NOmanifest


Chciałbym odnieść się do kontrowersyjnego Manifestu Nooawangardy, pod k†órym podpisali się należących do rożnych generacji: Edwin Bendyk, Oskar Dawicki,Agnieszka Kurant, Łukasz Ronduda, Jan Simon. Manifest został upubliczniony w momencie otwarcia bardzo ciekawej wystawy Niezwykle Rzadkie Zdarzenia w CSW Zamek Ujazdowski. W tym samym czasie zainaugurowano serię wykładów, które niestety odbywając się post factum, nie mają wpływu na kształt „No-manifestu"(NM, jak będę go dalej nazywał od ang. no = nie).

W celu ułatwienia czytelnikowi zrozumienia argumentów i problematyki, której dotyczą moje zarzuty wprowadzę „na scenę" dwie pasjonujące książki. Posłużą mi one za punkty odniesienia, tak jak nooawangardzie ewidentnie posłużyły za „inspirację":
1) Kapitalizm kognitywny, nowa wielka transformacja, 2007, napisana przez wybitnego francuskiego teoretyka lewicy, Yann Moulier-Boutang.
Kapitalizm Kognitywny (KK) - forma organizacji społecznej w której kluczową rolę w kreowaniu wartości, a dalej akumulacji kapitału pełni praca twórcza - inwencja naukowa, techniczna, organizacyjna, kulturowa będące podstawą procesów produkcji kognitywnej (NM).

2) The Black Swan, 2007 - błyskotliwie napisana przez Nassim Nicholas Taleb, neoliberała i „głównego decydenta na Wall Street". Łącząc wątki autobiograficzne i literackie z naukowymi, a także będąc przetłumaczoną na kilkanaście języków, osiągnęła globalny sukces,stając się niejako popularną „biblią" teorii Niezwykle Rzadkich Zdarzeń. Tj. zdarzeń posiadających niską przewidywalność, ale duży wpływ na rzeczywistość.
(nazywanym również: outlierami - ich formy ekstremalne), problemami indukcji lub prościej i bardziej poetycko Black Swanem (do czasu odkrycia w Australii w 18 wieku czarnych łabędzi, nasza „cywilizacja" nawet nie „przypuszczała" możliwości ich istnienia).
„Nie wiedzieliśmy ,że nie wiemy".

W sumie czarny łabędź to taki „biały kruk", ale bardziej nieprzewidywalny. W tym miejscu powinienem niejako usprawiedliwić się, że nie będę odnosił się do prac prof. Andrzeja Nowaka, który naukowo zajmuje się problemami złożoności, jednakże właśnie fakt, że książka N.N.Taleba jest „wynaturzeniem", czyni ją właśnie outlierem, ciekawym do analizy w ustawionym przeze mnie kontekście.

Po tym długim wprowadzeniu - mam nadzieję, że ułatwiającym prześledzić tok moich krytycznych odniesień - przechodzę do meritum.

Po pierwsze, Nooawangarda przyjęła zbyt pochopnie za punkt wyjścia tezę książki Boutanga, że KK jest jedyną i ostateczną fazą kapitalizmu. Z mylnych założeń wyciągnięto moim zdaniem mylne wnioski. Mimo niekwestionowanego znaczenia, książka ta doczekała się już bardzo istotnych uzupełnień (również z pozycji lewicowych), których sygnatariusze NM nie wzięli pod uwagę. Np. Jean Zin, zadał pytanie (jeszcze przed kryzysem!): „nawet jeśli nie podlega wątpliwości, że KK dominuje i się rozwija,czy znaczy to jednak, że jest to nasza przyszłość?". I odpowiedział: „Można jednak przypuszczać, że nie!". Jean Zin przytacza też inne ważniejsze argumenty na to, że aspekt kognitywny wcale nie jest najbardziej charakterystyczny dla obecnego kapitalizmu. Dowodzi on, że o wiele ważniejszy jest aspekt „informacji". Oczywiście informacji rozumianej szerzej (niż robi to Boutang), nie tylko jako message, ale jako układ nadawca-odbiorca (niekoniecznie człowiek) - czynnik strukturujący (przetwarza, kontroluje). „Należy przy tym zwrócić uwagę na niebezpieczeństwo niedoceniania roli super-wyjadaczy (super crunchers), którzy kontrolując dane, mogliby stać się Panami świata" - pisze.

KK nie jest ostateczną formą kapitalizmu, wręcz przeciwnie. Nie będzie się on rozwijał w tym - jednym - kierunku ponieważ posiada immanentne niedostosowanie się do praw pracowników i praw własności (w tym intelektualnej). Warto ponadto zauważyć, że „w świecie mediów i reklamy innowacja nie jest obowiązkowo kognitywna"!

