Pożegnanie z krytyką. Z Jakubem Banasiakiem rozmawia Adam Mazur


ADAM MAZUR: Jak po tych kilku latach widzisz moment „zostania krytykiem", a potem okres bycia nim? Jeszcze zanim zostałeś redaktorem, a potem wydawcą.

JAKUB BANASIAK: Przede wszystkim jako coś niespodziewanego. Tak naprawdę pełnej „samoświadomości" nabrałem dopiero niedawno, może to było rok temu, może półtora. Wcześniej, począwszy od Krytykanta, czułem się jak aktor, któremu ktoś rozpisuje role. Albo inaczej: jakbym szedł nad przepaścią, a ktoś dokładał mi kolejne deszczułki wiszącego mostu. Innymi słowy, nie za bardzo wiedziałem kto, gdzie, jak i z kim, no i - siłą rzeczy - wykazywałem przy tym daleko idącą naiwność. Jednak to stało się na tyle szybko, że samo mnie niosło i nie musiałem się nad tym wszystkim zastanawiać. Po prostu pisałem do kolejnych tytułów - i już. Bo przecież to nie było tak, że na zimno wymyśliłem sobie, że będę krytykiem. Właściwie do dzisiaj nie potrafię wskazać momentu, w którym powziąłem decyzję o pisaniu, o złożeniu bloga. Dlatego moment, o który pytasz, dla mnie samego był właśnie czymś niespodziewanym - potem zresztą to się będzie powtarzać, jeszcze kilka razy będę miał dokładnie to samo poczucie, że coś się wydarza „samo", konstytuuje niejako obok mnie, choć to przecież ja wprawiam daną sytuację w ruch. Z drugiej strony wiem, że na decyzję o pisaniu musiało złożyć się kilka przyczyn, na przykład dość realistyczna ocena własnej twórczości podczas studiów na ASP przy jednoczesnej fascynacji krytykowaniem i komentowaniem, na razie „korytarzowym" i „pracownianym"... Co ciekawe, było to rozczarowanie bezbolesne, które błyskawicznie przerodziło się w wielką ulgę i poczucie, że nic nie muszę. Nie muszę kończyć studiów (przerwałem je po III roku), męczyć się, malować, robić dyplomu... To było jak wyzwolenie, wskoczenie w swój tor, choć pewnie jak o tym mówię, to może wydawać się to banalne, taka tania „magia chwili". Tak czy owak w konsekwencji, po zakończeniu roku akademickiego i po wakacjach, założyłem bloga.

ADAM MAZUR: I co zobaczyłeś z tej nowej perspektywy?

JAKUB BANASIAK: Nic. Magmę, dopiero sam musiałem sobie ten obraz poskładać. Przecież ja tej rzeczywistości nie znałem, czy raczej znałem ją w stopniu nieporównywalnie mniejszym niż dzisiaj. Kojarzyłem oczywiście poszczególne instytucje, artystów, krytyków czy kuratorów - a dokładniej, znałem ich teksty, wystawy i prace - ale teraz widzę, że była to tylko wierzchnia warstwa. Ale to wszystko było migotliwe, intuicyjne - przecież ja dotychczas poznawałem sztukę jako jej „fan", na własny użytek, jako widz.

ADAM MAZUR: Czyli przejście na drugą stronę lustra wiązało się z pewnego rodzaju autodydaktyką?

JAKUB BANASIAK: Tak, oczywiście, zresztą ta „autodydaktyka" trwa cały czas, ciągle dochodzą nowe inspiracje, spostrzeżenia, nowe rozpoznania. I może stąd bierze się ta moja labilność, najpierw blog i portal, potem wydawnictwo, teraz znowu zmiana, pewnie największa ze wszystkich. Wszystkie te „tąpnięcia" biorą się przecież z konkretnych rozpoznań, krytyka też wzięła się z określonej obserwacji, którą potem przekuwałem w tą moją mantrę o konieczności krytyki ostrej, jednoznacznej, o „krytyce środka" wypełniającej przestrzeń między krytyką referującą i akademicką... Wszystkie teksty spotykały się w tym właśnie punkcie. W ogóle ja mam tak, że postrzegam rzeczywistość raczej w wielkich układach, dużych strukturach (jakby powiedział Paweł Sysiak, operuję „maksymalnie oddalonym zoomem") i to ich ruchy czy przesunięcia układają mi się w poszczególne zjawiska. I o ile na początku dostrzegałem rozziew między tekstami o sztuce a samą artystyczną rzeczywistością - tu takim „momentem formacyjnym" było dla mnie poczucie, że cykl wystaw W samym centrum uwagi [2005-2006, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa - przyp. red.] to jest wyraźny koniec pewnej epoki, a nie żaden tam tryumf, o którym wszyscy pisali - to potem, już jak istniał portal Krytykant.pl, zobaczyłem zupełnie nową artystyczną konstelację, dominację nowych wrażliwości i poetyk, czyli „zmęczenie rzeczywistością". I to był dla mnie kolejny ważny punkt, moment, w którym zrozumiałem, że linie wyznaczające „nurty" czy też „tendencje" w polskiej sztuce zaczęły przebiegać zupełnie inaczej niż byliśmy do tego przyzwyczajeni, że nastąpiła pokoleniowa zmiana - i że nie opiszemy jej posługując się tą samą logiką, co do tej pory. Zresztą uważam, że czas potwierdził tezę o „zmęczeniu rzeczywistością" dość dobitnie, teraz to nawet w Krakowie robi się o tym wystawy [śmiech] [Przekleństwa wyobraźni, Bunkier Sztuki - przyp. red.]. Ja sam poszerzałem i rozciągałem „granice" tego terminu, obserwując, że opisuje on podejście do sztuki i jej roli znacznej części najmłodszej generacji artystów - artystów wszystkich mediów i poetyk. I to też była autodydaktyka, proces poznawania sztuki tu i teraz.

ADAM MAZUR: A to ostatnie „tąpnięcie"? Na czym polegało?

JAKUB BANASIAK: Można powiedzieć, że na utracie wiary... Wiary w to, co napędzało mnie na początku, kiedy pisałem kolejne teksty, nieobarczony wiedzą o tak zwanych „realiach".

ADAM MAZUR: Jakie to realia?

JAKUB BANASIAK: Muszę cię rozczarować, ale nie ma to nic wspólnego z cynizmem. Otóż realia sprowadzają się do tego, że krytyka nie zmieni się tak, jak miałem nadzieję, że się zmieni; że w mainstreamowych mediach na dłuższą metę nie ma miejsca na „moją" krytykę, a jeśli jest, to na zasadzie figowego listka. Ale przede wszystkim zrozumiałem, że pozycja krytyka będzie coraz bardziej wtórna wobec pozycji i decyzji instytucji. Czyli, mówiąc krótko, przeszedłem przyśpieszony kurs tego, co i tak od dawna wiadomo. Z drugiej strony... może i słowo „cynizm" wypowiedziałem nie bez przyczyny? Bo faktycznie dostrzegłem u siebie coś, co na własny użytek nazwałem „cynizmem pierwszej fazy" - po prostu w pewnym momencie zauważyłem, że jestem w stanie dość precyzyjnie przewidzieć skutki moich poszczególnych tekstów (nie wspominając o reakcjach na nie). To bardzo ciekawe, przynajmniej z mojego punktu widzenia: piszesz tak jak dotąd i to samo co dotąd (w sensie ocen poszczególnych artystycznych postaw), a tu nagle zdajesz sobie sprawę, że tekst może być precyzyjny jak wiązka lasera (wiem, wiem, ja naprawdę przez długi czas byłem bardzo naiwny). To bardzo niekomfortowa sytuacja - jesteś szczery w tym, co piszesz, ale wiesz, że trafi to w konkretny punkt, w konkretnych ludzi... Więc tym bardziej cieszę się, że nie muszę poznawać smaku „cynizmu drugiej fazy". Bo chyba problem nie w tym, że możesz komuś łatwo zaszkodzić - przeciwnie. Wyobraź sobie hipotetyczną sytuację: powstaje nowa instytucja - bardzo ciekawa, a do tego bez wątpienia potrzebna polskiej kulturze. I krytyk może zacząć rozumować tak: to może ja zastosuję w tym wypadku taryfę ulgową, bo przecież jakość polskich instytucji sztuki i polskiej kultury w ogólności jest najważniejsza...? Dobrze rozumuje taki krytyk? Dobrze - on faktycznie (realnie) może przyczynić się do wzrostu lub umniejszenia znaczenia danej placówki. Tyle że w moim przekonaniu rolą krytyka nie jest wspieranie (bądź nie) tych czy innych instytucji. Rolą krytyka jest ocenianie wystaw i poszczególnych artystycznych postaw. Krytyk „towarzyszący" danej instytucji to postać rodem z tragifarsy, nie mówiąc już o tym, że to postać kompletnie niewiarygodna.

