Od nudy po upokorzenie. Wspomnienia więźnia nr 433, uczestnika eksperymentu Artura Żmijewskiego

: Function ereg() is deprecated in /includes/file.inc on line 649.

Nie wolno nam było używać słowa eksperyment.
Ani symulacja. Ani doświadczenie. Ani film.
Żebyśmy mogli lepiej wczuć się w role. Żebyśmy uwierzyli, że to dzieje się naprawdę. Żebyśmy od razu weszli w sen.

Od początku chciałem być więźniem.
Chciałem być więźniem, żeby się później nie mieć czego wstydzić.
Na rozmowie z psychologiem usłyszałem pytanie: dlaczego?
Powiedziałem, że zawsze w rozgrywce między Indianami a kowbojami trzymałem stronę Indian.
Kasa nie była najważniejsza. Sto dwadzieściazłotych za dobę więzienia to chyba niezbyt dużo. Nawet jeśli wliczyć w to żarcie, nocleg i tak dalej. Chodziło chyba o coś innego. O to, żeby poznać granice. Granice siebie. Doświadczyć i zobaczyć.

Dziesięciu więźniów i dziesięciu strażników. Ciągnęliśmy losy. Udało mi się wylosować więźnia, ale kilku innych było zawiedzionych. Jeden nawet zrezygnował. Spojrzał w karteczkę i wyszedł.
Umówionego dnia przyjechała ekipa. Reżyser, operator i strażnik. Wsiedliśmy do samochodu. Zapytałem: Dokąd jedziemy?
Usłyszałem: Milczymy.
Od pewnego momentu jechałem już z opaską na oczach.
Pobrano odciski palców, zrobiono zdjęcie. Siedzący tyłem do mnie strażnik zapytał: Imię i nazwisko? Podałem. Miejsce urodzenia? Wkurzyło mnie to, że siedzi tyłem i chce rozmawiać, więc zakpiłem z niego. Powiedziałem, że Dusseldorf. Celowo tak powiedziałem. Chciałem, żeby się odwrócił. Chciałem zobaczyć jego twarz.
Spojrzał na mnie. Spod czapki wystawały mu czarne włosy, miał czarny zarost i niezbyt inteligentny wyraz twarzy. Taki Czarny Maniek. Zapytał jeszcze raz, a ja po raz kolejny powiedziałem Dusseldorf.
Siedział tyłem. Przy stole, przy którym, jak się później okazało więźniowie, mieli spożywać posiłki. Ale nie zdążyli, bo Czarny Maniek już pierwszego dnia przeniósł stół do pomieszczenia strażników, zarzucił go papierami i zrobił z niego swoje biureczko. On zadecydował, że więźniowie będą jedli w celach.
Rzeczy osobiste musiałem oddać do depozytu. Na każdej z nich przyklejono karteczkę z numerem 433. Mogłem zostać w podkoszulku i na niego nałożyć więzienne ubranie. Podkoszulek był pomarańczowy z długim rękawem.
To więzienne ubranie to były dwa kawałki białej szmaty sięgające do pół uda, zszyte tak, że był otwór na głowę i na ręce. Na piersi namalowany był mój numer - 433.
Nie wolno mi było używać swojego imienia ani też zwracać się do innych więźniów po imieniu. Każdy miał numer i tym numerem miał się posługiwać.
Do strażników należało się zwracać: Szanowny panie strażniku.

Już pierwszego dnia czuło się, że oni to oni, a my to my. My kontra oni. Dwudziestu facetów, którzy jeszcze wczoraj losowali karteczki nagle stanęło po dwóch stronach barykady.
My w kieckach do pół uda, w japonkach wciśniętych na skarpetki. Oni w mundurach, z pałami przy bokach, schowani za ciemnymi okularami.

Wszędzie dokoła lustra weneckie, kamery wiszące w rogu celi. Za tymi lustrami słychać było czasem szuranie.
Podaliśmy sobie ręce z celą obok.
Między celami się nie rozmawia.
Panie strażniku, nie rozmawiamy, witamy się.
Nie panie strażniku, tylko szanowny panie strażniku.

Były trzy cele obok siebie. Naprzeciwko cel w korytarzu lustra weneckie. Wisiały w taki sposób, że widzieliśmy, co robią więźniowie w celi obok.
810 ćwiczył brzuszki. Robił przy tym takie miny trochę jak Marlon Brando z "Czasu Apokalipsy". Miny takiego psychotypa.

W celi było nas trzech. Oprócz mnie jeszcze 701 i 960.
701- młody koleś z bujnymi loczkami na głowie - Loczek
960 - pozbawiona emocji Kamienna Twarz.
Trzy polowe łóżka stojące obok siebie w odległości pół metra.
Strażnik pokazał, jak powinniśmy ścielić te łóżka. Po jednej stronie prześcieradło zwinięte w rulon, po drugiej polarowy koc w ten sam sposób. Na brzegu łóżka dwa ręczniki. Niebieski i zielony. Złożone w dwa równe trójkąciki. Niebieski na zielonym.
Kamienna Twarz powiedział, że tak jak w wojsku. Ale ja nigdy nie byłem w wojsku, uznałem to za absurd. Te ręczniczki w trójkącik.
Składałem to łóżko chyba z pół godziny. Kamienna Twarz pokazał mi sposób z taboretem. Jak wygładzić prześcieradło i koc. Trzeba było tym taboretem przyklepać. Do celi wszedł strażnik. Uśmiechnięty jak gdyby nigdy nic. Postał, popatrzył i powiedział z uśmiechem: Oj, widzę bałagan.
Jaki bałagan, o co chodzi. Popatrzyliśmy na siebie. Ja na Kamienną Twarz, Kamienna Twarz na mnie i na Loczka, Loczek na mnie. A później jeszcze raz na Uśmiechniętego.
Wracam za 5 minut i ma być porządek.
Co on chce? Przecież prasowaliśmy taboretem koc i prześcieradło, żeby było prosto i równo, i ręczniki poskładane tak, jak miało być.
Ja pierdolę, nic nie robię, nie wiem, o co chodzi, po co mam skakać tu jak debil z jakimś taborecikiem. Jaki bałagan? Prasuję pół godziny taboretem jakiś kocyk, a ten mi mówi, że bałagan...
Ty zobacz.
Co?
Masz zielony na niebieskim.
Co zielony?
No, zamiast niebieskiego ręcznika na zielonym masz na odwrót.

