David Nebreda - sztuka, czy szaleństwo?

Wielkich artystów niejednokrotnie postrzegano jako szaleńców, nawet gdy jednocześnie dostrzegano ich geniusz i talent. Gdy przypominamy sobie historię odciętego w szale ucha Van Gogha, nie mamy przed oczami lejącej się krwi lecz piękny i wyrazisty autoportret artysty z zabandażowaną głową - świadectwem samookaleczenia. Każda epoka ma takich szaleńców i od nas zależy czy dostrzeżemy w nich również wielkich artystów. Wobec Davida Nebredy nie waham się użyć tego określenia.

David Nebreda to hiszpański artysta zatopiony w mrokach własnego umysłu, od 20 lat cierpiący na schizofrenię paranoidalną, artysta permanentnie dopuszczający się na własnym ciele autodestrukcji, która nie raz niemalże doprowadziła go do śmierci. Jego twórczość wydobył na światło dzienne Léo Scheer, który w 2000 roku wydał album "Autoportraits" i zorganizował w Paryżu dwie wystawy Nebredy (w 1999 i 2000 roku). Dzięki tej publikacji, zainteresowanie krytyków tą twórczością uchroniło artystę od śmierci. Nebreda poddał się leczeniu psychiatrycznemu, przestał się głodzić i okaleczać, a zaczął wystawiać. Schizofreniczna rzeczywistość Nebredy, zamknięta w czterech ścianach i ampułce prozaku została, dzięki samowyzwalaczowi, utrwalona fotograficznie. W serii "Autoportretów" z 2000 roku widać niebywałą "konsekwencję" i "dyscyplinę" w kreowaniu własnego wizerunku. Z drugiej strony artystyczny rodowód artysty; doskonałe wyczucie światła, formy i koloru sprawiają, że obcujemy z dziełami, których nie można oglądać w oderwaniu od spuścizny sztuki hiszpańskiej, a zwłaszcza religijnego malarstwa epoki baroku. Przypomnijmy sobie wychudzone, uduchowione postacie z religijnych obrazów El Greco, męczenników z obrazów José de Ribery czy dramatyczne piety Gregorio Hernándeza. Ich sztuka była równie dramatyczna co uduchowiona, pełna szaleństwa i geniuszu a jednocześnie równie często odrzucana. Dzięki fotografii Nebreda rejestrował swoje stany psychiczne a zbiór "Autoportretów" stał się intymnym fotodziennikiem. Nie można jednak oceniać tej twórczości w kategorii dokumentu. Fotografie Nebredy są bowiem niezwykle malarskie i wystylizowane, fascynują kolorem, są z pietyzmem oświetlone, aby żaden makabryczny szczegół nie umknął uwadze odbiorcy. Nebreda stosuje zamkniętą, często centralną kompozycję, nie pozostawia niedomówień, przedstawia postać w pełnej sylwetce lub ukazuje ją w zbliżeniu. Zupełnie odmienna jest jego twórczość malarska. Nebreda maluje swoje płótna nie tylko własnymi rękami i ciałem, lecz również własną krwią. Tworzy wielkie, niezwykle ekspresyjne, krwawe płótna w których abstrakcja jest drogą ku duchowości i empatii.

David Nebreda

Okaleczanie ciała, jest chorobą, którą media coraz częściej odzierają z tabu, wskazując jak ważny jest to problem dla współczesnej psychologii i psychiatrii.

W książce "Okaleczanie ciała" Jowita Wycisk podaje kilka uwarunkowań psychologicznych, które wpływają na działania autodestrukcyjne jednostki. Osamotnienie, wyobcowanie, niedowartościowanie, niespełnienie, brak akceptacji, porażki zawodowe i osobiste, niespełniona miłość. Uczucia, z którymi nie raz stajemy oko w oko. Co jednak musi się załamać w człowieku, by dopuścił się tak drastycznych aktów, nie będących wynikiem rytuałów plemiennych, czy subkulturowych? Odpowiedź na to pytanie dają Gloria Babiker i Lois Arnold w książce "Mowa zranionego ciała". Autorzy wyjaśniają, że osoby dopuszczające się samookaleczania nie tylko redukują w ten sposób napięcie i odwracają uwagę od zasadniczego problemu, z którym nie mają siły się zmierzyć, lecz próbują także zwrócić tym faktem uwagę otoczenia. Niemy krzyk jest tu desperackim wołaniem o pomoc.

W kulturze Wschodu dobrowolne okaleczanie ciała jest grzechem niemalże śmiertelnym. Dla odmiany w krajach islamskich czy np. w Nigerii wciąż kultywuje się nabijanie na pal, jako karę za gwałt, a ukamieniowanie za homoseksualizm i cudzołóstwo. Inaczej jest w świecie zachodnim, gdzie okaleczanie ciała pozwala kontrolować emocje, zaś ból spowodowany nacinaniem skóry i widok płynącej krwi dają poczucie istnienia, bądź pozwalają pokonać własne słabości. Czy tak było w przypadku Nebredy trudno osądzić. Na ile artysta działał świadomie, jak np: Marina Abramovic, Gina Pane czy Rudolf Schwarzkogler a na ile kierowało nim drugie, wewnętrzne Ja. Czy codzienna głodówka, nacinanie, przekłuwanie i przypalanie skóry to bunt przeciw niesprawiedliwościom tego świata? Autodestrukcja Nebredy wyraźnie nawiązuje do męczeństwa Chrystusa. Wychudzona twarz artysty z długimi, poprzyklejanymi do skóry włosami przypomina oblicze Jezusa z Drogi Krzyżowej. Nebreda katuje swoje ciało podobnie jak czynią to wybrani Filipińczycy, którzy co roku w Wielki Piątek poddają się dobrowolnemu ukrzyżowaniu. W ten sposób oddają hołd nie tylko Chrystusowi, lecz również wierzą w odkupienie własnych win i rozgrzeszenie. W tym miejscu nasuwa się pytanie; czy David Nebreda jest człowiekiem wierzącym? A może nie ma to żadnego znaczenia, bowiem sztuka pełni dla niego funkcje katartyczne; oczyszcza z grzechu, wymazuje poczucie winy, w końcu rozgrzesza. Czy szaleńcze, wręcz niewyobrażalne dla zwykłego śmiertelnika, przekraczanie własnej granicy cierpienia może być poświęceniem w imię odrodzenia lub oświecenia? Psychika Nebredy jest równie mocno pokiereszowana co jego ciało. Problem z tożsamością, wieloosobowość, brak samoakceptacji, samotność - a z drugiej strony poczucie pełnienia świętej misji wprowadzają permanentny stan napięcia, który być może uwalnia się właśnie poprzez autodestrukcję. Jednak bez konfrontacji psychiatrycznej trudno jednoznacznie stwierdzić, kto lub co namawia Nebredę do posłannictwa, cierpienia i męczeństwa. Działania te można jednak odczytać nie tylko jako próbę pokonania własnego cielesnego bólu, lecz jako głos wołający o przywrócenie człowiekowi sensu najważniejszych pojęć: życia i śmierci. Znaczeń, które zostały wypchnięte ze świadomości współczesnego człowieka, bowiem w świecie globalnej informacji nie ma miejsca na refleksję o śmierci, a co więcej - nie ma naturalnej afirmacji życia. Nebreda chce wyrwać się z tego potrzasku i ma nadzieję, że to samo może udać się odbiorcy.

PS: Dziękuję Bogdanowi Konopce za paryskie rozmowy o fotografii.