ADAM MAZUR: Jeszcze w Zmęczonych rewolucjonistach dziarsko deklarowałeś, że na tle marazmu jaki panuje w świecie sztuki rola krytyka będzie kluczowa.

JAKUB BANASIAK: Wydaje mi się, że te cztery lata to czas olbrzymich zmian, być może największych po 1989 roku - zresztą pisałem o tym wielokrotnie. A kiedy pisałem, czułem niesamowite sprzężenie z rzeczywistością, to znaczy czułem, że ona jest w stanie ruchu i właśnie, na moich oczach, się kształtuje. I dlatego widziałem sens tego, co robię - opisując jakieś faktyczne fluktuacje, pewnie wpływając na opinie niektórych osób, tym łatwiej uwierzyłem w ideę „krytyki żywej". Jednak dzisiaj, po okresie tego niezwykłego fermentu, znowu czuję, że wszystko zwolniło, uklepało się, nowe koleiny zostały wyżłobione i żadne przewartościowania w najbliższym czasie nie nastąpią. Dla krytyka oznacza to rutynę, mniejszą lub większą. I ja też zrozumiałem, że wpadłem w swoisty marazm, choć może „marazm" jest tu złym słowem, bo w moim wypadku był on tożsamy z „toczeniem się" siłą nabranego onegdaj rozpędu. Oczywiście sceptyk powie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a „zmęczeni rzeczywistością" i rzekome zmiany, to tylko wytwór mojej wyobraźni - jak również obecne „wygaszenie". I że ja je wykreowałem, a nie opisałem. To naturalnie stara melodia: krytycy tyleż opisują, co kreują, „zwrot popbanalistyczny" to była kreacja „Rastra", sztuka krytyczna kogoś innego, a „zmęczenie rzeczywistością" - moja. Oczywiście nie jestem w stanie obalić takiej tezy (udowodnić jej nieprawdziwości), niemniej fakt jest faktem: ja nie czuję, że teraz w polskiej sztuce rodzi się coś niezwykle istotnego. Już się urodziło, a teraz dojrzewa, co swoją drogą też jest bardzo ciekawe. A ja zrozumiałem kolejną banalną prawdę, że momenty „wrzenia" zdarzają się w sztuce stosunkowo rzadko, bo i kolejne pokolenia dorastają w niespiesznym tempie. I zdałem sobie sprawę, że miałem wielki fart mogąc opisywać taki moment - moment wyczerpania się pewnych tendencji i wykluwania nowych. Przecież artyści, których dziś uznajemy za względnie znanych, cztery lata temu w większości po prostu nie istnieli (w sensie instytucjonalnym). I odwrotnie: duża część z tych, którymi ekscytowaliśmy się wtedy, dziś odeszła w niepamięć - lektura książki Nowe zjawiska w polskiej sztuce po 2000 jest bardzo pouczająca. Więc tylko i aż cztery lata, przynajmniej z mojej perspektywy. Słowem, po rewolucji jak zwykle nastała restauracja. A restauracja to jest czas działania „pozytywnego - tyle że w moim przekonaniu krytyk nie powinien działać „pozytywnie", tylko „negatywnie", bo wówczas staje się propagandzistą, a nie krytykiem. A jak nie ma momentu wrzenia, to z krytyki robi się kronikarstwo, powtarzanie komunałów. To zresztą próbowałem uchwycić w Zmęczonych rewolucjonistach: moment, w którym dyskurs rewolucjonistów staje się językiem restauracji, jednak, co tragikomiczne, sami zainteresowani nie zauważyli zmiany swojego statusu. A ja nie chcę pisać po raz setny o tym, że sztuka krytyczna jest zła, bo zasklepiła się na starych rozpoznaniach, a „zmęczeni" są dobrzy i co z tego wynika...

ADAM MAZUR: Czyli dopiero teraz nastał czas działania instytucjonalnego?

JAKUB BANASIAK: Można tak powiedzieć. Obecna ekspansja nowych twórców i stylistyk to jest przecież potencjalny obszar fascynującego zajęcia, tyle że nie dla krytyka, tylko dla kuratora i galerzysty - dla tych osób, które czynnie współpracują z artystami. Bo to w instytucjach uwięziona jest największa energia, największa kreatywność - tyle że krytykowi niedostępna, dlatego z krytyką zrywam. Ale jest coś jeszcze: kiedy zastanawiałem się nad krytyką po 1989 roku, na przykład nad sukcesem „Rastra" - ale nie tylko - doszedłem do wniosku, że w dużym stopniu krytyka była silna słabością instytucji. To znaczy, jeśli nie ma instytucji i związanych z nimi procedur, to rzeczywistość budują słowa, a przyznasz, że to dość nietrwały budulec. Za to wtedy krytyk ma moc: Dorota Jarecka napisała w tekście dla „Obiegu", że „Raster" dał jej słownik i wydaje mi się to bardzo znamienne. Czy możliwe jest coś takiego na tzw. „Zachodzie"? Tam raczej przepływ idei dokonuje się w obiegu instytucjonalnym - na przykład za sprawą wydawnictw, do czego jeszcze pewnie wrócimy, a także uniwersytetów, muzeów i galerii. U nas nie było nowoczesnych instytucji z powodów historycznych. I nie chodzi mi nawet o samą krytykę, ale o poszczególne narracje - w ostatnich latach w Polsce to narracje budowały artystyczną rzeczywistość, jednak o dziwo nie dyktowały ich instytucje, tylko jednostki czy niewielkie grupy. Mieliśmy narrację o młodej sztuce dla młodych ludzi z dużych miast (którzy mieli już swoją muzykę i literaturę, ale nie mieli sztuki), o sile polskiej sztuki i możliwości jej ekspansji „w świecie", o zapoznanej tradycji awangardowej, mieliśmy narrację o krytycznym potencjale sztuki - nie wyobrażam sobie, żeby dziś słowo mogło być tak silne. I znowu: pod względem rozwoju instytucji te ostatnie lata okazały się być całą epoką, zresztą tu chyba wszyscy są zgodni, że w końcu nastąpił instytucjonalny boom. A to oznacza nie tylko czytelne procedury, ale także konkurencyjne narracje... Nawiasem mówiąc, ciekawe jest, że jedyną osobą, która w ostatnim czasie sprowokowała wszech-medialną dyskusję o sztuce jest Artur Żmijewski, a więc artysta, a nie krytyk. Żmijewski pokusił się o to, o co nie mogą pokusić się mainstreamowi krytycy: zdefiniował status quo w taki a nie inny sposób, zgodnie ze swoją optyką.

ADAM MAZUR: Rozumiem, że celowo pomijasz tu swoją narrację... Wydaje mi się jednak, że - poza tobą czy Arturem Żmijewskim - takich prób definicji status quo było więcej. Na przykład koncepcja nooawangardy Łukasza Rondudy.