EKSPERYMENTALNA INSTYTUCJA KOREKCYJNA

Nudę poczułem już godzinę po wejściu.
Nie mieliśmy nic do czytania, nic, czym moglibyśmy się zająć.
Siedzieliśmy, gapiliśmy się na siebie, na swoje skarpetki w japonkach, na niebieski ręcznik na zielonym złożony w trójkącik.
Loczek przyszedł tu, bo jakieś długi miał do spłacenia i słabą sytuację w domu. Obliczył sobie, że jak wytrzyma dziesięć dni to będzie miał tysiąc osiemdziesiąt na czysto. Opowiadał o swoim młodszym bracie. Że jest po próbie samobójczej, że dużo spiduje. Ojciec ich zostawił, jak byli mali. Mama pracuje w sklepie. A on - Loczek, przeprowadził się do sąsiada naprzeciwko. Sąsiad jest dilerem. Ale białego nie sprzedaje, tylko zielone. No i z tym sąsiadem teraz mieszka, coś mu tam pomaga i zawsze na drobne wydatki ma. Ale teraz, jak te tysiąc osiemdziesiąt dostanie, to może matce na Wielkanoc coś z tego odpali. Od razu powiedział, że nie będzie siedział do końca. Co ty stary, tu mam sto dwadzieścia za dobę, a ja za dziesięć dni w niedzielę palmową palemki sprzedaję i tam trzy stówy będę z tego miał. Dosiedzę do soboty i spadam stąd.
Można było wyjść. Wypowiadało się magiczną formułę brzmiącą mniej więcej tak: Zrywam umowę bez podania przyczyn. Przychodził strażnik, otwierał celę, zabierało się swoje rzeczy i można było iść do domu. Realizatorzy dali taką furtkę bezpieczeństwa, żeby nikomu nie odbiło, żeby nikt nikomu nic nie zrobił.
I tak była ostra selekcja na wstępie. Testy psychologiczne, rozmowy z psychiatrą i tak dalej. Ale ta furtka i tak była, jak się później miało okazać, potrzebna.

Po obiedzie, który składał się z letniego rozgotowanego makaronu z kwaśnym serem i cebulką, dostaliśmy pierwsze zadanie: nauczyć się na pamięć regulaminu.
Wstęp: więźniowie są częścią eksperymentalnej instytucji korekcyjnej.
By zapewnić prawidłowe funkcjonowanie tej instytucji więźniowie zobowiązani są do przestrzegania następujących reguł.
I tak dalej w tym stylu: osiemnaście punktów zakończonych krótkim: o rodzaju kary decyduje strażnik.
Rodzaj kary to mogło być wszystko. Wszystko z wyjątkiem przemocy fizycznej.
Mimo to strażnicy wyposażeni byli i w pałki, i w kajdanki.

Było kilku miłych strażników; przychodzili do nas i pytali, czy mamy ochotę wyjść na papierosa. Mili, normalni, chcieli chyba, te dwa tygodnie przetrwać bez większych konfliktów. Ale drugiego dnia już ich nie zobaczyłem. Ani trzeciego, ani później...
Strażnicy przychodzili na zmiany: dwanaście godzin w dzień, a druga zmiana dwanaście w nocy. Mogli wychodzić do domów, wracać do rzeczywistości.
My nie. My od razu byliśmy jak we śnie.

Loczek powiedział, że się boi, że to wszystko ściema, że nas gdzieś wywiozą i coś nam dosypią do żarcia i obudzimy się na przykład bez nerki.
Słyszałem kiedyś o takim przypadku. Koleś się obudził bez nerki. Normalnie zaszyty elegancko. Tylko go coś bolało i nie wiedział, gdzie jest.
Weź przestań.
Myślisz, że się obudzimy bez nerek...?

Pierwszej nocy było bardzo głośno. Paliła się lampa czerwona - dla kamer na podczerwień. Słychać było realizatorów, gniecione puszki po piwie, radio, komórki. Nie wiem, czy kończyli jeszcze dekoracje, czy to była impreza. Krzyknąłem: cisza na planie, a później zasnąłem.
Obudziliśmy się z nerkami, nikt nas nie pokroił, nie pozszywał. Zaniepokoiło nas tylko, jak usłyszeliśmy otwieranie celi obok i zobaczyliśmy, że wyprowadzają kolesia.
Patrz- powiedziałem do Loczka - już go zabierają na wycięcie nerek.

MASTER OF PUPPETS

Drugiego dnia nie było już uprzejmego zapraszania więźniów na papierosa. Palenie stało się przywilejem. Cela, która najlepiej opanuje regulamin, będzie mogła palić. Pozostali więźniowie dostaną dzień niepalenia.
Okazało się też, że nie wolno leżeć ani siedzieć na łóżkach. Można było korzystać tylko z taboretów.
Zaraz po tym, jak strażnik wrócił do swojego pomieszczenia, ułożyliśmy się na łóżkach. Powiedziałem do Loczka, żeby nasłuchiwał i sprawdzał co jakiś czas, czy nikt nie idzie. Leżałem tak i myślałem, że w regulaminie nie ma nic o leżeniu czy nieleżeniu na łóżkach, nie spodziewałem się tu wczasów, ale nie sądziłem też, że tak szybko strażnicy wejdą w swoje role, że będą dopisywali punkty do regulaminu. Zastanawiałem się gdzie są ci, którzy wczoraj proponowali papierosa, dlaczego nie wrócili na swoją zmianę. Nagle wpadł do celi Uśmiechnięty. Zerwaliśmy się równe nogi.
Cela numer trzy - dzień bez papierosa.
I wyszedł.
Aha, pomyślałem, a więc to tak. To oni nas podkablowali, że leżymy. Realizatorzy.
Podszedłem do małej kamery, wiszącej pod sufitem i powiedziałem: To chujowe. Przecież nie tak miało być. To manipulacja. Przecież wszystkie sytuacje miały być wynikiem relacji strażnicy - więźniowie, a tu co? Realizatorzy filmu odgrywają role kapusiów, tak?
Szklane oko patrzy i szklane oko ingeruje. Jak się pan czuje, panie rezyseze, panie... master of puppets?

