskim, surowym duchem stolicy Wielkopolski ta pochwała zmysłów była obcym ciałem o wywrotowym potencjale. W Grand Hotelu trafiła na swoje miejsce; drogi hotel, seks zmysły i sztuka - przyjemność to przecież główny temat narracji rozwijanej przez każdy kurort.

Maurycy Gomulicki, "Obelisk", fot. Bogna Kociumbas
Maurycy Gomulicki, "Obelisk", fot. Bogna Kociumbas

W epoce przemysłowej łatwo było odróżnić prawdziwe miasto od miasta fikcyjnego. Prawdziwa była na przykład Łódź, miasto na temat przemysłu włókienniczego i handlu na rosyjsko-niemieckiej granicy. Sopot był z kolei fikcją, miastem wymyślonym na temat morskich fantazji, spacerów wzdłuż plaży, jedzenia ryb pod szum fal i przechadzania się promenadami.

Tymczasem współcześnie role zdają się odwracać. Nie ma przemysłu; teraz to postindustrialne miasta jak Łódź stają się fikcją. Najsensowniej byłoby je właściwie zlikwidować, rozwiązać, gdyby nie ogromna skala masy upadłościowej, która czyni tego rodzaju operację niewykonalną. Za to wakacje, przyjemności, usługi, konsumpcja, turystyka, kurort - to wszystko dzieje się naprawdę i zdaje się mieć przed sobą kolosalną przyszłość.

Korzenie Artloopa tkwią w pomyśle stworzenia binarnego festiwalu Sopot-Zakopane. W tych dwóch miejscach znajdują się dwa najsłynniejsze deptaki w Polsce - Monciak i Krupówki. Dwie emblematyczne, wściekle zatłoczone drogi krzyżowe wakacyjnego festyniarstwa i obciachu pachnące kebabem, podsmażanym góralskim serkiem z żurawiną i rozwodnionym piwem. Idea binarnego festiwalu polegała na próbie dolania do turystycznej treści wypełniającej kurortową formę odrobiny bardziej złożonego dyskursu dostarczanego przez artystów. Zakopane nie było jednak zainteresowane wykraczaniem w przestrzeni publicznej poza opowieść o ciupagach i góralskich fantazmatach, Sopot sprzymierzył się więc z krakowskim ArtBoomem, z którym wymienia projekty, a później także z Nowymi Horyzontami, z którymi współpracuje przy realizacji filmowej sekcji festiwalu. Ani Kraków, ani Wrocław nie są jednak kurortami; z tą kondycją Sopot musi się mierzyć samodzielnie.

"W Warszawie taki festiwal byłoby niemożliwy" - powiedział mi pewien rodak ze stolicy na festiwalowej popijawce w klubokawiarni "Dwie zmiany". To wyjątkowe miejsce: hipstersko-artystowska enklawa przy Monciaku zdominowanym przez lokale dla turystów lub dresiarzy, w których szanujący się mieszkańcy Trójmiasta nie bywają. Tymczasem w "Dwóch zmianach" człowiek czuje się jak w domu. Można tu spotkać artystycznych "znajomych znad morza", napić się rzemieślniczych piw po kilkanaście złotych za kufelek i wziąć udział w wydarzaniach artystycznych. Nie brakowało ich także w czasie Artloopa. Kiedy obgadywaliśmy warszawską niemożliwość zrobienia takiego festiwalu, na zapleczu knajpy trwał dekadencki performans Kate Spance. Na spotkanie z artystką widzowie wchodzili pojedynczo; performerka zakładała im na uszy słuchawki (w których boska Ella śpiewała "Every time we say goodbye") i zapraszała do bardzo intymnego tańca, który kończył się oniryczną sytuacją jak z Twin Peaksu. Przed wejściem do sali, w której trwał performans, można było rzucić okiem na dwa konceptualne widea Igora Krenza.

Sherwin Sullivan Tjia, "Slow Dance Party", fot. Bogna Kociumbas
Sherwin Sullivan Tjia, "Slow Dance Party", fot. Bogna Kociumbas

Sherwin Sullivan Tjia, "Slow Dance Party", fot. Bogna Kociumbas
Sherwin Sullivan Tjia, "Slow Dance Party", fot. Bogna Kociumbas
Dlaczego jednak takiego festiwalu nie dałoby rady zrobić w przysłowiowej Warszawie? Na przeszkodzie stanęłaby zapewne kuratorsko-krytyczna dyscyplina, którą ktoś nieprzychylny mógłby określić również jako konceptualno-polityczną spinę. Nie to, żeby Trójmiastu obcy był dyskurs krytyczny; w Gdańsku jest przecież politycznie naostrzony jak brzytwa Instytut Sztuki Wsypa, jest festiwal Alternativa, jest Grzegorz Klaman, są działania w Stoczni podejmowane na rzecz udźwignięcia chwalebnego, ale zaprawionego goryczą dziedzictwa Solidarności, rdzewiejącego postindustrialu i galopującej gentryfikacji. Jesteśmy jednak w Sopocie, a Sopot jest jak polski West Coast - ikoniczną instytucją tego miasta jest Sfinks i jego psychodeliczne tradycje. Jeszcze krok dalej i jesteśmy na plaży, gdzie windsurferzy czekają na dobry wiatr. Trudno się tu na serio czymś przejąć, zwłaszcza że całe miasto opowiada historię marzenia o dobrym, wyluzowanym i przyjemnym życiu. W wersji ludowo-odpustowej snuje tę opowieść Monciak, w wersji sentymentalno-nostalgicznej piękne hotele przy plaży. To samo mówią cudowne poniemieckie wille kryjące się na zapleczu głównych deptaków. Przed jednymi parkują fajne bryki polskich nouveau riche, którzy ulegli czarowi Sopotu, ale w innych, jak wieść niesie, wciąż pracownie mają sopoccy artyści. W czasie Artloopa w niektórych willach kryły się festiwalowe realizacje. Kaye Winwood Projects, "Jazda", fot. Bogna Kociumbas
Kaye Winwood Projects, "Jazda", fot. Bogna Kociumbas