Zmiany systemu wymuszane chęcią zyskania coraz większej wartości dodatkowej nieuchronnie prowadzić będą do coraz większej separacji pracownika (nazywanego kognitariatem/netariatem) od jego produktu/czasu pracy/narzędzi. W konsekwencji praca - zwłaszcza ta najbardziej kreatywna - będzie zewnętrzna. Opłacany będzie nie czas pracy/ podporządkowania, lecz wykonanie konkretnego zadania/rezultatu. To z kolei jest już typową formą klasycznego kontraktu handlowego (pamiętajmy, że „model" artysty w KK jest kalką modelu przedsiębiorcy). Czyli rozwijający się w stronę kognitywnego i niematerialnego, kapitalizm wróci do swojego pierwotnego etapu.

Innymi bardzo ważnymi czynnikami powodującym zmianę KK są powiększająca się alienacja ludzi (konsekwencje tego widzimy np. w fali 29 samobójstw od 1,5 roku wśród pracowników France Telekomu), jak również galopujące ubożenie szerokich warstw społeczeństwa. Dla zachowania więc funkcjonowania systemu, czynniki w/w „wymuszą" niejako konieczność wprowadzenia wynagrodzenia powszechnego! Oznaczałoby to, zmianę kapitalizmu w socjalizm (niemalże!).

Brzmi to może zbyt utopijnie - biorąc pod uwagę przewagę ekonomiczną (i militarną) obecnego kapitalizmu. Coś się jednak zmienia - np. w USA ostatnia interwencja państwa w celu ratowania prywatnych banków i manifestacje wystraszonych republikanów pod hasłami „nie chcemy socjalizmu".

Uważam, że sygnatariusze NM zapomnieli o czymś innym, bardzo istotnym. „W tych smutnych czasach ważnym jest, żeby mieć świadomość charakteru władzy, porzucić sny produkowane przez mechanizm ideologii szczęśliwego faszyzmu jakim jest Realpolitik... Nadać formę nadziei, konceptowi nadziei, zasadzie politycznej nadziei; ein Prinzip des Hoffnung" (Dissonance w rozmowie z J.Rancierem).

Jest to o tyle istotne, że prawidłowe zrozumienie rzeczywistości (w liczbie mnogiej) pozwoli skoncentrować się na możliwościach wpływu na system, nie tylko (jak postuluje to NM) drogą „rzadkich zdarzeń", ale też w inny, bardziej „prawdopodobny" sposób.

Edgar Morin, wprowadził termin „demokracji kognitywnej", która może być postrzegana właśnie jako alternatywna „trzecia droga". Pośród wielu możliwości tworzenia nowych rozwiązań, można by wymienić np.

- konieczność przedefiniowania lini podziału między „rządzeniem/władzowaniem" (gouvernance) uczestniczącym a władzą reprezentacyjną
-tworzenie kultury globalności (myśleć globalnie i działać lokalne)
-zmniejszenie rozdziału między ekspertami a obywatelem (nie traktowanym jako masa)
- zamiana kompetycji na współpracę (być może trudniejsze do osiągnięcia wśród artystów)

Sztuka tylko wtedy może mieć realny wpływ na rzeczywistość, jeśli ma całkowitą autonomię (NM).

To prawda, że Wielkie awangardy początku XX wieku odcinały się od całkowitej niezależności (widząc w niej pozostałości burżuazyjno-arystokratyczne). Wybierały one pół-autonomię (Marcus, Herbert) i chyba w tej tradycji należałoby umieścić Manifest Artura Żmijewskiego. W latach 80. dzięki tekstom Luca Boltanskiego nastąpił wyraźny powrót do autonomii. Filozof ten analizował postawy krytyczne, które rozwinęły się w czasie wydarzeń po 68 roku. Stworzył dwa przeciwstawne bieguny krytyczne. Z jednej strony była to
„Krytyka artysty" wymagająca właśnie autonomii dołączonej (!) do wolności i tzw. „transwersalności" (przeciwstawienie się modernistycznemu paradygmatowi opozycji sfer poznania; sztuki, nauki,zarządzania). Z drugiej - „Krytyka społeczna"(niejako w opozycji) określona również przez trójcę: solidarność, bezpieczeństwo i równe szanse. Oczywiście ten sztuczny rozdział nie wytrzymał próby czasu, krytyki intelektualnej jak i przysłowiowego już „protestu paryskiej ulicy" („nie ma wolności bez równości").

