Spóźniona recenzja: Orski, Czułość, Ćwiecenie

: Function ereg() is deprecated in /includes/file.inc on line 649.

Co to jest fotografowanie? Fotografowanie to ćwiecenie. A cóż to jest ćwiecenie? W największym uproszczeniu słowo to mogłoby oznaczać „pod przymusem nauczyć (się) pogrzebać strach w rozbłysku". I właśnie uczenie (się), pod przymusem, jak pogrzebać strach w rozbłysku jest dla artysty Witka Orskiego najtrafniejszą metaforą fotografowania. Przynajmniej tak deklaruje. I nie pytajcie mnie, jak pogrzebać strach w rozbłysku. Ma to coś wspólnego z niejakim Piotrem Rivière'em, francuskim chłopem, który w 1835 roku zaszlachtował matkę i rodzeństwo, a także z Tadeuszem Komendantem i jego niezrównaną translatorską inwencją. Ale to już inna historia, którą bez wątpienia lepiej opowiada Michel Foucault. My pozostańmy przy Witku Orskim i wystawie, którą przedstawił w galerii Czułość i zatytułował właśnie „Ćwiecenie".

Witek Orski, wystawa "Ćwiecenie", dzięki uprzejmości galerii Czułość
Witek Orski, wystawa "Ćwiecenie", dzięki uprzejmości galerii Czułość

Wystawa przed chwilą się zamknęła. Czy nie za późno, żeby o niej pisać? A może właśnie teraz, kiedy „Ćwiecenia" nie można już oglądać, tym bardziej warto o nim mówić? Mnie się wydaje, że warto - po pierwsze dlatego, że ciekawe są instytucjonalne okoliczności, w których odbyła się ta wystawa. Niedawno Łukasz Ronduda i Sebastian Cichocki, kuratorzy wystawy „Co widać", przekonywali mnie, że żyjemy w czasach swego rodzaju „zamrożenia", w którym zmiana systemu artystycznego jest trudna do wyobrażenia - a co dopiero do przeprowadzenia. W rezultacie, jak zauważają koledzy z MSN, klasyczna galeria komercyjna pozostaje dla młodych artystów niekwestionowanym i najbardziej przekonującym formatem dystrybucji twórczości. Co za czasy!

Witek Orski, wystawa "Ćwiecenie", dzięki uprzejmości galerii Czułość
Witek Orski, wystawa "Ćwiecenie", dzięki uprzejmości galerii Czułość

Czułość, która wyprodukowała „Ćwiecenie" Orskiego, jest o tyle ciekawa, że wciąż miota się, walczy, by nie zamarznąć i szuka jakiegoś alternatywnego formatu dla swojej działalności. Wciąż jeszcze zasysa soki symbolicznych kapitałów poprzez korzenie zapuszczone w romantycznym przedsięwzięciu - w willi na Saskiej Kępie, która była trochę galerią, a trochę domem założonym przez kolektyw młodych fotografów. Ludzi na tyle aroganckich, że nie chciało im się czekać, aż ich twórczość dostrzegą instytucje, więc zrobili własną. Z tego można podkpiwać, ale w gruncie rzeczy nie ma się z czego śmiać. Trzeba raczej się smucić, że nie ma więcej takich arogantów, a polscy artyści en masse są potulni, skromni i cierpliwie czekają, aż któraś z 21 galerii zrzeszonych w Warsaw Gallery Weekend zechce zapisać ich do swojej stajni. Jeżeli chodzi o mnie, wolałem bezczelne uroszczenia dawnej Czułości, której twórcy mieli ochotę z marszu podbić świat. Do tego były imprezy, nowa muzyka, piękni ludzie - czasem odurzeni, co jeszcze dodawało im urody. Krótko mówiąc, Czułość była sexy, a czego jak czego, ale sex appealu to już naprawdę większości galerii w Polsce brakuje.