I tak zostało - master of puppets

Nie było żadnych stałych praw. Czarny Maniek wykreślił szósty punkt regulaminu, mówiący o tym, że nie wolno używać słowa eksperyment ani symulacja. Ale nie oznaczało to wcale tego, że teraz wszyscy będą mówili, że to film, doświadczenie. Chodziło chyba o to, żebyśmy jeszcze bardziej uwierzyli w realność całej sytuacji. Żeby ten punkt nie przypominał nam, że to tylko gra.
Zastanawialiśmy się, co będzie, jak z całego materiału wytną tylko te momenty, jak sobie podcieramy tyłki. I zrobią o tym film. Albo o tym jak, Loczek odwraca się w nocy do ściany i dłubie w nosie. Właściwie to wszystko mogą. Mogą nam włożyć w usta nie nasze słowa albo ze zdania wyciąć jedno słowo na przykład i zmienić całkowicie sens. Przed wejściem tu, jak podpisywaliśmy umowę, był tam jeden punkt, że z naszym wizerunkiem mogą zrobić wszystko, dowolnie manipulować, dokonywać zmian, skrótów, przeróbek, publikacji we fragmentach.
Przecież nie zrobią filmu, jak dwudziestu kolesi robi kupę, daj spokój.
Skąd wiesz...

Nuda była coraz większa. Obezwładniająca. Przestrzeń nie dająca żadnej nadziei, żeby na czymś zawiesić wzrok. Zamykasz oczy i jesteś w stanie powiedzieć, co, gdzie i w jakiej ilości, gdzie na ścianie jest grudka, gdzie pękniecie, gdzie zadrapanie, a gdzie niedomalowany fragment.
Pobudka o szóstej. Szybkie mycie, załatwianie wszystkich spraw w łazience w ciągu pięciu minut. Powrót do celi i godzina czekania na apel. Godzina wypełniona nicnierobieniem, nicniemówieniem, siedzeniem i patrzeniem w ściany, w sufit, w kraty, w lustra. Zapadanie się do środka, apatia. Niemoc, bezsilność, bierność, zobojętnienie. Nuda. Nuda, która zabija.

Pukałem w szybki, gdy słyszałem ruchy operatorów za ścianą. Chuchałem w lustro i rysowałem znak zapytania albo pisałem help. Ale oni nic. Tylko szurali. Czasem słychać było, jak się przesuwają z miejsca na miejsce. To wszystko. Zero kontaktu.

Brak okna, brak naturalnego światła i brak bodźców.
Ludzie, którzy jeszcze wczoraj się uśmiechali i opowiadali coś o sobie, siedzą teraz nieruchomo i patrzą w swoje skarpetki w japonkach. Nie sądziłem, że to wszystko stanie się tak szybko. Ale tutaj czas płynie inaczej . Nie mamy zegarków, strażnicy kontrolują nasz rytm dnia i mogliby nam poprzesuwać posiłki, skrócić spanie i tak zmanipulować, że po kilku dniach wstawalibyśmy o drugiej w nocy i nikt by się nawet nie zorientował.
Widzę, że w celi obok 810 - Marlon - znów ćwiczy brzuszki. Z opakowania po paście do zębów robię małe kuleczki, które wrzucamy do pustego kubka. Taka niby koszykówka. Prowadzi Kamienna Twarz, ma siedem celnych, Loczek ma cztery, ja trzy. Nim zdążymy cokolwiek dokończyć, wchodzi do celi Uśmiechnięty i zabiera nam kubek.
Zakazuje się więźniom posiadania naczyń w celi.

Zasady zmieniały się z godziny na godzinę. To, co było nakazem, stawało się zakazem. Strażnicy ustanawiali swój własny regulamin. Chcieli nas pozbawić poczucia bezpieczeństwa. A my tylko biernie czekaliśmy, co się wydarzy.
W łazience się nie rozmawia.
Dlaczego?
Więźniowie 433 i 701 zakaz korespondencji
NIE!- krzyknąłem. Chcę się odwołać do naczelnika więzienia.
Nie ma naczelnika więzienia.
Jak to nie ma. Przecież reżyser, Master of puppets, miał być naczelnikiem.
Ale już nie ma naczelnika.

Na kolację dostaliśmy trzy kromki suchego chleba i śledzia, który był tak posolony, że ledwo dało się go zjeść.
No i co master of puppets, wycofałeś się, najpierw nas podkablowałeś, a teraz się odsuwasz na bok, co? Zrobiłeś z nas króliki doświadczalne. Co, panowie eksperci, fajną macie zabawę?

Cały czas towarzyszyła mi myśl o manipulacji. Oprócz strażników wrogami stali się także realizatorzy.

Zawisłem na kracie i zacząłem bębnić o lustro palcami. Usłyszałem podobne bębnienie z drugiej strony lustra. Przestałem. Ktoś zza lustra też przestał. Znów zacząłem bębnić. Usłyszałem powtórzony rytm. Podszedłem do szyby i przysunąłem twarz tak blisko jak się dało. Zobaczyłem palce układające się w wiktorię.
To było ważne, podtrzymywało na duchu. Okazało się, że wszystko jest tylko wkrętem. Że poza więzieniem jest jeszcze jakiś świat.

NIBYLANDIA

Od kar nie ma odwołania. Należy wykonywać polecenia strażników.
Więźniowie muszą, więźniowie nie mogą, więźniowie mają obowiązek, więźniowie są zobowiązani... Więźniom NIE WOLNO.
Światło, które wybudza w nocy ze snu. Światło i dźwięk gwizdka.
Punkt czwarty.
O co chodzi?
Więzień 433 punkt czwarty regulaminu.
Nie pamiętam, nie chcę, nie wiem, o co chodzi...