W wywiadzie przeprowadzonym przez Yanna Moulier-Boutang z Luc'em Boltańskim i Eve Chiapello mówią oni o niezbędnej hybrydyzacji tych dwóch postaw krytycznych: „Krytyka społeczna jeśli nie jest korygowana przez krytykę artysty prowadzić może do pogardy wolności, jak to widzieliśmy w ZSRR, natomiast krytyka artysty bez korekcji, co widzieliśmy w ostatnich latach, prowadzi do wyjątkowo niszczącego liberalizmu". Artyści powinni zauważać, że wolność (autonomia itd.) dla wielu osób nie jest rzeczywista. Eve Chiapello: „to dlatego połączenie krytyki artysty z krytyką społeczną jest najlepszym gwarantem promocji równości w wolnościach".

Błędnym jest również utożsamianie rynku z kapitalizmem. Dlatego artyści powinni zabiegać o „społeczeństwo z rynkiem, a nie społeczeństwo rynkowe". Artysta tak długo będzie posiadał swoją „częściową" niezależność dopóty, dopóki nie będzie zgadzał się na traktowanie swoich wytworów jako zwykły towar. Kapitalizm nie polega na „gromadzeniu wartości dodatkowej", a raczej na „racjonalnej moderacji wydatków". Žižiek zgodnie z duchem Lacana określa tą właściwość „zaparciem" gastrycznym. Może więc powinniśmy docenić możliwość oddziaływania sztuki na zasadzie środka „przeczyszczającego"?

Sztuka uprawia ze status quo rzeczywistości dynamiczną minority game, w której wygrywa, jeżeli jest w mniejszości.

Niech nikt się nie pomyli, nie chodzi tu o prawa jakichś pokrzywdzonych mniejszości itp. Jest to typowa strategia elitystyczna i segregująca, mająca na celu produkcję wykluczeń. W tym miejscu chciłbym wrócić ponownie do The Black Swann, żeby zwrócić uwagę na pewną niebezpieczną zależność, która tworzy się gdy przenosimy model naukowy „niezwykle rzadkich zdarzeń" na teren „społeczny" i obszar sztuki. Świat wg N.N.Taleba jest podzielony na dwa światy. Pierwszy to Miernotystan (Mediocristan); kraj gęsto zaludniony przez „średniaków" - normalnych, przeciętnych ludzi. N.N.Taleb z charakterystycznym urokiem bankowca z Lewantu wrzuca do „Miernotystanu" - niczym do „piekła" - również takie wydawałoby się niebanalne postaci jak np. Saint-Simon (pre-socjalista, pozytywista i prekursor nauk społecznych), Proudhon (socjalista, anarchista, twórca np. systemu ubezpieczeń), Karol Marks (wyobraził sobie społeczeństwo bezklasowei bez państwa), Sir Francis Galton, Erasmus Darwin (kuzyn Karola, wprowadził statystykę do badań nad dziedzicznością), Lord Cavendish (chemik, zbadał skład powietrza i odtworzył cząsteczkę wody z tlenu, wodoru i prądu), Lord Kelvin (fizyk stworzył galwanometr i magnes), Ludwig Wittgenstein (logik, neo-pozytywista).

Można zapytać: za co ta kara unicestwienia w „banalności"? Otóż powodem jest to, że uwierzyli oni w „prawdę i piękno" krzywej Gaussa (prawdopodobieństwo rozkładu elementów wg. którego wyjątek jest bez znaczenia)!

Drugi,lepszy świat to „Wyjątkowościstan" (Extremistan). W nim „wyjątek" tworzy „wygodną" (tylko dla siebie) regułę. Pojedynczy element wpływa łatwo i w sposób nieproporcjonalny na całość i może wywołać kaskadę zmian parametrów porządku społecznego, politycznego i ekonomicznego (NM).

Extremistan jest prawie bezludny.To elita, której największym przedstawicielem staje się Bill Gattes, mogący szukać równego sobie tylko w „kosmosie". Autor nie wspomina o Damianie Hirst‘cie, choć zapewne też by tam zamieszkał - dzięki temu, że w roku krachu na giełdach „zgarnął" 260 mln dolarów na zorganizowanej przez samego siebie aukcji swoich prac (liczy się... co właściwie?). Wiemy wszyscy, że ten uprzywilejowany świat może być marzeniem (jak kiedyś opium) niewielu ludzi. Sztuki (tradycyjnie) nie grzeszą egalitaryzmem, ale nie sądzę, że dzięki wprowadzeniu mechanizmów z Extremistanu do NM stworzy się jakaś alternatywę dla obecnego stanu rzeczy.

Konsekwencje takiej wizji świata „wystraszyły" samego N.N. Taleba, który niejako usprawiedliwia się: „Pozwólcie mi stwierdzić, że ja naprawdę wierzę w wartość średniactwa i miernoty (z wyjątkiem jeśli jest to mentalność małego sklepikarza). Który z humanistów nie chciał by zmniejszać rozbieżności między ludźmi? Nic nie jest dla mnie bardziej odrażające niż nie liczący się z innymi Nadczłowiek (Übermensch)! Mój prawdziwy problem jest epistemologiczny. Rzeczywistość to nie jest Miernotystan, więc musimy nauczyć się z tym żyć".