Witek Orski, wystawa "Ćwiecenie", dzięki uprzejmości galerii Czułość
Witek Orski, wystawa "Ćwiecenie", dzięki uprzejmości galerii Czułość

Tymczasem jednak domu Czułości nie ma od roku z hakiem. Po wyprowadzce z Saskiej Kępy galeria przeniosła się do ruin dawnej Hali Koszyki. Sceneria spektaklu Czułości nadal mieści się więc w romantycznym idiomie (ruiny!), ale jest to już jednak trochę inna historia. Na Saskiej Kępie Czułość momentami była bardziej squatem i klubem niż salonem wystawowym, teraz chciałaby być galerią; chciałby trochę dojrzeć, ale nie zarazić się cynizmem, który jest prawdziwą plagą wśród ludzi dojrzałych. Chciałaby nabrać trochę instytucjonalnej mocy, ale nie wpaść w kanał operowania sztuką w kategoriach zarządzania twórczością, które zwykle skutecznie wypiera myślenie o tworzeniu.

Prawda, że te wysiłki nie są jeszcze uwieńczone konkretnym rezultatem. Czułość nie potrafi się do końca wymyślić, jest w ruchu. Tymczasem ma niedobrą prasę. Po ostatnim Gallery Weekend, to właśnie Czułość wystąpiła w roli głównej - i właściwie jedynej - dziewczynki do bicia. Tak jakby krytycy, którym nie mogło się przecież podobać wszystko, bo przestaliby być krytykami, wyczuli w niedookreślonej Czułościowej tożsamości słabość - jak drapieżniki, które nieomylnie namierzają najbardziej bezbronnego osobnika z całego stada. Wystawa Pawła Eibla, którą Czułość pokazała w trakcie WGW, została nie tyle zjechana, ile zglanowana przez recenzentów.

Witek Orski, "Ćwiecenie", "Drut naprawczy", 120x96, dzięki uprzejmości galerii Czułość
Witek Orski, "Ćwiecenie", "Drut naprawczy", 120x96, dzięki uprzejmości galerii Czułość

Czy naprawdę była to taka zła wystawa?

Zostawmy Pawła Eibla w spokoju i skupmy się na Orskim oraz pytaniu, czy jego wystawa daje radę. Eibel ma z nią tyle wspólnego, że cień krytycznej reakcji na jego wystawę wyraźnie kładzie się na przedsięwzięciu Orskiego. Tym razem Czułość postanowiła więc nie czekać, aż krytycy zrobią z „Ćwieceniem" co im się spodoba. Galeria, zamiast szykować się na odparcie ewentualnego ataku za swoimi murami, wyszła w pole. Wykorzystała w tej potyczce swój największy atut, czyli samego Witka Orskiego. W czasie trwania wystawy artysta (z kuratorem Jankiem Zamoyskim w tle) był do dyspozycji krytyków i publiczności w stopniu, który rzadko zdarza się w niezależnych galeriach. Urządzał oprowadzania po swojej wystawie, tłumaczył, odpowiadał na pytania. A że Orski jest twórcą nie tylko artystycznie, ale i teoretycznie kompetentnym, elokwentnym i wiedzącym, co robi, po spotkaniu z nim naprawdę trudno było bez mrugnięcia okiem powiedzieć, że wystawa i w ogóle cała Czułość to fanaberie hipsterów, dla których sztuka i galeria to tylko jeszcze jedna konwencja towarzyskiego lansu.

 

Orski i Zamoyski. Artysta i kurator. Czułość niby była kolektywem, ale na Saskiej Kępie to właśnie ci dwaj wyrastali na twarze całego przedsięwzięcia. W tym sensie wystawa Orskiego kuratorowana przez Zamoyskiego pachnie credo - a przynajmniej wydarzeniem ważnym dla tożsamości galerii.