Kiedy zgłaszałem jakiś problem, na przykład, że w nocy jest zimno, słyszałem odpowiedź: O to należy zapytać na apelu wieczornym. Kiedy pytałem wieczorem, słyszałem, że należy ten problem poruszyć rano. I tak w kółko.
Bez odpowiedzi. Wnioski i skargi więźniów, które miały być rozpatrywane na apelach, zostały całkowicie zignorowane. Właściwie to moje wnioski. Bo inni już drugiego dnia się wycofali, przyjęli postawę, która miała na celu wytrzymanie dwóch tygodni bez specjalnych konfliktów. Cicho, bez prowokacji, zgoda na wszystko. Aby dwa tygodnie i aby tysiąc sześćset złotych.
Jeden mi powiedział: Weź przestań, co się będziesz kłócił, jeszcze nas wszystkich wyrzucą i nie zarobimy.

Marlon zwrócił uwagę, że naczynia, w których jemy, nie są odkażane, zaczął coś mówić o przepisach behape, że droga czystych naczyń nie powinna krzyżować się z brudną. Ten strażnik z długim nosem - Pinokio - powiedział: Znajdujemy się w Nibylandii, nasza instytucja korekcyjna to Nibylandia, a w Nibylandii nie ma krzyżujących się talerzy.
Nibylandii ja ustanawiam prawo.

Jeden strażnik miał ambicje resocjalizacyjne. Organizował nam czas wolny. Raz zrobił nam konkurs na napisanie cv, listu motywacyjnego i... życiorysu.
Każdy dostał zawód i do niego miał wymyślić postać. Siedzieliśmy i pisaliśmy.
Ale nie spodobało się to chyba innym strażnikom. Ani realizatorom.
Następnego dnia rozmawialiśmy o prawie, o karaniu przestępców seksualnych itp. Wniosek był taki, że nie ma w naszym kraju czegoś takiego jak resocjalizacja, że prawo nie istnieje.
Przyszedł Uśmiechnięty i powiedział: Skoro nie ma resocjalizacji, to nie będziemy rozmawiali, skończyła się szkółka niedzielna.
I od tej pory w czasie wolnym sprzątaliśmy. Pucowaliśmy lustra weneckie. Zamiataliśmy podłogę, myliśmy łazienkę, myliśmy nawet foliową zasłonkę pod prysznicem, wszystko lśniło, w podłodze można było się przejrzeć, więźniowie zmieniali się w automaty, a chyba o to chodziło. Sprzątanie stało się rytuałem, tak rozciągniętym w czasie, że wydawało się, że sprzątamy pół dnia, że przez kilka godzin szorujemy lśniącą podłogę i zamiatamy w jednym miejscu.
Ten, który miał ambicje resocjalizacyjne, już się więcej nie pojawił...
Natomiast Czarny Maniek dał mi ostrzeżenie, że jak nie przestanę kląć i wspinać się po kratach przeniesie mnie do innej instytucji korekcyjnej. Zaśmiałem mu się w twarz, ale w nocy Loczek zdławionym szeptem powiedział: Widzisz, a jak nas gdzieś rzeczywiście przeniosą, do innego więzienia?
Daj spokój, przecież za parę dni stąd wyjdziemy
A jak nie? Jak nam naprawdę powycinają nerki?
A jakbyśmy tak jutro zrobili bunt w czasie sprzątania albo w czasie apelu, wsadzili strażników do celi i ich zamknęli, ich nie jest wielu. Wiesz, o co chodzi. Ten, co nam papierosy proponował, ten, co robił pogadanki, to ich już nie ma. Został Uśmiechnięty, Maniek i Pinokio. Na zmianie jest ich czterech tylko. A nas, my trzej, Marlon i ten, co się nie odzywa. Dalibyśmy im radę, trzeba tylko Marlonowi puścić jakiś greps rano, żeby wiedział, co się dzieje, wyobrażasz sobie, wsadzamy ich za kraty wrzeszczymy, zakuwamy w kajdanki, rozpierdalamy lustra weneckie, zabieramy kamery operatorom, rozwalamy czujniki przeciwpożarowe, woda się leje na wszystko, przybiegają do nas eksperci, i master of puppets, a my ich kręcimy i wszystko nagrywamy, jak w "Urodzonych mordercach", a później siadamy w pomieszczeniu strażników, jemy ich obiad, a im dajemy pomyje, i czekamy, co się stanie...
Weź się uspokój, wiesz ile kosztuje takie jedno lustro? Chcesz za to wszystko płacić?
Ale wiesz, jak to jest z zapałkami. Jedną zapałkę łatwo złamać, ale dziesięć to już nie tak łatwo...
Weź przestań. Ja nie chce dostać przy wyjściu faktury do zapłacenia za zbite lustro. Zarobię tysiąc sześćset a za lustra będę musiał oddać tysiąc czterysta, to się nie kalkuluje...

Nie kalkulowało im się...
Im bardziej oni się zapadali, tym bardziej mnie nosiło. Coraz głośniej śpiewałem, skakałem, robiłem pompki, śmiałem się, kiedy mi zabroniono rozmawiać w celi, mówiłem we własnym, wymyślonym języku, mówiłem sam do siebie, podchodziłem do lustra i udając, że to okno, mówiłem: O, jakie dzisiaj słońce, wiosna się zaczyna... Chłopaki patrzyli, ale im się już nie chciało.
Na apelu odezwał się ten, co nic nie mówił, zapytał strażnika, czy w niedzielę będzie msza, że on by chciał i może…Nie żartował, mówił całkiem poważnie. Pinokio się zaśmiał i powiedział: Do Nibylandii ksiądz nie przyjeżdża.

