BWA w Jeleniej Górze sztuką współczesną stoi. Rozmowa z Janiną Hobgarską

OBRAZ JAKUBA REBELKI Z DWIEMA DZIEWCZYNKAMI - WARSZTATY DLA DZIECI NA TLE WYSTAWY JAKUBA REBELKI - FOT. LUIZA LASKOWSKA
OBRAZ JAKUBA REBELKI Z DWIEMA DZIEWCZYNKAMI - WARSZTATY DLA DZIECI NA TLE WYSTAWY JAKUBA REBELKI - FOT. LUIZA LASKOWSKA


Czy „Jeleniogórzanie są zakochani w swoim mieście" 1 ?

Myślę, że tak. Jelenia Góra od lat słynęła z inicjatyw kulturalnych, było o niej głośno w Polsce. Festiwal Teatrów Ulicznych, na długo przed Maltą, sprowadzał tu artystów ze świata i publiczność z całej Polski. Do dzisiaj wielu artystów wspomina, że zna Jelenią Górę z czasów MFTU. Jeleniogórzanie mieli powody być dumni z tego, że każdy o ich mieście słyszał. Te i temu podobne działania dały poczucie, że jesteśmy ważni, że to do nas wszyscy chcą przyjeżdżać. Rzeczywiście tak było i jest do czasów obecnych, tylko zmieniły się realia, porozmazywały autorytety. Jeleniogórzanie są w swoim mieście zakochani i nie godzą się na jego prowincjonalizm, chcą wyrazistej identyfikacji i zachowania swojego dawnego znaczenia.

Jakie miejsce zajmuje na mapie kulturalnej miasta Biuro Wystaw Artystycznych? Jest w Polsce wiele takich instytucji, prawie każde średnie miasto ma swoje średniej wielkości BWA, a one są równie ważne, jak BWA w dużych miastach.

Kto wie czy nie ważniejsze. Nie chcę powiedzieć, że tamte są mniej ważne, ale my jesteśmy jedyną instytucją w Jeleniej Górze programowo działającą na rzecz sztuki współczesnej. Jesteśmy po to, aby ułatwiać kontakt ze sztuką, pośredniczyć pomiędzy artystą a publicznością. My traktujemy to zadanie poważnie i solidnie. Zajmujemy się edukacją, starannie budujemy nasz program. W dużych miastach galerii jest więcej. Jeśli jedna działa słabiej, zastąpi ją inna. Nas nie miałby kto zastąpić. Są jeszcze trzy galerie, które działają przy domach kultury, ale nie są nastawione na promowanie sztuki najnowszej i dlatego śmiem twierdzić, że jesteśmy jedyni. Nasza odpowiedzialność jest dużo większa. Jelenia jest w specyficznej sytuacji, a może nie... może w takiej sytuacji są byłe miasta wojewódzkie. Ta specyfika polega na tym, że w momencie, kiedy powstał duży ośrodek, jedno silne centrum, to role takich miast, jak Legnica, Wałbrzych, Jelenia Góra, bardzo się zmniejszyły. Tym samym artyści i bardzo duża część młodych ludzi po prostu wyjeżdża do większych ośrodków, w związku z tym zostają w Jeleniej Górze ci, którzy nie mają takiej siły napędowej. Przeżywamy teraz trudne lata, lata odpływu naszej publiczności galeryjnej. Ta publiczność, wychowana do odbioru sztuki współczesnej, wyjeżdża - być może też w poszukiwaniu sztuki. Może więc wyjeżdża trochę przez nas.

Ale to nie jest problem, który dotyka tylko Jelenią Górę. We Wrocławiu jest podobnie.