JAKUB BANASIAK: Bardzo ciekawe, ale to nie miało takiego ciężaru gatunkowego jak Stosowane Sztuki Społeczne. Widzisz gdzieś formację nooawangardzistów, ich kolejne wystąpienia? Natomiast Żmijewski na polu sztuki zaangażowanej wziął co było do wzięcia, a przecież i w obrębie tego gatunku można toczyć dyskusję, szukać odcieni itp. Zresztą być może sztuka krytyczna straciła na znaczeniu właśnie w skutek nie dość wystarczającego przekucia sukcesu retorycznego w sukces i narrację instytucjonalną. To przecież niebywałe, że ta dyskusja oplotła całą Polskę, po czym wróciła tam, skąd wyszła - do środowiska artystycznego. Ale to oczywiście jest pytanie otwarte.

ADAM MAZUR: Myślę, że trochę przesadzasz. Wystarczy pomyśleć chociażby o zasięgu ostatnich wystaw sztuki krytycznej takich jak retrospektywa Zbigniewa Libery, Gender Check, czy Ars Homo Erotica.

JAKUB BANASIAK: Mówisz o ostatnim roku, a ja mówię o tym, co stało się - a raczej co się nie stało - ze sztuką krytyczną lat dziewięćdziesiątych. Ale tu znowu wracamy do zagadnienia instytucji: Zachęty, ale przede wszystkim Muzeum Narodowego, którego dyrektor zaproponował formułę „muzeum krytycznego" (stało się to możliwe dopiero teraz!), czego wyrazem stał się pokaz Ars Homo Erotica. Czyli nie krytyka, nie dyskusja - ta rozpoczęła się dopiero po wystawie, a więc po decyzji dyrektora Piotra Piotrowskiego - tylko instytucje. Podobnie Zbigniew Libera. Zwróć uwagę, że jego retrospektywę w Zachęcie powszechnie uznano za coś, co należy mu się jak psu kość.

ADAM MAZUR: W porządku, ale dlaczego twoim zdaniem nie zrobiono tej wystawy wcześniej?

JAKUB BANASIAK: Być może dlatego, że nie było instytucji, która by to uczyniła. Ale i tak największe sukcesy Libery wiążą się z instytucjami: w latach 90. z Zamkiem Ujazdowskim, a teraz z pewną triadą. W jej skład wchodzą Raster, Zachęta, ale i Tate Modern, które zakupiło do stałej kolekcji jego wczesną, znakomitą pracę. Nie można zapomnieć też o Atlasie Sztuki i wielkim sukcesie Mistrzów oraz Pozytywów. A sam Żmijewski? O ileż mocniej wybrzmiał jego głos, gdy zasilił szereg prężnej instytucji jaką jest „Krytyka Polityczna". Sztuka krytyczna przegrała w tym sensie, że nie zyskała uznania „ludu" - a kto jest pasem transmisyjnym między sztuką a ludem? Moim zdaniem instytucje, bo jednak krytyka artystyczna to jest dość hermetyczna sytuacja. Zresztą w latach 90. „lud" miał swoich reprezentantów w prasie, dziś obserwujemy co najmniej ich neutralność, a czasem i gwałtowne konwersje konserwatywnych publicystów, którzy nagle znajdują sens w obieraniu ziemniaków przez artystów. No, czasem zdarzy się jakiś kąśliwy felietonik - niegroźny jak ratlerek ujadający u nogi. Ale nie chodzi nawet o to, że podejście z lat 90. jest już dzisiaj niemożliwe, tylko o to, że klasa średnia radykalizm sztuki krytycznej rozpuściła w doświadczeniu współczesnej kultury, która jest podobnymi strategiami przesycona. Dlatego wystawa Libery w Zachęcie spotkała się - co było do przewidzenia - z powszechnym uznaniem, a nie z protestami. Mieszczuch na taką wystawę przychodzi, wychodzi i zapomina (po drodze jest jeszcze egzaltacja). Ale „lud" nie chadza do wielkomiejskich galerii i on by może protestował, ale tu z kolei wracamy do zmiany w obrębie mediów, w tym konserwatywnych. To trochę tak jak z Solidarnymi 2010 brawurowo zinterpretowanymi przez Żmijewskiego - ludzie realnie oburzający się na strategie sztuki krytycznej istnieją, ale nie mają głosu w przestrzeni publicznej. A ci, którzy mają, twardszy eksces znajdą w Californication o 21:00 na HBO. Czego zabrakło? Instytucji.

ADAM MAZUR: Po kontrowersyjnych wystawach organizowanych w latach dziewięćdziesiątych w Zamku Ujazdowskim też były dyskusje. Można wspomnieć w tym miejscu nie tylko wystawy Libery, ale także wystawy zbiorowe jak Antyciała kuratorowane przez Roberta Rumasa...

JAKUB BANASIAK: Ale to były dyskusje jałowe, bo w dużej mierze dotyczyły tego, czy tak w ogóle „można". Ponadto mógłbym polemizować, czy Zamek był wtedy instytucją świadomą, starannie i konsekwentnie budującą zwarty program... I czy wystawy Libery były jego elementem. Oczywiście, Libera uznanie środowiska i ekspertów miał od dawna. Ale uznanie ogólnokulturowe - czyli poczucie obywateli, że ktoś „wielkim artystą jest" - przyszło dopiero niedawno.

ADAM MAZUR: Z kolei w teatrze byli brutaliści, a wraz z nimi skandale i „jałowe" jak twierdzisz dyskusje, więc może po prostu był to taki czas?

JAKUB BANASIAK: Ależ ja tego nie kwestionuję - tak, to był taki czas, kiedy należało wytłumaczyć elementarne zagadnienia. Ale to dobry przykład: zobacz gdzie dzisiaj jest Warlikowski i Jarzyna, też przecież ostrzy zawodnicy, a gdzie jest Libera. Oni mają dziś swoje instytucje, swoje sceny, już dawno weszli do mainstreamu, także międzynarodowego. To po prostu niekwestionowani wybitni polscy reżyserzy średniego pokolenia. To świetnie obrazuje przepaść nie tylko w społecznym odbiorze teatru i sztuki współczesnej, ale także jakości odpowiadających im krytyk i instytucji. Porównaj pozycję pisarzy, reżyserów i artystów w naszej kulturze. Obecnie na łamach rozmaitych gazet przetacza się już zupełnie inna dyskusja o teatrze, a brutaliści to stateczni klasycy. A u nas? Jeden Żmijewski trzy lata temu? Gdzie ci krytycy?

ADAM MAZUR: Na czym więc miałaby polegać rola krytyka dzisiaj, po tym jak krytyczne wrzenie już się skończyło?

JAKUB BANASIAK: We własnym imieniu i w pierwszej osobie mogę powiedzieć, że dla mnie dzisiaj pisanie jest po prostu mało ciekawe, najzwyczajniej w świecie. Dla mnie. Zresztą niejednokrotnie podobnie czułem się jako czytelnik - bo i ile razy można czytać o tym dlaczego Maciejowski jest fajny, a Beksiński niefajny? Krytyka jest ciekawa tylko wtedy, kiedy opisuje rzeczywistość, która już nastała, jednak większość komentatorów i widzów ciągle opisuje ją w zgodzie ze starą logiką. Tylko wtedy powstaje napięcie, którego dziś nie dostrzegam.

ADAM MAZUR: Czyli nie pociąga cię rola „krytyka etatowego", takiego jak Andrzej Osęka, Dorota Jarecka, Monika Małkowska czy Stach Szabłowski?