Więzień 960 prosił o widzenie, tak? Więzień 701 chciał napisać list? Prawda?
To nie będzie odwiedzin, ani listu. Wasz kolega z celi, więzień 433, złamał regulamin, bo przeklinał dzisiaj podczas jedzenia, a w trakcie jedzenia obowiązuje zakaz rozmów.
Chodź tu chuju… Chcesz karać ich za moje zachowanie, zdejmij te okulary...
Spodobało ci się bycie psychopatą, co?
Więzień 433 zostanie przeniesiony do innej celi ze względu na złe zachowanie i za zakłócanie spokoju innym więźniom. Więzień zabierze swoje rzeczy i opuści celę.

Usłyszałem, jak Loczek dusi śmiech. Uśmiechnięty wrócił do pomieszczenia strażników, a my się zaczęliśmy śmiać. Śmialiśmy się i nie mogliśmy przestać, i trwało to tak długo, że już nie wiadomo było czy się śmiejemy ze strażnika, czy z absurdu, w jakim tkwimy, czy się śmiejemy z rozpaczy, czy z tego, że nagle znaleźliśmy się w dość nietypowej sytuacji, która nas coraz bardziej obnaża, czy z samych siebie - obnażonych, bezbronnych, zamkniętych, bez okien, bez światła, bez kawałka gazety. Śmialiśmy się i nie pamiętaliśmy już wtedy, że to film, że to eksperyment. Że na hasło możemy wyjść. Słyszeliśmy strzępki rozmów między strażnikami. Maniek podnosił głos. A my ryczeliśmy ze śmiechu.
Uśmiechnięty użył gwizdka, później przyszedł do celi i zapalił papierosa. Dmuchając mi dymem prosto w twarz, powiedział: O, chyba więzień 433 nie ma ochoty na papierosa dzisiaj. I odszedł.
Zostawił mnie z pustym śmiechem odbitym w lustrze.
Kiedy opuszczałem celę, widziałem, że Loczek ma łzy w oczach.

Przenieśli mnie do celi z tym, co nic nie mówił. Myśleli, że się przy nim uspokoję, że się wycofam i dam zastraszyć. Chciałem sobie spiłować moje paznokcie, które zrobiły się dosyć długie, zacząłem piłować je o kratkę wentylacyjną. Okazało się, że w kratce jest ukryty mikrofon.
Uśmiechnięty znów stanął przed celą paląc papierosa, dmuchał dymem i czerpał przyjemność z tego, że ja mam dzień niepalenia. Więc ja mu zacząłem bekać. Byłem głodny, więc nie sprawiło mi to trudności.
On zapytał: Czy więzień 433 gorzej się czuje?
Nie. I znów beknąłem.
Czy więzień ma jakieś problemy?
Lepiej beknąć, niż puścić bąka.
W tym momencie z drugiej celi dobiegło nas pierdnięcie w wykonaniu Marlona.
Maniek się zajeżył: Bo wprowadzę w regulaminie punkt, że więźniowie mają zakaz wydawania takich odgłosów.
A tu drugie pierdnięcie. I beknięcie.
Już wiem, dlaczego jak się jest w prawdziwym więzieniu, to się mówi, że się siedzi w pierdlu. Bo dają takie żarcie, od którego się cały czas pierdzi. Jak nie jakąś fasolkę z cebulką, to cebulkę z fasolką.

Kiedy wariowałem, wrzeszczałem, skakałem po kratach, jakiś głos wewnętrzny mi mówił: weź przestań, co sobie pomyślą o tobie. Plułem w lustra weneckie, było słychać przestawianie statywów, ruchy operatorów za ścianką.
Świat rzeczywistości był coraz bardziej daleki i odrealniony, aż w końcu przestał być ważny...

Spacery odbywały się codziennie. Codziennie półtorej godziny chodzenia w koło w pomieszczeniu cztery na osiem. W towarzystwie kolegów z celi i strażnika odbijających się w wiszących wokół lustrach. Chodziłem na palcach, na piętach, skakałem, mruczałem, śpiewałem. Rozmawiałem z Marlonem. Co okrążenie wypowiadałem jedna sylabę. Chciałem mu powiedzieć, żeby coś, może..
Ale nic. Marlon robił brzuszki i też mu chyba wszystko zaczęło zwisać.

MAGICZNA FORMUŁA

W nocy znów nas obudzili.
Uśmiechnięty z gwizdkiem, Maniek z niezmiennym wyrazem twarzy służbisty.
Więzień 433, siódmy punkt regulaminu.
Więźniom nie wolno zapalać... zakazuje się więźniom zapalania światła...
Więźniowie nie mogą sami zapalać światła? W celi? Ja pierdolę, przecież w celi nie ma nawet wyłącznika, a tu jest zakaz, że więźniowie w celi nie mogą zapalać światła... To jest nielogiczne
Ja nie pytam, co jest logiczne, tylko pytam o siódmy punkt regulaminu.
A ty umiesz ten regulamin? - krzyknął Marlon do Mańka. Bo mówiłeś, że się go nauczysz na pamięć.
Maniek wyszedł. Zamknął cele. Kiedy już zaczęliśmy zasypiać, znów zapalili światło. I zarządzili nocny apel. Maniek i Pinokio.
Więzień 810 opuści celę.
Ale dlaczego?
Więzień 810 spędzi noc w izolatce.
I tak już mi nic więcej nie zrobicie. Miałem już wszystkie możliwe kary. Dzień niepalenia, zakaz widzenia, zakaz korespondencji...
Więzień 810 nie dyskutuje i przeniesie się do izolatki.

I zamknęli go w izolatce. Jak gdyby nigdy nic.
Ale to przecież moja wina. To ja się nie nauczyłem tego regulaminu.
Ja sprowokowałem. Nie możesz go za mnie karać.
Niech więzień 433 zachowuje się cicho.
Nie potrafię cicho.
Zakaz rozmów.
Ale ja mówię sam do siebie. To nie rozmowa.