To jest ogólny problem. Staram się, żeby nasze BWA walczyło o odbiorcę w różny sposób. Jedną z form, oprócz wystaw i działań edukacyjnych, jest wprowadzanie do galerii takich działań, które przyciągają inteligentnego, wykształconego rozmówcę, ale niekoniecznie odbiorcę sztuki. Mamy forum dyskusyjne pod nazwą Obserwatorium Karkonoskie. To są spotkania, można powiedzieć, elity z całej Kotliny Jeleniogórskiej, na których mówi się o różnych problemach związanych z regionem. I jest to jednocześnie forma poszerzania wiedzy o regionie i kształcenie postawy obywatelskiej. A z drugiej strony, jeśli przyjdzie do nas architekt, urbanista, ktoś, kto odbudował sobie pałac w Staniszowie, Wojanowie czy inwestuje w to piękne dziedzictwo kulturowe Kotliny w inny sposób, to jest to nasz naturalny sojusznik. Ja bardzo chcę i od lat tak kieruję galerią, żeby była ona żywym miejscem. Nawet jeżeli czasami troszkę odchodzę od ścisłego galeryjnego profilu, galeria - dzieło sztuki - odbiorca. Staram się, żeby była to instytucja zmieniająca się, zaskakująca, żeby było tu ciekawie. Wprowadzam różnego rodzaju propozycje kierowane do rozmaitych odbiorców. Jest miejsce dla Uniwersytetu Trzeciego Wieku, który od 10 lat ma w galerii zajęcia z wiedzy o sztuce i ja je sama prowadzę. Oni są świetnymi odbiorcami sztuki, mają czas, chcą się zastanowić, mają do czego się odnieść, czytali książki, mają wiedzę, która pozwala na zajmowanie stanowiska wobec czegoś, co jest na przykład kontrowersyjne. Kiedy mieliśmy wystawę Katarzyny Kozyry, panie oglądały Kastrata i inne trudne filmy wymagające jakiegoś przygotowania, i choć były na NIE, to chciały o nich rozmawiać, przyjmowały argumenty. To jest świetna publiczność, jestem nią zauroczona.

Miejsce spotkań mają u nas też młodzi fotografowie, którzy powołali swoje Forum Fotografii. Wspieramy młode inicjatywy poetyckie, pokazujemy działania twórcze dorastających dzieci artystów zamieszkujących nasze okolice. W ubiegłym roku prowadziliśmy całoroczny projekt pt. Recykling sztuki, gdzie odbywały się panele dyskusyjne dotyczące zjawisk artystycznych w muzyce, architekturze, filmie, teatrze. Naszymi gośćmi byli np. Jan Klata, Antoni Beksiak, Olga Pasiecznik czy Grzegorz Piątek. Otwieram galerię dla wszystkich tych, którzy uważają, że mogłoby tu być dla nich dobre miejsce do spotkań, rozmów.

Odzywa się czasem w Pani poczucie misji?

Jestem pedagogiem kultury i fotografem, ale to wykształcenie pedagogiczne mocno mnie kształtuje. Tak, mam poczucie misji. I uważam, że my jako galeria, nie możemy zajmować się tylko taką jasną klarowną metodą pracy - przygotowujemy wystawę, montujemy, zdejmujemy, robimy spotkanie z autorem i koniec. Staramy się zachęcić, zaczepić z innej strony, rozmawiać, argumentować i przekonywać widzów do uczestnictwa w życiu artystycznym bardziej wszechstronnie, jakby w wersji pogłębionej.

A osoby, które przechodzą, przyglądają się, zerkają tylko? Gdzie jest miejsce na odbiorcę nieprzygotowanego?

Jest miejsce w galerii. Przecież my po to prowadzimy tak szeroko zakrojone działania edukacyjne, aby ośmielić, przygotować, zachęcić.

Zdarzają się protesty?

Zdarzają się. To było kilka lat temu. Mieliśmy wystawę rzeźb Zbyszka Frączkiewicza, cykl żelaznych ludzi. Potężne, żeliwne postaci, składane z elementów i poskręcane śrubami. Jedna rzeźba stała przy dużym oknie na ulicę. Do galerii weszła pani z siatkami, obejrzała i mówi, że przecież jego to boli, miała łzy w oczach, mówi, jak można było go tak poskręcać, przecież to człowiek, jak tak można. To było niesamowite, wszyscy stali oniemiali zupełnie. Więc takie przykłady się zdarzają [śmiech], ale częściej są inne.

Lekki ferment jest wręcz nobilitujący dla galerii.

Reakcję wywołała praca Leszka Knaflewskiego Catolic Cola. Zdarzyła się prośba o zasłonięcie fragmentu rzeźby Frączkiewicza, fartuszkiem, bo procesja Bożego Ciała przechodziła obok galerii. Więc jesteśmy widziani. Ci przypadkowi widzowie z ulicy też zaglądają. Aczkolwiek jest pewien rodzaj onieśmielenia. Kiedy mieliśmy wystawę Artura Żmijewskiego Lekcja śpiewu i w dolnej sali, gdzie wielkie witryny wychodzą na deptak, wisiały fotografie kalekich osób, obserwowałam takie obrazki (szczególnie wieczorami, kiedy galeria jest oświetlona, a ulica dość pusta) przyklejonych nosów do szyby od ulicy [śmiech]. Ludzie mają opór przed wejściem. Wieczorem, kiedy nikt ich nie widzi, uprawiają takie podglądactwo.