?

Sztuka wpływa na rzeczywistość w sposób nielinowy, nieprzewidywalny, na zasadzie „rzadkich zdarzeń".

Nie. Sztuka nie działa na zasadzie outlierów. Pomijając już wyżej opisany „poślizg" ideologiczny, przeczy temu współczesna (hierarchizująca) metoda sytemu sztuki. Wszystko jest/może być sztuką, a to miejsce pokazania i „curatorial work" decyduje o przyznanej wartości „artystycznej". „Artwork" nie musi zabiegać o status „arcydzieła" do którego „rzadkie zdarzenie" wydają się pretendować.

Interesuje nas sztuka mająca coś z ducha awangardy... W kontekście obecnej nadprodukcji w polu sztuki, w obliczu dominacji rynku wyznaczającego neokonserwatywny, oparty na malarstwie zwrot w sztuce polskiej.

Malarstwo, to moje „hobby", więc na nim się skoncentruję (choć problem nadprodukcji dotyczy niemalże wszystkiego). La Pittura é una una cosa mentale (malarstwo jest sprawą myślenia), pisał Leonardo. Wydawało by się, że jako narzędzie tworzenia i zapisu modeli rzeczywistości, mogło by być użyteczne w epoce kognitywnej?

Przytoczę tu starą historię z antycznych Chin (globalność zobowiązuje). Pewnego razu Cesarz poprosił słynnego malarza o zademonstrowanie swojej sztuki. Malarz artysta najpierw rozlał wodę i tusz na położonych na ziemi zwojach papieru, następnie złapał koguta, umoczył mu pazury w czerwonej farbie i rzucił go na ziemię tak, żeby przebiegając zostawił ślady na spływającym plamami papierze. Praca nazywała się Przemijanie-jesienne liście w strumieniu.


Tego typu historie i teoryzowanie o nich było odkryciem w latach 50. w USA. Przyczyniło się w sposób istotny do ukształtowania się myślenia amerykańskiej szkoły abstrakcji. Drugim motorem napędowym jej rozwoju była „walka" z malarstwem socrealistycznym zza żelaznej kurtyny. Myśl biegnie... jak ten kogut/artysta... w czasoprzestrzeni i nie wie, że skończy w rosole. Jest to par excellence zagadnienie teorii Rzadkich Zdarzeń - a dokładnie tzw. „problem indyka" (czego możemy się dowiedzieć o przyszłości mając wiedzę tylko z przeszłości?). „Może być również zastosowany do wszystkich sytuacji w których ta sama ręka najpierw karmi, później ukręca szyję" - pisze N.N.Taleb.

Nie wiem dlaczego podpisani pod manifestem wykazali się tzw. „skąpstwem" intelektualnym, odmawiając sobie i innym możliwości użycia malarstwa jako narzędzia? Dziwi to zwłaszcza, że na wystawie są przynajmniej dwie „obecności" malarstwa. Pierwsza to ekran pokazujący w sposób niezwykle atrakcyjny - wizualnie i konceptualnie - poważną (bo naukową) symulację rozpowszechniania się plotki. Oglądający wystawę może docenić koncept jak i walory malarskie (formalnie przywołujące na myśl np. all over abstrakcji amerykańskiej). Nie ma najmniejszego znaczenia, że dzieje się to na ekranie.

W National Portait Gallery w Londynie pokazywany jest portret znanej architektki Zaha Hadid wykonany przez Craig-Martina. Składa się on z ekranu LCD i oprogramowania (wprowadzającego nieskończoną kombinację kolorów i zależności miedzy nimi). Drugi artefakt malarski na wystawie to pomalowany (!) na pomarańczowo-żółto (subiektywna pamięć kolorów) pas wykonany jako „Mapping" na betonowych architektonach.

Ciekawy paradoks.

Paradoksem jest również ,że wystawa bardzo mi się podobała. Naprawdę! Nie będę o tym jednak pisał (ale chętnie porozmawiam o niej z kimś przy kawie).
Wystawa i debaty: Tak!
No, a Manifest: NO! Nie!

W TYM TEMACIE CZYTAJ TAKŻE:
Wydarzenie o Manifeście Nooawangardy [tekst manifestu, tekst Jakuba Banasiaka oraz rozmowę Adama Mazura z Łukaszem Rondudą]
Paweł Możdżyński, Laboratorium jest zbudowane. O autonomii sztuki wyrażonej w „Manifeście Nooawangardy"