Marlon coś wrzeszczał z izolatki. O Mańku, o systemie. Nie mogłem się tak po prostu położyć. Naciągnąłem na siebie koc i stanąłem przy kracie.
Więzień 433 niech się położy do łóżka.
Nie będę się kładł.
Marlon krzyknął do mnie: Weź się połóż, żeby inni nie byli ukarani za ciebie.
Nie.
I stałem.
Więzień 433 przejdzie ze strażnikiem do śluzy.
Nigdzie nie idę.
Więzień 433 ma obowiązek wykonywać polecenia strażnika.
Zimno mi. Nie będę nigdzie szedł. Skąd mogę wiedzieć, czy nie chcesz mnie pobić na przykład.
Chcę porozmawiać z więźniem. Na osobności. W śluzie.
Znajdujemy się w instytucji korekcyjnej. Każdy ma swoje zadania, prawa i obowiązki. Trzeba przestrzegać regulaminu. Więźniowie muszą się podporządkować. Proces resocjalizacyjny nie zawsze jest miły. Strażnicy ustalają, co wolno więźniom.
Mówił to w taki sposób, jakby w to wierzył. Jakby miał ten jeden tekst wyuczony na pamięć. Zero emocji, opanowana twarz. Brak jakiejkolwiek mimiki.
Koleś, który ma tylko jeden cel - wytrwać do końca, bez większych strat.
Naszym zadaniem jest... musimy się podporządkować... Jak jakiś dyplomata, który mówi o celach misji stabilizacyjnej. Jak jakiś chuj z telewizora.
Z nienagannym wyrazem twarzy, chuj, który waży słowa, wyciąga dłoń i podaje ją innym chujom w świetle kamer i błyskach fleszy...
Żal mi ciebie, wiesz... Tego, że wychodzi z ciebie psychopata.
Więzień 433 wróci do celi i położy się do łóżka.

Czułem się wyprany. Osamotniony, wydymany, wyczerpany. Marlon dał się przekonać, że opór jest bezcelowy. Podczas porannego spaceru miałem ochotę wyrzygać się pod nogi strażnikowi. Tylko po co?

Po spacerze podszedł do mnie Uśmiechnięty i zaprowadził do śluzy. A tam Marta. Nie mogłem jej powiedzieć, jak tu jest, chociaż pytała. Pocałowaliśmy się przez kraty, bo strażnik nie chciał ich otworzyć. Miałem świadomość, jak wielu ludzi nas obserwuje i to mi przeszkadzało.
Jak ci tutaj jest?
W porządku. Fajni koledzy, pyszne jedzonko, miło, przytulnie. Świetnie się bawię. Masa rozrywek...
Nie wolno rozmawiać o instytucji korekcyjnej...- powiedział do Marty Uśmiechnięty.
Wyglądała na przestraszoną.
Powiedziała: Nie musisz tam być.

Obiad się spóźnił. Poczułem to w żołądku. Siedzieliśmy w celach, czekaliśmy. I nic. Czekaliśmy, pytaliśmy, kiedy jedzenie. Ale strażnicy nie mogli nas informować, która godzina. Chodzili tylko przed celami i z satysfakcja patrzyli, jak nie możemy się doczekać jedzenia. Później poczuliśmy, że oni jedzą. Co to było? Biała kiełbasa, nie, to nie kiełbasa to żurek, a może bigos i ziemniaczki.
Kurwa, ja pierdolę, niech to chuj zajebie w dupę w te i nazad, będzie to jedzenie czy nie? - wrzasnąłem
Bardzo proszę.
Uśmiechnięty postawił przed naszą celą parującą fasolkę po bretońsku.
Ale celi nie otworzył. Patrzyliśmy, jak nasz obiad stygnie, żołądki nam się ściskały z głodu, a fasolka stała. Strażnicy śmieli się w swoim pomieszczeniu.
Fasolka zrobiła się zimna i dopiero wtedy dali nam ją zjeść.

Uśmiechnięty powiedział do mnie: Jak ci się coś nie podoba, możesz wyjść.
Wystarczy magiczna formuła.
Rozwiązuje umowę bez podania przyczyn - powiedziałem.
I wyszedłem.
Przebrałem się w toalecie strażników. Rzuciłem tę szmatę z numerem na kamerkę wiszącą pod sufitem. Odwróciłem się do lustra i powiedziałem: Spierdalać!

PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

Pierwszy podszedł do mnie master of puppets. Obok niego stał operator z kamerą. Poszliśmy z psychologiem do innego budynku.

To nie chodziło o żarcie. Ani o to, że przyszła Marta. To nawet nie to, że Uśmiechnięty z tym swoim wyrazem twarzy chodził i napierdalał pałką w kraty.
Już nie miałem siły. Byłem wyczerpany.
Bałem się siebie, innych nie. Bałem się, że zrobię coś złego albo że przestanie mi się chcieć, że stanę się warzywem.
Osłabiło mnie to, że spotkałem się tam z taką bezwolnością, z konformizmem, z przyzwoleniem na absurdalne działania. Walka nie miała sensu. Kwestią czasu byłoby stosowanie przemocy. A ja nie chciałem być ani tego świadkiem, ani uczestnikiem.
Wracałem do tej rozmowy z Mańkiem w śluzie w nocy. Myślałem wtedy, że go uderzę, że mam ochotę tak mu zajebać, żeby mu nos wbił się w mózg - ta myśl mnie osłabiła, że coś takiego przychodzi mi do głowy.
Rozpłakałem się.
Uświadomiłem sobie, że gdybym był strażnikiem, musiałbym być straszny.

Wszedłem na chwilę do pomieszczenia, w którym siedzieli realizatorzy. A oni do mnie wszyscy, jakby mnie znali nie wiem jak długo.
O, Pomarańczowy, kibicowaliśmy ci, zakładaliśmy się o ciebie, wiesz... Czy będziesz walczył do końca? Czy wyjdziesz?
Pomyślałem: o co była ta walka? I z kim?

Kilkanaście monitorów. Stół realizatorski. Podgląd na wszystkie kamery.
Loczek, Marlon, Kamienna Twarz. Pomieszczenie strażników.
Wszystko. Zbliżenia. Każdy szept.