A czy to nie jest jednak problem, że ludzie chcieliby zobaczyć, są chętni, ale boją się przekroczyć próg. Mam wrażenie, że w małym mieście jest to jeszcze silniejsze. Może warto nad tym popracować.

Pracujemy, ale to jest trudne, bo ta bariera jednak jest. I niestety wracamy do misji, do edukacji systemowej. Mamy w galerii naprawdę mocny, dobrze prowadzony program edukacyjny adresowany do praktycznie wszystkich grup wiekowych z przedszkolami włącznie, bo zdajemy sobie sprawę, że powinniśmy przygotowywać do twórczego uczestnictwa w kulturze, ale to zadanie przede wszystkim szkoły i rodziny. My możemy uzupełniać, ale nie możemy zastąpić szkoły. W ostatnich latach z edukacją szkolną na rzecz sztuki jest coraz gorzej, więc ten opór nie bierze się znikąd.

Poczucie wstydu, żeby się nie ośmieszyć, żeby źle nie wypaść.

Tak, bo ja nie rozumiem. Wielokrotnie, kiedy oprowadzam grupy szkolne, słyszę, ale ja nie rozumiem. Mówię: nie musisz rozumieć, patrz, otwórz się na to, co oglądasz. Są takie dzieła, których ja też nie rozumiem i nie staram się zrozumieć. Dzieło sztuki to rodzaj przekazu energetycznego. I nie bój się tego, że nie rozumiesz. Ale trzeba też powiedzieć, że przygotowanie do odbioru sztuki jest niestety kiepskie. Oprowadzałam kiedyś grupę uczniów po wystawie malarstwa Artura Nacht-Samborskiego. Wydawało mi się, że to sztuka zrozumiała dla wszystkich. I w dodatku wątki ekspresjonistyczne w jego twórczości, mówiłam więc i o ekspresjonizmie, i o samym artyście, a pani nauczycielka mnie delikatnie upomniała, że oni tego nie przerabiali! To do czego mamy się odnieść?! I to są tego rodzaju problemy. My musimy walczyć o odbiorcę i jesteśmy w tej walce trochę osamotnieni.

A ja właśnie miałam wrażenie, że tutaj, w Jeleniej Górze, jest trochę inna, lepsza sytuacja, bo utrzymujecie Państwo zażyłe stosunki z pozostałymi instytucjami kultury, Muzeum Karkonoskim na przykład. Patrząc tak zupełnie z boku, wydaje się, że jest w Jeleniej Górze niepisana sieć porozumienia, realizujecie Państwo również wystawy wspólnie z instytucjami kultury z Czech i Niemiec.

To prawda, mamy dobrą sieć instytucji kultury współpracujących ze sobą. Realizujemy duże projekty, mamy partnerów za granicą. I jak ktoś patrzy z zewnątrz, to mówi, że się kapitalnie dzieje. Owszem mam takie opinie, natomiast ja z mojej perspektywy, pewnie trochę idealistycznej, widzę, że jeszcze wiele musimy zrobić. To rozziew pomiędzy moimi oczekiwaniami, a tym, co jest. Nie jest to jednak zaniedbanie ludzi kultury, ale jakaś niemoc, która ma podłoże systemowe.

Ma Pani kompleks Wrocławia, bycia w cieniu tamtejszego BWA?

Nie, zupełnie nie. Współpracujemy ze sobą i zdarzyło się, że parę wystaw pojechało od nas do Wrocławia. Mieliśmy wspólne projekty. Kiedy Kasia Kozyra miała u nas wystawę, wyprodukowaliśmy jej film Opowieść zimowa, a na drugi rok - wspólnymi siłami z wrocławskim BWA, zrobiliśmy dodatkowy materiał i - na bazie starego, powstał nowy film, ale udział w jego produkcji mają obydwie instytucje. W tym roku wystawa Jakuba Rebelki przeniesiona została od nas do Galerii Studio BWA we Wrocławiu. Nie, nie mam kompleksu. Myślimy o sztuce podobnie i na swój sposób się wspieramy. Zazdroszczę Wrocławiowi tego, czego my nie mamy: mocnego środowiska artystycznego i akademickiego, fachowej prasy, krytyki artystycznej, tego, że tam są ci, których sobie wychowaliśmy, bo skończyli studia i już ich w Jeleniej nie ma, wpadają na wakacje i tyle. Ale to jest naturalne.

Wrocław zabiera Państwu publiczność?