JAKUB BANASIAK: Ja nie twierdzę, że to jest niemożliwe, ja tylko twierdzę, że nie widzę celu takiego trwania, że nie wiem, co by z tego miało wynikać. W swoich tekstach często stawiałem pytanie - i tu wracam do tych brutalistów - dlaczego krytyka filmowa, teatralna i literacka ma w Polsce rolę kulturotwórczą, a w konsekwencji - czemu mają ją teatr, film i literatura - a sztuka nie? Czemu w dużych dziennikach i tygodnikach właściwie co sezon-dwa toczą się zajadłe debaty o filmie, teatrze i literaturze, czemu krytycy się ze sobą spierają, czemu wyodrębniły się nurty w krytyce, czemu w teatrze czy literaturze „młodzi gniewni" błyskawicznie stają się klasykami tych dyscyplin, a w sztuce tego wszystkiego brakuje? Czemu przewartościowania w innych dyscyplinach momentalnie przewartościowują całą kulturę, a w sztuce jakoś nie mogą wydostać się na zewnątrz? I w końcu: czemu czytelników zajmują spory krytyków filmowych, teatralnych i literackich? Czemu tamta krytyka jest żywym elementem naszej kultury, a krytyka artystyczna (jeśli założyć, że jako złożone zjawisko takowa istnieje) - nie?

ADAM MAZUR: Chodzi ci o to, że „posady" krytyków sztuki piszących od dekad - chyba można już tak powiedzieć - okupują te same osoby i brakuje dopływu świeżej krwi?

JAKUB BANASIAK: Nie, w żadnym razie - przecież w obrębie innych dyscyplin też toczą spory „etatowi" krytycy. Tylko, że tam jest ferment, zderzają się różne frakcje, w konsekwencji czego problem „młodego" i „starego" teatru staje się problemem kultury jako takiej.

ADAM MAZUR: Więc dlaczego twoim zdaniem w sztuce tak się nie dzieje?

JAKUB BANASIAK: No właśnie - dlaczego? Zapewne w konsekwencji splotu rozmaitych historycznych i geopolitycznych uwarunkowań, którego nigdy do końca nie rozsupłamy. Ale także tego, że długo, oj długo nie mieliśmy instytucji sztuki, zaś sztuka nawet w ułamku nie pełniła „w narodzie" takiej roli jak literatura czy teatr, a potem też kino. A także z racji pewnej nieprzystępności języka sztuki drugiej połowy XX wieku - choć to, że dla większości ludzi jest on nieprzystępny, jest raczej wynikiem innych zaniechań.

ADAM MAZUR: Chyba znów przesadzasz. Arsenał, Romantyzm i romantyczność, sztuka przykościelna, to były ważne dla społeczeństwa wydarzenia. Pytanie czy dziś to powinno wyglądać analogicznie i dlaczego nikt tego nie chce zmienić?

JAKUB BANASIAK: No tak, ale ty mówisz o tzw. „sztuce dawnej". Blockbustery tego typu zawsze mają dobrą widownię. Mnie chodzi raczej o zjawiska aktualne dla danego okresu, dla danej dekady: w literaturze to się jakoś udawało, w teatrze też - nawet biorąc pod uwagę okres niezbędny do tego, aby awangarda stała się powszechnie akceptowalna. Oczywiście istniały zjawiska związane ze sztuką najnowszą, które zaistniały w szerszym odbiorze i przykład lat 80. jest tu chyba optymalny, jednak będę się upierał, że jest to zakorzenienie niewspółmiernie mniejsze w stosunku do innych dyscyplin sztuki. Chciałbym być dobrze zrozumiany: ja nie twierdzę, że w drugiej połowie XX wieku to sztuka była słaba (a wraz z nią wystawy, publikacje, rozmaite inicjatywy oddolne, sceny niezależne itp.), tylko, że słabe było jej społeczne umocowanie. Tu dochodzimy do kwestii (nie)świadomości elit, a przecież od czasów „Rastra", który to zjawisko wyśmiewał, pozostało jeszcze coś do zrobienia... choć faktycznie coś drgnęło. Dlaczego, używając metafory, Adam Michnik świetnie wiedział po 1989 roku kto to jest Grotowski czy Teatr Ósmego Dnia, znał literaturę II i III obiegu, a nie wiedział co to takiego jest KwieKulik i kto to jest Krasiński? To jest ważne pytanie.

ADAM MAZUR: Być może to kwestia politycznego wycofania Krasińskiego i specyficznego zaangażowania duetu KwieKulik sprawiła, że Michnik się nimi nie interesował.

JAKUB BANASIAK: Michnik jest tu oczywiście figurą symboliczną, ucieleśniającą całą formację intelektualną.

ADAM MAZUR: Podobnie jak Krasiński i KwieKulik. Swoją drogą sam jeszcze niedawno twierdziłeś, że ta zmiana w obrębie elit się dokonuje.

JAKUB BANASIAK: Myliłem się, dziś widzę, że tylko mi się zdawało - że to się zmieni za sprawą drapieżnej krytyki. Mój postulat zmiany takiego stanu rzeczy brzmi dzisiaj dla mnie samego dość groteskowo. Skoro nie nastąpiło to w czasie, gdy słowo miało tak dużą siłę, to nie nastąpi też teraz, kiedy to instytucje narzucają język mówienia o sztuce, nakierowują na określone tendencje czy zagadnienia. A może przeciwnie, nastąpi to szybciej...?

ADAM MAZUR: Czyli w ogóle nie wierzysz już w taką zmianę? Czy nie ma szansy, żeby dokonali jej wspomniani już krytycy jak Andrzej Osęka, Dorota Jarecka, Monika Małkowska, Piotr Sarzyński czy Stach Szabłowski? Oni piszą od wielu lat i będą pisać przez następne dziesięciolecia, i następne, i wszystko na próżno?

JAKUB BANASIAK: Ale to przecież nie chodzi o konkretne osoby, to nie jest wynik jakiejś odgórnie przyjętej strategii. Niemniej faktem jest, że akurat w naszej dyscyplinie jest minimalna rotacja i mało nowych mainstreamowych „nazwisk". Po 1989 roku krytyka artystyczna była w zupełnie innym miejscu niż np. literacka, co wiemy ze świadectw samych krytyków. Sztukę współczesną reprezentowali emigracyjni malarze, najczęściej sczepieni zresztą ze środowiskiem literackim, no i Gruppa - oczywiście upraszczam. Z drugiej strony wielka tradycja teatru, kina, literatury, Dziady Dejmka, „Zeszyty Literackie", i tak dalej, i temu podobne. A na naszym odcinku? Książka próbująca opisać neoawangardę lat siedemdziesiątych - a właściwie jej fragment - ukazała się w zeszłym roku. Otchłanną przepaść pomiędzy liberalnymi elitami a sztuką współczesną dobrze ilustruje nabijanie się „Rastra" z Adama Zagajewskiego, ale przecież Gorczyca i Kaczyński kpili też z „Wyborczej" jako takiej, w co dzisiaj może trudno uwierzyć - zapamiętaliśmy tylko kpiny z artepolo. To było przed dekadą, „Wyborcza" oczywiście się zmieniła, ale czy wraz z nią zmieniła się cała formacja intelektualna?

ADAM MAZUR: Zanim Dorota Jarecka „dostała" od „Rastra" „język", już kilka dobrych lat pracowała w „Wyborczej". Ten zapożyczony od Łukasza Gorczycy i Michała Kaczyńskiego język zresztą został jej do dziś.

JAKUB BANASIAK: Ale tu nie chodzi o Dorotę Jarecką, ani o nikogo konkretnego.

ADAM MAZUR: Przecież spory o krytykę to spory o konkretnych krytyków i ich wizję sztuki. Fenomen Krytykanta polegał właśnie na akcentowaniu tego autorskiego wymiaru krytyki.