Nie mogłem tak po prostu wyjść i pojechać do domu. Chciałem zobaczyć, jak się to wszystko potoczy. Co się stanie. Chciałem, żeby coś zrobili, kibicowałem im, patrząc w monitory i obserwując, co robią.
Siedziałem i patrzyłem.
Maniek chodził w kółko. Od ściany do ściany. I do drzwi. I znów do ściany. Pinokio siedział i jadł kiełbasę z cebulką. Nie było Uśmiechniętego. Jak się później okazało, został odsunięty od eksperymentu, bo powiedział do mnie, że jak mi się nie podoba, to mogę wyjść.

Loczek wymyślił grę w zośkę. Grali skarpetkami zwiniętymi w kulkę, ale jak przechodził strażnik, to przerywali. Mimo że nie mieli zakazu, myśleli, że to coś niestosownego...
Marlon robił brzuszki.

Ustabilizował się rozkład sił - powiedział ekspert od więziennictwa. - Chłopaki za wszelką cenę będą chcieli przeżyć i nic nie zrobią. Po wyjściu Pomarańczowego nie ma tam żadnego czynnika, który by spowodował zmianę tej sytuacji.
Nie ma sensu ciągnąć tego dalej w takiej formie.
Chcieliśmy buntu, a tu mamy do czynienia z konformizmem.
To może sobie tak trwać. Maniek będzie chodził w kółko i pstrykał palcami, oni będą sprzątali. Nic się nie zadzieje. Trzeba wyostrzyć kurs. Trzeba to jakoś podkręcić.

Więc zaczęli podkręcać.

GŁĘBSZY SEN

Ekspert zarządził głębszy sen. Polegało to na tym, że strażnicy, którzy dotąd zmieniali się co dwanaście godzin, zostają w więzieniu do końca. Nie mogą już sobie wychodzić do domów. I analizować w świecie realnym, co dzieje się w powtórzeniu.
Naczelnikiem więzienia został Czarny Maniek.
Powiedział wszystkim: - To już nie będzie przedszkole.

Wszystkich to przerosło.
Maniek zamykał się coraz częściej w łazience. Dopisywał punkty do regulaminu. Mówił do lustra. Robił taki numer z palcami dłoni. Kciukiem lewej ręki dotykał do wskazującego prawej i na odwrót. A później przekładał te palce coraz szybciej i szybciej. Ale tak, żeby się nie pomylić. I tak w kółko. Łazienka, lustro, palce. Chodzenie od ściany do ściany.

I wtedy Loczek otworzył celę. Grzebieniem. Uchylili drzwi, a Loczek wybiegł do pomieszczenia strażników. Chciał sprawdzić, która jest godzina. Usłyszał kroki, przestraszył się i uciekł.
I zamknął się z powrotem w celi. Tak, żeby Maniek się nie zorientował.
Później Marlon się otworzył. Ale w obecności Mańka. Uchylił drzwi, popatrzył na niego i zamknął:
No i widzisz, kurwa, widzisz...

Oni są w takim stanie, że chcą, żeby ktoś myślał za nich. Zostawiają strażnikom podejmowanie decyzji.- mówił ekspert. Nie będą walczyć. Nic nie będą robić. Czekają tylko, co zrobią strażnicy.
Gdybyśmy teraz poszli do nich i wyciągnęli pały, to oni by nam obciągnęli - w takim są stanie. Wszystko im można teraz zrobić.
Jak im dać kubek z moczem, to też wypiją.

No to spróbujmy.

Dostali na kolację owsiankę. Ale nie była to normalna owsianka, tylko taka na wodzie i ze słonym śledziem w środku. Marlon jak tego spróbował, to skrzywił się, a z chwilę stojąc przed lustrem nasikał do talerza.
Czy więzień wie, że ma obowiązek przestrzegać regulaminu?
Wiem, szanowny panie strażniku.
W regulaminie jest napisane, że więzień ma obowiązek zjadać to, co dostaje.

Wieczorem Maniek przyniósł im do celi wiadro.
W naszej instytucji korekcyjnej popsuła się kanalizacja. Teraz więźniowie, jeśli chcą załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne, mają to robić do tego oto wiadra.
Widać było, że Marlon gotuje się w środku. Ale tylko on. Cała reszta akceptowała wszystko, co się działo. Patrzyli bezmyślnie w podłogę.
Marlon nasikał do wiadra. Raz. Potem drugi. A później wylał to przez kraty prosto pod nogi Mańka, kiedy ten przechodził obok celi.
Więzień 810 weźmie szmatę i to posprząta.
Myślałem, że dojdzie do starcia. Byłem tego niemalże pewien. Chciałem, żeby coś się stało. Wszyscy przed monitorami czekali, co będzie dalej.
Marlon został wypuszczony z celi.
Wziął szmatę i grzecznie umył podłogę.

Teraz to on już jest cwelem - powiedział ekspert - i te talerze, których dotykał, też są przecwelone. W normalnym więzieniu, to by dostał taki wpierdol od innych więźniów, że by się nie pozbierał, a tu nic. Tu wszyscy grzecznie siedzą i czekają, aż się sytuacja potoczy bez ich udziału. Tak nie może być.
A może ich zamienić rolami? Mańka wsadzić do więzienia, a z Marlona zrobić teraz naczelnika?

POSTRZYŻYNY

Miałem dość. Po jednej stronie hardkor w postaci walki o władzę ze strażnikami. Walki ze sobą, z nudą, z bezsensem i absurdem całej sytuacji. Z drugiej strony ekipa realizatorów i pociągający za sznurki eksperci. Master of puppets spotykał się Mańkiem w śluzie i dawał mu rady. Nic nie zmieniaj, jest okej, tylko daj im wiadro i niech sikają do wiadra w celi. Maniek pytał, czy to w porządku. Tak, tak wszystko dobrze. Tak ma być. A później dyskutował z ekspertami: A co będzie, jeśli ich zamienimy rolami, jakie dać Mańkowi kolejne zadanie, żeby podkręcić sytuację?
Na oczach wszystkich Maniek wchodził coraz głębiej w swoją rolę, coraz bardziej się angażował. Jedna kamera robiła cały czas tylko jego bliskie plany, a on od kraty do kraty i palcami w kółko.
Więźniowie siedzieli. Zero starć. Zmęczenie, znużenie, apatia.