Witek Orski, "Ćwiecenie", "Dziura w ziemi", 120x96, dzięki uprzejmości galerii Czułość
Witek Orski, "Ćwiecenie", "Dziura w ziemi", 120x96, dzięki uprzejmości galerii Czułość

Pamiętam ostatnią wystawę w Czułości na Saskiej Kępie. Ten pokaz na do widzenia przygotował Janek Zamoyski i nazwał go po prostu „Czułość". Była to wystawa programowa, a w każdym razie podsumowująca dotychczasowy program galerii. Czułość dla papieru, odbitki, piktorialnych jakości fotografii, jej dwumiarowej przestrzeni i fizycznej obecności w galerii. Wystawa Janka, w której była i autobiografia, i pejzaże, i trochę romantycznej wzniosłości, i dyskusja o tym, co może znaczyć termin „abstrakcja", kiedy używa się go w rozmowie o fotografii - tamta wystawa w jakimś sensie mapowała pole Czułościowych poszukiwań. „Czułość jest Galerią, w której mieszkam - pisał wtedy Zamoyski. - Jest grupą młodych artystów. Czułość jest wielkością reagowania na światło. Znajomość czułości umożliwia określenie prawidłowej ekspozycji. Czułość jest cechą. Jest afirmacją wrażliwości".

 

Tak jak wystawa Zamoyskiego była emblematyczna dla starej Czułości, tak wystawa Orskiego wydaje mi się emblematyczna dla nowej. Stara skłaniała się bardziej ku poezji. Nowa ciąży raczej w stronę filozofii. Jest jednak kilka rzeczy, które łączą te dwie wystawy, „Czułość" i „Ćwiecenie". Na przykład czułe, fetyszystyczne wręcz podejście do odbitki i papieru, uważny namysł nad sposobami, w jaki zdjęcia materializują się w galerii. Jest także jeden wspólny motyw. Ściana. Zamoyski sfotografował pustą, pokrytą tynkiem ścianę - bez perspektywy, płasko, tworząc tautologiczną powierzchnię obrazu, który reprezentuje powierzchnię motywu. W taki sam sposób ścianę sfotografował Orski. Jego ściana pociągnięta jest lamperią. „Lamperia" to wyrafinowane zdjęcie - zarejestrowana na kliszy subtelna różnica tonu i faktury pomiędzy górą i dołem (dól pociągnięty olejną jest gładszy i blikuje, góra - malowana emulsyjną, jest matowa i bardziej miękka). Fotografia, zwłaszcza czarno-biała (a zdjęcia Orskiego są oczywiście czarno-białe) nie może się już chyba znaleźć bliżej malarstwa, będąc jednocześnie czymś kompletnie od niego różnym.

Witek Orski, "Ćwiecenie", "Lamperia", 144x96, dzięki uprzejmości galerii Czułość
Witek Orski, "Ćwiecenie", "Lamperia", 144x96, dzięki uprzejmości galerii Czułość