JAKUB BANASIAK: Nie mi oceniać biografie innych krytyków, naprawdę. Ale wyobraź sobie startowanie na etacie pt. „krytyk sztuki" w roku 1989 czy 1991, w świeżo założonej gazecie, po czterdziestu pięciu latach komunizmu, gdzie rolę „pokrzepiaczy serc" pełniły literatura, teatr, a nawet film. Moim zdaniem nie na miejscu jest spekulowanie, co można było zrobić lepiej... Dlatego w tym wypadku wolę uciekać od personaliów, personalnie to możemy spierać się dzisiaj i na dzisiejsze tematy (choć jednocześnie uważam, że teksty z lat dziewięćdziesiątych - i to krytyków wszystkich „opcji" - to kapitalny materiał na antologię, która chętnie bym wydał, świetny, wyrazisty materiał o wielkim znaczeniu historycznym, a przy tym rzecz w pewien sposób ujmująca...). Myślę, że tu bardziej właściwa będzie właśnie perspektywa historyczna. Jednak faktem jest, że polska krytyka artystyczna przeszła przez pewne choroby czasu dziecięcego - i dobrze. Mnie bardziej zastanawia, że ten marazm jest tak silny, że nie możemy się od niego uwolnić. Przecież krytyk sztuki to nie jest taki dziwny gatunek krytyka, który, w przeciwieństwie do kolegów z innych dyscyplin, nie lubi się spierać, analizować, stawiać wyrazistych tez itp. I tu znowu wracamy do owego „historycznego determinizmu". Sztuka i krytyka ma dziś słabą pozycję, bo słabą pozycję miała w Polsce zawsze. Spójrz na pomnikowych krytyków literatury czy teatru ubiegłego stulecia. Jest ich wielu - co dekada, to wielkie talenty. Ilu było takich krytyków sztuki? Trzech? Pięciu? Ile masz w antykwariacie wyborów tekstów krytyków literackich, a ile krytyków sztuki?

ADAM MAZUR: Słabość krytyki współczesnej tłumaczą twoim zdaniem przyczyny historyczne?

JAKUB BANASIAK: Tak, przez co brakuje jej zakorzenienia w tradycji intelektualnej polskich elit. A z drugiej strony właśnie nadchodzi ten instytucjonalny taran, o którym już mówiliśmy. Dzień, w którym Sejm uchwali, że jeden procent budżetu będzie rokrocznie przeznaczony na kulturę, będzie symbolicznym końcem instytucjonalnej zapaści, zwieńczeniem zachodzących aktualnie zmian i otwarciem nowej epoki. I myślę, że za sprawą rozmaitych prasowych publikacji przeorze świadomość społeczeństwa bardziej niż jakiekolwiek teksty, wystawy czy wystąpienia. Już sama kampania medialna w sprawie jednego procenta to pokazuje. Zresztą i na innych polach krytyka artystyczna już teraz rekonstruuje spory instytucjonalne, czy może lepiej powiedzieć - relacjonuje. Co dzieje się w tym czy innym muzeum, kogo i dlaczego odwołano i czy to dobrze, kto został dyrektorem i czy jego program będzie progresywny, gdzie powinien być rozpisany konkurs, jakiej placówce przyznać większe dofinansowanie... I wbrew pozorom to jest referowanie istniejącego już sporu, a nie kreowanie nowej dyskusji.

ADAM MAZUR: Czyli według ciebie obecnie dominuje „krytyka towarzysząca", ale towarzysząca instytucjom, a nie artystom?

JAKUB BANASIAK: Nie powiedziałbym tego tak jednoznacznie. Cały czas staram się zarysować pewną sytuację i wskazać jej przyczyny. Znowu posłużę się przykładem: dlaczego krytycy sztuki nie piszą tekstów, nazwijmy je na potrzeby tej rozmowy, programowych? Dlaczego nie kuszą się o podsumowanie ostatnich wydarzeń w polskiej sztuce, dlaczego nie publikują swoich analiz, spostrzeżeń itp. - prowokując tym samym innych krytyków do polemiki? W ostatnich latach tyle się wydarzyło! I to na tylu polach! Jak już mówiłem, ale warto powtarzać to do znudzenia, krytyka literacka, filmowa i teatralna nie ma z tym problemu, przeciwnie - co rok, dwa, ktoś stawia ostre tezy, ktoś inny je obala, mamy manifesty, polemiki... A u nas? Plaża. Kiedy czytałeś podobny tekst w dużym dzienniku czy tygodniku? Kiedy ktoś napisał „jest tak i tak, bo to i to", a ktoś inny odpisał - też na dwie szpalty - „nie, jest tak i tak, bo to i to"? Kiedy ktoś zdefiniował status quo? Ostatnio coś drgnęło w „Przekroju", w którym pisze teraz ekipa ze starego „Dziennika", ale, po pierwsze, zgadnijmy - dyskusja dotyczyła instytucji, a po drugie - jakby urwała się w pół zdania... To w instytucjach sztuki pulsuje dziś życie - nieważne już z jakich powodów, ale tak jest. Powtórzę: krytyk zrośnięty z instytucją, określonej instytucji wierny, jest tylko kimś groteskowym...

ADAM MAZUR: Naprawdę tylko tyle zostało z krytyki?

JAKUB BANASIAK: Nie, została jeszcze tzw. „bieżączka", która jest bardzo fajna, potrzebna, którą lubię czytać i tak dalej. Tylko mnie ona - i tu znowu podkreślę, że mówię w pierwszej osobie - już przestała ekscytować. Po prostu. Scena ostygła, a wraz z nią ostygłem chyba i ja. Więc może to ja mam problem, a nie krytyka.

ADAM MAZUR: Dla ciebie momentem formacyjnym stało się zdefiniowanie wspomnianego „zmęczenia rzeczywistością", wcześniej uprawiałeś głównie krytykę negatywną, wątki pozytywne pojawiły się stosunkowo późno.

JAKUB BANASIAK: Nie tak późno, pamiętaj, że o „zmęczeniu" po raz pierwszy napisałem ponad dwa lata temu...

ADAM MAZUR: Na ile to zjawisko się zakorzeniło? Z pewnością temat podjął Stach Szabłowski, ale ani Dorota Jarecka, ani Monika Małkowska, ani Piotr Sarzyński, ani tym bardziej Andrzej Osęka chyba o nim nie pisali. Może brakuje im - no właśnie - nowego języka. Zdecydowanie lepiej przychodzi im pisanie o artystach z roczników sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a nawet wcześniejszych: pięćdziesiątych, czterdziestych...

JAKUB BANASIAK: „Zmęczenie" jest już faktem w tym sensie, że jeżeli na serio zechcesz zanalizować sztukę najważniejszych artystów młodego pokolenia to w taki czy inny sposób musisz się do niego odnieść. W Zamku Ujazdowskim skończyła się wystawa Podróż wokół czaszki, inne pokazy do „zmęczenia" w mniej lub bardziej zawoalowany sposób się odwołują, jest w końcu Jakub Julian Ziółkowski, dla którego ten rok będzie mam nadzieję tym, czym dla Sasnala był rok jego wystawy w Zachęcie. Być może i on, po licznych sukcesach zagranicznych i pomniejszych pokazach u nas, z okazji jesiennej wystawy w Zachęcie też doczeka się dużych tekstów w dużych gazetach, a wraz z nimi przyjdzie szersza refleksja? To zresztą ciekawy przykład: droga Ziółkowskiego jest ciągle taka sama jak Sasnala, czyli sukces w kraju dopiero po glejcie sukcesu za granicą, ale cały proces trwa już krócej. Krytyka wyparła Ziółkowskiego w momencie jego debiutu w 2005 roku, więc mam nadzieję, że teraz tym chętniej, powodowana poczuciem winy, się przed nim ukorzy...

ADAM MAZUR: Pytam o to wszystko w związku z galerią, którą niedługo otwierasz. Czy to będzie galeria „zmęczenia rzeczywistością"? Jak widzisz to przejście od krytyki, przez wydawnictwo, do galerii?