Kaye Winwood Projects, "Jazda", fot. Bogna Kociumbas
Kaye Winwood Projects, "Jazda", fot. Bogna Kociumbas

Festiwal zawieszony w czasie między wakacyjnym sezonem a posezonowym powrotem do rzeczywistości jest jednocześnie rozpięty między krytycznym dyskursem a sopockim uleganiem zasadzie przyjemności. Kuratorski team projektu świadomie tematyzował zresztą owego ducha rozrywki, budując program wokół hasła "Nocna zmiana", które odnosi się do sławy kurortu jako stolicy nadmorskiego nightlife'u. Festiwal jest więc o prekariuszach, ale także o bezwstydnym oglądaniu horrorów w ciągu dnia w wybudowanym na placu Zdrojowym pawilonie. Jest o tematyzujących obyczajowość nocnego życia performansach jak "Slow dance party" Kanadyjczyka Sherwina Sullivana Tjii. I o jeżdżeniu limuzyną po uśpionym mieście (performans Kaye Winwood Projects "Jazda"). Jest o włóczeniu się po starym Sopocie śladem realizacji umieszczonych w bajecznych rezydencjach. W willi Begera, cudownej poniemieckiej postromantycznej pół-ruinie, otoczonej fantasmagorycznym zdziczałym ogrodem, trafić można było na niedźwiedzioidalnego golema ulepionego przez Artura Malewskiego z kurzu zebranego w sopockich hotelach i pensjonatach; oto piękne i straszne zarazem, bioaktywne upostaciowanie "ciemnej materii" kurortu w formie szarego, posthumanistycznego demona. W innej willi zwanej Wierzą Ciśnień dziennikarz muzyczny Piotr Metz pokazywał (zupełnie bez ciśnienia, na luzie) swoją fascynującą kolekcję sprzętu do odtwarzania muzyki, kolekcjonerski zbiór perełek designu i zapomnianych już analogowych i pół cyfrowych technologii, od magnetofonów szpulowych, przez gramofony, po laser diski. Czysta przyjemność, dla której trudno byłoby znaleźć alibi w postaci konsekwentnej kuratorskiej koncepcji; czy w Warszawie ktoś pozwoliłby sobie na taką nonszalancję?

Artur Malewski, "tfuj", fot. Bogna Kociumbas
Artur Malewski, "tfuj", fot. Bogna Kociumbas

Pewnie nie. Pytanie tylko, czy tym gorzej dla Sopotu, czy dla Warszawy? W niekonsekwencjach, teoretycznym freestyle'u i koncepcyjnym luzie, na którym zbudowany został Artloop, jest pewien moment szczerości, w którym ujawnia się realny status sztuki. Bo czy rzeczywiście da się ją zredukować do języka debaty publicznej i krytycznego dyskursu? Nie da się bez wątpienia również zredukować jej do ekstrawaganckiej rozrywki, którą skądinąd na Artloopie sztuka bywała. W rzeczywistości wszystko rozgrywa się gdzieś pomiędzy sytuacją towarzyską, intelektualną przygodą, zmysłowym doświadczeniem, politycznym zaangażowaniem, społeczną samoświadomością i transgresywnym gestem, który nie szuka alibi w teorii. Sztuka jest trochę jak kurort ostatniego dnia sezonu; na wpół gra swoją rolę w spektaklu, na wpół stawia czoła rzeczywistości.

 

4. Artloop Festival "Nocna zmiana", Sopot, 3-6.09.201

Główne kuratorki + producentki: Lena Dula, Emilia Orzechowska. Kuratorzy: Roma Piotrowska, Dorota Terlecka, Małgorzata Taraszkiewicz-Zwolicka, Marek Kraska oraz Ewa Szabłowska [Sekcja Nowe Horyzonty], Towarzystwo Inicjatyw Twórczych "ę" [EDUKACJA], Aleksandra Grzonkowska + Maks Bochenek [DEBATA], Piotr Metz [SOUNDSPACE/Wieża Ciśnień] 

Gillian Wearing, "Broad Street", fot. Bogna Kociumbas
Gillian Wearing, "Broad Street", fot. Bogna Kociumbas

Gillian Wearing, "Broad Street", fot. Bogna Kociumbas
Gillian Wearing, "Broad Street", fot. Bogna Kociumbas

Berwick Street Collective "Nightcleaners", fot. Bogna Kociumbas
Berwick Street Collective "Nightcleaners", fot. Bogna Kociumbas