A więc ściana, kwestia absolutnie zasadnicza. Czy fotografujący ścianę artyści właśnie „doszli do ściany" w swoich poszukiwaniach? Pytanie to jest o tyle na miejscu, że w środowisku Czułości żywo dyskutowana jest teoria Ada Reinhardta, rozmawia się o możliwości uruchomienia (skądinąd oksymoronicznego) pojęcia abstrakcji w fotografii. Na horyzoncie majaczą widma monochromów, które dla niejednego artysty były kresem drogi, punktem, z którego można się już było tylko cofać. Jeżeli zaś chodzi o Orskiego i ściany, to w czterech ścianach czuje się świetnie. Na wystawie pokazuje fotografie przedstawiające płytki dół wygrzebany w zmarzniętej ziemi, dziurę wyciętą w metalowej siatce, a potem pieczołowicie zacerowaną drutem naprawczym, seksualne fetysze, koty, haszysz. To i owo. Jakby fotograf chodził po świecie, wskazywał palcem i mówił: to mnie interesuje, to i jeszcze to. Czy Orskiego te rzeczy interesują naprawdę? Rzeczy jak rzeczy; naprawdę to artystę interesują procesy stojące za sporządzaniem fotografii, a jeszcze bardziej tworzenie obrazów. Te są oczywiście bez zarzutu, bo akurat to, czy Witek Orski jest dobrym fotografem, jest poza dyskusją. Zdjęcia czarno-białe, szaro-szare, o niskim kontraście, oszczędne, małomówne, są po prostu piękne. Obrazy są zatem ważniejsze niż rzeczy, a najważniejsze jest ich pokazywanie. Zdjęcie „Pol-bruk", które przedstawia stojący na palecie blok tytułowej kostki brukowej Orski ustawia zatem na starannie ułożonym bloku Pol-bruku. Fotografię, na której zarejestrował cień metalowego pręta, przyciska do ściany metalowym prętem o długości 194,02 cm. I nie jest wielką niespodzianką, że ten wymiar odpowiada co do milimetra długości ciała autora, który jest artystą słusznego wzrostu. Portrety kotów wystawione są w formie średnioobrazkowych negatywów ułożonych na podświetlanym stole do przeglądania slajdów. I każdy slajd jest przecięty nożem na pół, po przekątnej, jakby w akcie drwiny wobec pogoni za fotograficznym oryginałem - drwiny, która w galerii było nie było z komercyjnymi ambicjami ma posmak kontrolowanej kokieterii. A zdjęcie porcji haszyszu jest filmem wideo. Z haszyszu Orski ułożył symbol hashtagu i podpalił. Obraz płonącego hashtagu z haszyszu wyświetlany jest na pudełkowatym monitorze Hantarex, kultowym kineskopowym urządzeniu, które od dawna jest galeryjnym fetyszem.

Witek Orski, "Ćwiecenie", "Trzy czarne zdjęcia na półce", dzięki uprzejmości galerii Czułość
Witek Orski, "Ćwiecenie", "Trzy czarne zdjęcia na półce", dzięki uprzejmości galerii Czułość

„Lubię robić zdjęcia" - napisał Janek Zamoyski w tekście do swojej wystawy „Czułość" w galerii Czułość. „Lubię robić wystawy" - mógłby zadeklarować Orski. To właśnie wystawa fotografii jest głównym tematem i najważniejszym medium jego wystawy. A fotografia? Ta w ramach kameralnego pokazu została gruntowanie przetestowana pod kątem efektywności w sytuacji artystycznej. Jak ustanawiać fotografię jako sztukę. Konceptualne strategie, relacja między obrazem i pojęciem, abstrakcja, monochrom, ready made, dialektyka unikalności i niepowtarzalności fotograficznego obrazu - Orski zdołał zmieścić w tej wystawie małą antologię zagadnień dotyczących funkcjonowania fotografii w polu sztuki. Robi wrażenie? Jednak robi. Orski to artysta, który jest doktorantem na filozofii, a w wypadku tej wystawy może nawet bardziej doktorantem niż artystą. Demonstruje głęboką świadomość teoretycznych założeń każdego swojego posunięcia, na każde pytanie ma spójną odpowiedź. Właściwie wystawa jest tak dobrze przemyślana, precyzyjna i dopięta, że powinna być martwa jak demonstracja zimnej kompetencji. A jednak w tym pięknym pokazie tli się życie, jest czułość dla sztuki i fotografii, entuzjazm, który mi się zawsze w Czułości podobał. I arogancka, nawet pretensjonalna wiara, że fotografię można wymyślić na nowo, że można o niej teoretyzować z wypiekami na twarzy i praktykować tak, jakby wynajdowało się proch - po to, żeby od razu go zdetonować. To, że proch dawno wynaleziono, nie psuje przyjemności piromana. Bezpretensjonalnych artystów nie brakuje, ale takich, którzy lubią robić zdjęcia i lubią robić wystawy, zawsze jest za mało. I wydaje mi się, że nie jest za późno o nich mówić nawet po wystawie. A to, czym naprawdę jest ćwiecenie pozostanie słodką tajemnicą Riviere'a, Foucaulta, Komendanta i Witka Orskiego.

 

Witek Orski, „Ćwiecenie", galeria Czułość, Warszawa, 23.01 - 9.02.2014