JAKUB BANASIAK: Przejście widzę tak, jak mówiłem: po prostu w tym momencie mnie to bardziej ekscytuje, wyzwala we mnie większą kreatywność i energię niż cokolwiek innego, a to jest najlepszy probierz. A co do programu galerii, to jest ona „zmęczona rzeczywistością" w tym sensie, w jakim jest nią zmęczony duży obszar współczesnej polskiej sztuki. Czy Galeria Stereo jest „zmęczona rzeczywistością"? Chyba trochę tak [śmiech]. Mamy wspaniały skład, świetnych artystów operujących rozmaitymi poetykami, ale jeśli pytasz o wspólny mianownik, to zaryzykowałbym bardzo ostrożne stwierdzenie, że jest nim brak chęci do wyrażania jednoznacznych ideowych czy artystycznych manifestacji, pewna ostrożność w formułowaniu wypowiedzi. Co jeszcze? Bardzo indywidualne, konsekwentnie budowane języki ekspresji, a także - nazwijmy go - egzystencjalny niepokój, który manifestuje się za sprawą najróżniejszych środków wyrazu.

ADAM MAZUR: Do galerii jeszcze wrócimy, ale po drodze było jeszcze stowarzyszenie i wydawnictwo.

JAKUB BANASIAK: Tak, i to jest to drugie „tąpnięcie". Wydawnictwo powstało, bo nagle zobaczyłem, że w kraju, w którym jest wiele świetnej sztuki, i gdzie ta sztuka tak dynamicznie się zmienia - nie ma książek o sztuce, nie ma zapisu tego fermentu.

ADAM MAZUR: Bo nie ma krytyki?

JAKUB BANASIAK: Też, niewątpliwie nieobecność debat wokół sztuki na poziomie mainstreamu tylko pogłębia ten brak. Jednak mnie najbardziej uderzyło, że w Polsce albo wydaje się albumy i książki popularyzatorskie, albo monumentalne opracowania, które autorzy piszą kilka lat. Sprawia to, z jednej strony, że sztuka ciągle jest daleko od widza, że jest zamknięta w uniwersytecko-środowiskowym getcie, a z drugiej, że tracimy szansę jej uwiecznienia. Książki są dla debaty o sztuce tym, czym dla samej sztuki wystawy. Zwróć uwagę, jak to wygląda w innych krajach: teoretycy kultury, historycy, socjolodzy, filozofowie, w końcu krytycy sztuki co pewien czas publikują swoje obserwacje w formie 100-200 stronicowych esejów, wyborów tekstów czy tomów z rozmowami. I te książki powodują, że sztuka (socjologia, politologia...) żyje, że jest zróżnicowana, że myśl o niej posuwa się do przodu, w końcu - że najzwyczajniej w świecie jest co poczytać. I to nie muszą być wiekopomne opracowania - zresztą literatura naukowa wychodzi tam przecież równolegle i ma się świetnie. To mogą być książki, które się zdezaktualizują, a zawarte w nich rozpoznania okażą się chybione, ale które jednocześnie są nieocenione jako znak czasów, a przede wszystkim punkt wyjścia do dyskusji.

ADAM MAZUR: To taka rozwinięta formuła krytyki gazetowej, która ci się marzy?

JAKUB BANASIAK: Marzyła, już straciłem złudzenia [śmiech]. Ale, upraszczając, tak, o coś takiego mi chodzi. W ostatnich latach pojawiło się u nas kilka bardzo ważnych pozycji, ale to jest kropla w morzu potrzeb, no i są to lektury akademickie: Ciało i władza, Konceptualizm w PRL, Awangarda w cieniu Jałty, Awangarda w bloku, Awangarda lat 70., Awangarda w plenerze, teraz są twoje Historie fotografii. I inne, nie chcę wymieniać, bo nie chcę nikogo pominąć, a tylko podkreślić charakter tych książek - co znamienne, to często doktoraty lub ich rozwinięcia, pozycje sumujące duże okresy w polskiej historii sztuki, w gruncie rzeczy odległe od artystycznej teraźniejszości. A ja chcę wydawać „literaturę środka", tyle że o sztuce, przestrzeń pomiędzy popem a nauką jest naprawdę szeroka. W sumie mogę powiedzieć, że chcę wydawać książki bez powodu - nie od wielkiego dzwonu, nie z okazji ukończenia doktoratu przez jakiegoś krytyka, tylko dlatego, że pojawiło się ciekawe zjawisko, że po prostu warto z kimś porozmawiać. Brakuje książek komentujących teraźniejszość, ciągle wracamy do przeszłości, co jest oczywiście bardzo znamienne - skoro ona przez lata pozostała nieopisana, to nic dziwnego, że dzieje się to dopiero teraz. Mi się marzy sytuacja, gdzie swój esej w formie książkowej opublikuje i Dorota Jarecka, i Izabela Kowalczyk, i Łukasz Ronduda, i Sebastian Cichocki, i ty, i ktoś inny, i ktoś jeszcze inny. Esej, czyli utwór otwarty, zapraszający do dyskusji, rzetelny, ale nieroszczący sobie pretensji do miana pracy naukowej. Nie tyle epokowe dzieło, co ślad danego czasu i przyczynek do dyskusji.

ADAM MAZUR: Jak oceniasz dotychczasową działalność wydawnictwa i odbiór publikacji?

JAKUB BANASIAK: Mogę chyba powiedzieć, że nadspodziewanie dobrze, aczkolwiek te kilkanaście miesięcy, nieco ponad rok, to jeszcze za wcześnie na jednoznaczne podsumowania. Na pewno zaistnieliśmy w tzw. „powszechnym odbiorze", także tym medialnym, gdzie nie bez znaczenia był z pewnością fakt, że Hipopotam Studio wykonali (i nadal wykonują) świetną robotę jeśli chodzi o dizajn książek i strony WWW. Recenzje naszych książek regularnie ukazują się w prasie ogólnopolskiej, także tej artystycznej i tytułach „branżowych" typu „Nowe Książki". Chyba tylko w „Obiegu" nie było jeszcze recenzji [śmiech]. Ale, jak mówię, na świętowanie przyjdzie czas jak wydamy nieco więcej niż siedem tytułów (jeśli ktoś chce śledzić wydarzenia związane z kolejnymi premierami, zapraszam na nasze konto na Facebooku: http://www.facebook.com/pages/40-000-Malarzy/177408244625).

ADAM MAZUR: Czy praca nad książkami, np. nad antologią „Rastra", dała ci takie instytucjonalne know how, dzięki któremu zacząłeś myśleć o galerii?

JAKUB BANASIAK: Tak, bo przecież wydawnictwo to też jest instytucja, ale nie wyodrębniałbym tu poszczególnych tytułów. Przede wszystkim zrozumiałem, że instytucje to inicjatywy, a krytyka co najwyżej postulaty. I to byłoby nawet w porządku, gdyby istniała jakaś przestrzeń sporu, w której te postulaty mogłyby się zetrzeć. Ale - w mojej opinii - u nas nie istnieje. Ważnie były też rozpoznania, o których mówiliśmy wcześniej.

ADAM MAZUR: Po lekturze twojej antologii „Rastra" jeszcze wyraźniej zobaczyłem, że tamta epoka ostatecznie się domknęła i w jeszcze bardziej ponurych barwach malują mi się obecne próby reanimacji tamtej atrakcyjności.

JAKUB BANASIAK: To jest oczywiście niemożliwe, tak jak niemożliwe jest podnoszenie retoryki „niekomercyjności". W instytucjach ciekawe jest też to, że one muszą stale wymyślać się na nowo.

ADAM MAZUR: Czyli - i tu dochodzimy do galerii - nie będziesz robił świetlicy?

JAKUB BANASIAK: Nie. Sądzę, że o specjalności galerii może świadczyć dziś jedynie jej program. Może naszą specyfiką będzie to, że galeria będzie jednocześnie - tu wyraźny cudzysłów - „domem wydawniczym". Będą więc spotkania wokół kolejnych książek, będzie można je u nas kupić, porozmawiać.

ADAM MAZUR: Planujesz książki o artystach z galerii?