Jak master of puppets zaniósł Mańkowi maszynkę do golenia i kazał ogolić wszystkich, Maniek zapytał tylko, czy na trzy milimetry wystarczy, czy na zero.
Na trzy wystarczy.
W instytucji korekcyjnej, w której się znajdujemy, panuje wszawica. W związku z tym więźniowie muszą ogolić głowy. Podczas apelu wieczornego odbędzie się strzyżenie.
Loczek chyba miał znowu łzy w oczach, ale operator zrobił bliski Marlona.
Czterej więźniowie wyszli z celi i stanęli w rzędzie.
Panie naczelniku, więzień 960 odmawia wykonania polecenia
Więzień 574 też odmawia.
Szanowny panie naczelniku, więzień 701 także odmawia wykonania polecenia.
Cisza. Maniek przechodzi z jednej strony korytarza w drugą i z powrotem.
Więzień 810 jest gotowy do strzyżenia.
Marlon bierze maszynkę i goli włosy.
Chwilę później ogolony zostaje też Loczek.
Pozostali dwaj stoją.
Skoro więźniowie odmawiają wykonania polecenia naczelnika więzienia, apel będzie trwał, dopóki nie zmienią zdania i nie obetną włosów.
Cisza. Stoją.
Panie naczelniku, ja przekonam więźniów - mówi Marlon.
Co ci szkodzi, i tak niedługo stąd wyjdziemy, a ty się będziesz buntował z powodu włosów, weź przestań, przecież chyba nie chcesz, żeby przez ciebie apel trwał nie wiadomo ile. Poza tym weź i sobie oblicz, jak dzisiaj skończymy, to za ile dni nam zapłacą? Za sześć? A jak wytrwamy do końca? No i co? I co opłaca się?
Z powodu głupich włosów?
To się nie kalkuluje.
Ogolił wszystkich.

Maniek podszedł do Pinokia: A gdybyś teraz ty był naczelnikiem? Chyba żartujesz. Gdybym miał być naczelnikiem, to bym od razu stąd spierdolił.

TO NIE BYŁEM JA, TO BYŁ 433.

Żal mi było Mańka. Wszystkich mi było żal, ale Mańka najbardziej. On się wkręcił. Za przyzwoleniem ekspertów, realizatorów, psychologów. Podkręcany, mobilizowany, utwierdzany w przekonaniu, że jest okej. Niby okej, ale palce to mu cały czas się kręciły. Miotał się. Krata, krata, ściana.

Co się dalej stanie? Dali się ogolić, na co jeszcze pozwolą?
Ekspert zachowywał się tak, jakby miał przed sobą lalki, a nie ludzi. Master of puppets nic nie mówił. Nie mam pojęcia, czy czuł jakąkolwiek odpowiedzialność za to, co dzieje się w środku. Monitory sprawiły, że wszyscy patrzyli na to, jakby to był spektakl. Wiedzieli, że z Mańkiem jest źle, ale nikt nie zaproponował, by go odsunąć od eksperymentu.
On już jest wkręcony. On się nie będzie mógł po tym pozbierać. Ten facet będzie potrzebował psychologa - mówili. Ale tylko mówili. Odpowiedzialności żadnej. Bo każdy przerzucał odpowiedzialność na innych, master of puppets na eksperta, ekspert na psychologów.
Wszyscy komentowali.
On jest z zawodu aktorem, po szkole aktorskiej, on wszedł po prostu w rolę. On gra. Zobaczcie, staje przed lustrem, poprawia czapkę i myśli sobie: jestem kutasem, jestem strażnikiem-psychopatą.
Nie, nie. On naprawdę uwierzył. On będzie potrzebował pomocy po wyjściu.
I to nie jednorazowej rozmowy. Tylko długiej terapii.

I kiedy tak siedzieli i komentowali, Maniek otworzył celę. Wypuścił więźniów.
Pozwolił im się przebrać w ich ubrania. Usiedli wszyscy na taboretach w korytarzu i zaczęli rozmawiać. Teraz oni komentowali. Że to wina realizatorów, że całemu złu winien jest master of puppets, że to nie był eksperyment, tylko manipulacja, że przez cały czas pociągani byli za sznurki. Taka instytucja korekcyjna nie ma sensu, to, co się tu dzieje, to jakiś absurd. Tu nie ma żadnej walki o władzę ani o godność. Tu jest tylko przetrwanie i liczenie dni i kasy.

Maniek prosi Marlona, żeby go też ogolić.
Marlon bierze maszynkę i obcina Mańkowi włosy. Wszyscy podają sobie ręce.

Ekipa wchodzi do więzienia. Ja też wchodzę. Chce podejść do Mańka i go przytulić, ale Maniek ustawia się tak, jakby miał oddać cios. Boi się mnie. A ja chce go tylko uścisnąć. Powiedzieć mu: Maniek to była tylko taka gra.

To ty tam byłeś cały czas - krzyczy do mnie Marlon. Z nimi. Wiedziałem. Byłeś podstawiony. Sprzedałeś nas. Wiedziałem, wiedziałem... To dlatego tak się zachowywałeś.
Marlon, to nie tak. Ja nie byłem podstawiony.
Dobra, dobra. To dlaczego tak się zachowywałeś?
To nie byłem ja.
A kto?
To był 433.

Wyszli na zewnątrz. Poszli rozmawiać z ekspertami, psychologami.
Zostałem sam w pustej celi. Podniosłem to polowe łóżko i pierdolnąłem nim o kratę.
Później poszedłem do pomieszczenia strażników. Przymierzyłem czapkę Mańka. I okulary. Spojrzałem w lustro...

Relacja więźnia 433 została spisana przez Martę Dzido