JAKUB BANASIAK: Na razie wśród kilkunastu książek, nad którymi trwają prace nie ma takich pozycji - przepraszam, jest jedna - ale niczego nie wykluczam. I rozumiem chyba podtekst tego pytania, więc odpowiadam możliwie klarownie: wydawnictwo nie będzie wydawnictwem galerii, tylko osobnym bytem, przy którym pracuje inny zespół, choć obie instytucje łączy moja osoba i Stowarzyszenie. Ale wiesz, ja już przestałem przejmować się tego typu spekulacjami: co to będzie, Banasiak robi galerię i wydawnictwo, czy jedno będzie pracować na drugie, ojej, to straszne. To są autorskie przedsięwzięcia i ludzie sami zdecydują, czy wydawnictwo jest tubą galerii. I tyle, to takie proste. A tak nie będzie, bo byłoby to piekielnie nudne i jałowe poznawczo. W wydawnictwie staram się realizować liberalną wartość pluralistycznej dyskusji, co oznacza drukowanie pozycji, z którymi nie zawsze się zgadzam. Inaczej nie miałoby to sensu.

ADAM MAZUR: Jakie masz plany wydawnicze?

JAKUB BANASIAK: Niezmiennie bogate. Niedługo wychodzi Sailor Normana Leto, potem cykl rozmów z Tomaszem Kozakiem i wybór jego esejów, książkę dla nas kończy Agata Pyzik, będzie wywiad-rzeka z Jarosławem Modzelewskim, na ukończeniu są prace nad świetną książką o Wróblewskim - obie autorstwa niezawodnego duetu Bazylko/Masiewicz - a w Poznaniu wykuwa się książka o Penerstwie, szykujemy też niespodziankę na święta... To do końca roku, ale ciągle dochodzą nowe propozycje, no i mamy też projekty, które Czekaja tylko na ostateczny szlif - jak doskonale wiesz, na spisanie i zredagowanie czeka w kolejce twój wywiad-rzeka z Andrzejem Osęką... Zasadniczo nie zmienia się profil wydawnictwa, który wyznaczają cztery wektory, cztery rodzaje książek: wybory tekstów, książki dotykające bieżącej sytuacji artystycznej (w tym rozmowy), peryferie, czyli pozycje o zapomnianych obszarach i zjawiskach polskiej sztuki, i w końcu książki autorskie artystów.

ADAM MAZUR: Nasza rozmowa ma charakter podsumowujący, równolegle z twoim odejściem z redakcji i założeniem przez ciebie galerii zmiany dotykają też sam Zamek Ujazdowski, a wraz z nim „Obieg". Co twoim zdaniem było sukcesem odnowionego przed pięcioma laty „Obiegu", a co jego piętą achillesową?

JAKUB BANASIAK: Uważam, że największa zaleta „Obiegu" jest jednocześnie jego największą wadą, a co więcej, uważam że nie może być inaczej. Wielka wada i wielka zaleta: w „Obiegu" mieści się wszystko. Moim zdaniem tak szeroka rozpiętość tematyczna, stylistyczna i ideologiczna jest czymś unikatowym i niebywale ważnym. I nie mam pojęcia jak długo da się taki stan utrzymać. Tu znowu wracamy do instytucji: „Obieg" jest ewenementem także dlatego, że teoretycznie jest przypisany konkretnej instytucji, ale praktycznie zbierał cięgi od wszystkich z działem promocji Zamku na czele. To zresztą najwięcej mówi o tej instytucji, a nie o „Obiegu"... A teraz? Teraz instytucje stawiają raczej nie tyle na „organ prasowy", co na tytuł będący przedłużeniem jej programu („Muzeum", „Biuro", „Punkt"...). Jest taka wytarta fraza, że instytucje „produkują wiedzę". I jak to z wytartymi frazami bywa, nawet nie zastanawiamy się, co one w ogóle oznaczają - a ta oznacza, że to instytucje dyktują alfabet, którym się posługujemy. My: odbiorcy sztuki, ale i krytycy. Więc wolałbym, żeby był taki magazyn jak „Obieg", w którym mogą spotkać się wszystkie poglądy i punkty widzenia. Mogę się mylić, ale przez te trzy lata mojej pracy w „Obiegu" odrzuciliśmy chyba tylko dwa teksty, ale to były już zupełne wyzwiska, kompletne szaleństwo. W „Obiegu" mieszczą się teksty o wszystkim: o niszowych akcjach na Ursynowie, o pokazach we wszystkich instytucjach kraju i największych wystawach światowych, są też obszerne rozmowy, krwiste felietony, blogi, polemiki, niezależne wystąpienia i Kronika Towarzyszka. Ktoś powie, że to groch z kapustą, żadnej myśli przewodniej, linii programowej, żadnej tezy, którą można by udowadniać w każdym kolejnym tekście... I OK, pełna zgoda - to jest właśnie ta wada, ale moim zdaniem zalet jest dużo więcej. Nawet jeśli „Obieg" jest nierychliwy. Ale za to sprawiedliwy [śmiech]. Tu jednak dotykamy zupełnie innego obszaru, a mianowicie finansów, zadłużenia instytucji i stałych deficytów budżetowych...

ADAM MAZUR: Przez niektórych ambicje redakcji „Obiegu" traktowane są jako uzurpacja: ogarnięcie całości jest zawsze tylko iluzją, a obszary wykluczenia są mimo wszystko spore.

JAKUB BANASIAK: I cóż ja na to poradzę? Jak mówiłem, nie interesują mnie już takie dywagacje. Bo i co mamy zrobić? Zamknąć „Obieg"? Wprowadzić ustawowy rozdzielnik o czym, o kim i w jakich ilościach pisać? Stać się gazetą promocyjną Zamku Ujazdowskiego? Krytyka to nie instytucja, wracam do tego jeszcze raz. Instytucja ma własne cele - intelektualne, a nierzadko też polityczne - i je realizuje - i dobrze, po to jest. Natomiast w moim przekonaniu krytyka nie powinna mieć celów w tym sensie, w jakim mają go instytucje. Ktoś powie, że to mrzonka, że nie ma przeźroczystych tekstów i tak dalej. Ja odpowiem, że nie do końca, że mimo określonych poglądów redaktora naczelnego ten sam redaktor naczelny może wprowadzać w obręb swojego tytułu teksty, z którymi się nie zgadza. I ich może być mało, dużo, ale nie być ich wcale. Ja wiem, jakie teksty o sztuce znajdę w „Krytyce Politycznej", ale nie wiem, jakie znajdę w „Obiegu" - choć mogę być pewien, że też znajdę w nim Artura Żmijewskiego. To oczywiście żartobliwa metafora, „Krytyka Polityczna" nie jest magazynem o sztuce, zresztą w sferze ideowej drukuje też konserwatystów i rozmowy z nimi - i chwała. Tak czy owak, nie zdziwię się, jeśli nastąpi coraz większa atomizacja, więcej mniejszych tytułów o konkretnym kośćcu programowym, często złączonych z instytucjami.

ADAM MAZUR: Co byś zmienił w „Obiegu"?

JAKUB BANASIAK: Jeżeli chodzi o metodę, niemal nic, natomiast publikowałbym o połowę mniej tekstów, za to regularnie i precyzyjnie dobranych. Mam nadzieję, że dyrektor Cavallucci, sam w przeszłości wydawca magazynu o sztuce, zapewni wam to, co najważniejsze, czyli święty spokój - organizacyjny i finansowy. A wtedy może „Obieg" będzie punktualny i recenzje będą ukazywać się przed zakończeniem wystaw...?

ADAM MAZUR: A Internet? Forum, na którym ostatecznie wypłynąłeś jako Krytykant?

JAKUB BANASIAK: Po doświadczeniach z blogiem i Krytykantem.pl, a potem równolegle z forum „Obiegu", wydaje mi się, że minął najlepszy czas tej formy wypowiedzi. To znaczy minął w tym sensie, że na początku ludziom chciało się podjąć w komentarzach konkretne tematy, toczyły się polemiki, gorące spory, przeważnie na poziomie. Taki erzac „prawdziwych" łamów. Potem fora i blogi o sztuce podzieliły los portali plotkarskich czy nawet portali gazet i tygodników opinii. Słowem, stały się w przeważającej mierze rezerwuarem wyzwisk, pomówień i gorzkich żali. Kiedyś to był plac, agora, na której wszyscy się słyszeli, a teraz to jest przestrzeń nie do ogarnięcia, w którą słowa wpadają, ale nie ma dna, od którego mogłyby się odbić. Ile razy postanawialiśmy uruchomić komentarze pod jakimś tekstem na „Obiegu", tyle razy się rozczarowywaliśmy. Nie było tam ani jednego wpisu, który zawierałby na tyle interesujące tezy, że moglibyśmy zaprosić jego autora do rozwinięcia ich w osobnym tekście, za to było sporo obelg i insynuacji. Ale mogę się mylić, bo ostatnio właściwie nie czytam komentarzy w Internecie.

ADAM MAZUR: To wróćmy jeszcze do galerii. Będziesz reprezentował artystów, o których pisałeś?

JAKUB BANASIAK: Siłą rzeczy tak, nie pisałem bodaj o jednej osobie, która będzie w galerii.

ADAM MAZUR: Czym chcesz odróżnić się od innych galerii?

JAKUB BANASIAK: Tym, czym każda galeria różni się od innej: programem, składem, podejściem. Jak już mówiłem, to nie jakaś metafizyczna aura buduje odbiór galerii, i chyba dziś już nie meble, ale sztuka poszczególnych artystów i metoda pracy, także poza galerią. Na całość na pewno będzie rzutował rys naszych charakterów i gustów, ale tak jest też w innych galeriach. Z większością artystów znam się od dawna i przyjaźnię, można powiedzieć, że wspólnie „dorastaliśmy" artystycznie, więc jest to wybór naturalny także z tego powodu.

ADAM MAZUR: Czyli galeria pokoleniowa?

JAKUB BANASIAK: W jakiejś mierze tak, najstarsi artyści są w moim wieku, czyli rocznik '80, ale większość jest młodsza, choć z nimi studiowałem lub poznałem ich w czasie studiów. Pracujemy już zresztą razem od kilku miesięcy, mniej więcej od lutego-marca, kiedy okazało się, że galeria powstanie. Musieliśmy sobie wszystko poukładać, zaplanować, trzeba było zrobić stronę internetową, zastanowić się nad programem, ogarnąć masę detali. Widzisz, znowu mówię „okazało się", bo tak jak moje pisanie i wydawnictwo, galeria właśnie się „okazała", „stała" - znowu dla mnie dość zaskakująco.

ADAM MAZUR: Na gruzach galerii A?

JAKUB BANASIAK: Hm, przede wszystkim nie uważam, żeby po galerii A pozostały gruzy... Ale odpowiadając na twoje pytanie (jak sądzę, nie pozbawione złośliwości): przez te cztery lata nauczyłem się, żeby iść do przodu i robić swoje (psy, karawana i tak dalej...). Tak będzie i tym razem: jest wydawnictwo i stowarzyszenie, w które włożyliśmy mnóstwo pracy i czasu, zaraz startujemy z galerią - bez oglądania się za siebie. Ale spróbuję zaspokoić ciekawość twoją i czytelników: otóż w naszej galerii będzie troje artystów z galerii A, jeden artysta, który z nią luźno współpracował, ale galeria go nie reprezentowała, oraz troje artystów spoza galerii A. Co to oznacza...? [śmiech]

ADAM MAZUR: Planujesz wystawy artystów spoza twojej galerii?

JAKUB BANASIAK: Jasne. Najpierw chcę jednak zaprezentować twórczość artystów związanych z galerią, bo nawet jeśli mieli oni wystawy, to niekiedy pewne istotne pasma ich twórczości pozostały nie dość wyraźnie zaakcentowane, moim zdaniem to są twórcy ciągle „nieopowiedziani", a ich sztuka skrywa mnóstwo ekscytujących wątków. Jak widzisz, jest to robota dla galerzysty czy też kuratora, a nie dla krytyka.

ADAM MAZUR: Targi?

JAKUB BANASIAK: Spokojnie, dopiero zaczynamy. Po kolei.

ADAM MAZUR: Nie będzie ci brakowało emocji związanych z krytyką?

JAKUB BANASIAK: O nie, emocji miałem dość! Wiesz, ja naprawdę mam poczucie, że przez te klika lat powiedziałem co miałem powiedzieć, napisałem dość tekstów, i teraz mogę się powtarzać albo rozwijać poszczególne tezy. Mógłbym się tak ukorzeniać do woli, tyle że byłby to ruch w dół, do środka - raczej pewny, to prawda, jednak mnie interesuje ruch do przodu. Tak czy owak, niezbędna do pisania energia nagle gdzieś się ulotniła, czy raczej skierowała w innym kierunku. Zresztą Dawid Radziszewski powiedział mi, że galerzysta musi być dla wszystkich bardzo miły i niekoniecznie wypowiadać na głos swoje myśli, a ja zawsze biorę sobie rady Dawida do serca...

ADAM MAZUR: A dostrzegasz konflikt między rolą krytyka i galerzysty - gdybyś jednak chciał coś napisać?

JAKUB BANASIAK: Jak wiesz, nie piszę tekstów od lutego czy marca - byłoby to nie fair wobec czytelników, którzy nie wiedzieli o moich planach. Z drugiej strony przestałem się przejmować tymi wszystkimi sztampowymi podziałami: pełnisz jakąś tam funkcję, więc to wyklucza inną itp. Kiedy wszystko jest jasne, a więc czytelnik wie, że dany krytyk prowadzi jednocześnie galerię, nie widzę przeszkód. Więc jak będę miał coś do powiedzenia, to napiszę esej i go sobie wydam, kto będzie chciał, to kupi i przeczyta, a kto nie, to nie - i tyle. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby grać w otwarte karty.

ADAM MAZUR: Zawsze możesz prowadzić galeryjnego bloga o życiu rodzinnym i twórczości swoich artystów albo rozsyłać swoje teksty mejlem.

JAKUB BANASIAK: Nie, nie zamierzam się narzucać.

ADAM MAZUR: Czy galerzysta może zasiadać w jury konkursów o sztuce organizowanych przez państwowe instytucje?

JAKUB BANASIAK: Rozumiem, że pijesz do przykładu Rastra i Spojrzeń? No więc uważam, że z biegiem czasu wyklarują się również i takie procedury. Ale przecież organizatorzy konkursu doskonale wiedzieli, że Michał Kaczyński i Łukasz Gorczyca prowadzą galerię. Oni z kolei prowadzą ją dlatego, że cenią tych a nie innych artystów - i przecież nie przestają ich cenić, gdy zasiadają w jury czy nominują. Można oczywiście powiedzieć, że wtedy powinni zawiesić swoje preferencje na kołku, ale co na Boga mieliby wtedy tam robić? Wskazywać na tych, których cenią mniej? Więc skoro już wysłano zaproszenie, to nie można mieć jakichkolwiek pretensji. Niemniej uważam, że to jest faktyczny konflikt interesów, a w jury powinni zasiadać pracownicy instytucji publicznych, krytycy prasowi, pracownicy naukowi - nie zaś właściciele prywatnych galerii.

ADAM MAZUR: Galeria Kolonie - dlaczego taka nazwa?

JAKUB BANASIAK: Bo jest bardzo wieloznaczna.

ADAM MAZUR: Kiedy startujecie?

JAKUB BANASIAK: Mamy nadzieję, że w ostatni weekend września (odpukać).

strona Galerii Kolonie: www.galeriakolonie.pl
strona Wydawnictwa 40 000 Malarzy: www.40000malarzy.pl

LOGO GALERII KOLONIE ZAPROJEKTOWANE PRZEZ KATARZYNĘ PRZEZWAŃSKĄ
LOGO GALERII KOLONIE ZAPROJEKTOWANE PRZEZ KATARZYNĘ PRZEZWAŃSKĄ