W pewnym sensie, ale to bardzo dobrze, że młodzi ludzie szukają swojego miejsca właśnie tam. Kompleksu Wrocławia nie mam. Chciałabym mieć tylko więcej pieniędzy na działalność.

Państwo przecież zdobywacie granty z Ministerstwa Kultury. Wracając do wątku edukacyjnego, mam wrażenie, że linia edukacyjna jest lepiej rozwinięta niż w niejednym dużym, jak Pani określiła, wojewódzkim mieście! W tym roku też, zdaje się, udało.

Tak, w tym roku dostaliśmy dwa duże granty z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na edukację artystyczną. Jeden całoroczny projekt Test iluzji, który właśnie się odbywa, dotyczy szeroko rozumianej sztuki dizajnu. Mamy warsztaty, wycieczki artystyczne m. in. do huty szkła Glass Studio Borowski, a także wykłady charyzmatycznego Huberta Bilewicza, historyka sztuki, wykładowcy na ASP w Gdańsku. Adam Garnek w ramach warsztatów zbudował z młodzieżą instrument do wygrywania działań wizualnych, Jan Mioduszewski będzie przebudowywał fragment przestrzeni BWA z elementami malarstwa iluzjonistycznego. Drugi projekt ministerialny to Transfuzje. W tym projekcie łączymy działania interaktywne ze spotkaniami, w których chcemy poruszyć pewne nurty funkcjonujące w polskiej sztuce. Spotkaliśmy się już z autorami sztuki komiksu, Krzysztofem Gawronkiewiczem i Przemysławem Truścińskim, czeka nas spotkanie z Adamem Mazurem na temat fotografii, pokaz filmów Piotra Dumały i spotkanie z nim. Będziemy mówić, o tym, jak jest promowana polska sztuka za granicą, dlaczego artyści skupiają się wokół prywatnych małych galerii. Zorka Wollny właśnie prowadzi u nas warsztat z pogranicza performance i koncertu; wystąpi u nas Wojtek Bąkowski z Grupą Kot. Były performance'y Ani Syczewskiej, Artiego Grabowskiego, Angeliki Fojtuch. Do naszego małego ośrodka chcemy wpuścić kropelkę świeżej krwi z zewnątrz, zasilić propozycjami, których nam na miejscu brakuje.

FOT. KUŚMIROWSKIEGO - PIOTR MACHŁAJEWSKI
ROBERT KUŚMIROWSKI, FOT. PIOTR MACHŁAJEWSKI

Duże zainteresowanie było?

Bardzo duże, u nas performerzy zawsze budzą duże zainteresowanie. Mamy już spore doświadczenia w prezentacjach tego rodzaju sztuki i dobry odbiór. Może dlatego, że wtedy jest dużo ludzi i odbiorca czuje się jakoś bezpieczniej, nie ma tej obawy o osamotnioną konfrontację z czymś nieznanym.

Być może w tej bezpośredniej relacji, jaką stwarza performance, jest ukryta recepta na przełamanie niewidzialnej bariery strachu przed galerią.

Chyba tak. Mieliśmy taki performance Artiego Grabowskiego, który był bardzo ryzykowny: ostra muzyka, światło stroboskopowe, falująca podłoga, on atakujący publiczność, atmosfera strachu, niepokoju, a potem gwałtowna zmiana nastroju, ptaszki ćwierkają, zapala się światło, on przytula widzów, klasyczna manipulacja. Ludzie to świetnie czytali, nie było sytuacji, żeby publiczność podjęła z nim walkę, choć rzucał młodymi ludźmi o podłogę. W ramach projektu Słownik sytuacji w 2007 roku odbyły się dwa piękne performance'y Darka Fodczuka, Grupy Sędzia Główny, Katarzyny Kozyry, Pawła Kwaśniewskiego - żywe działania, z udziałem wielu ludzi. Były też zaskakująco wnikliwe i ciekawe rozmowy po tych swoistych spektaklach. Słownik sytuacji w 2008 roku opierał się wyłącznie na spotkaniach z wybitnymi postaciami polskiej sceny artystycznej, jak: Zbigniew Libera, Grzegorz Klaman, Łukasz Skąpski, Joanna Rajkowska, Elżbieta Jabłońska, z prezentacją ich dorobku, pokazami wybranych fragmentów twórczości i rozmowami z publicznością. Podjęte tematy i wybrani artyści to była naszym zdaniem oferta ciekawa, ważna, ale także kontrowersyjna. W zeszłym roku mieliśmy trzeci Słownik sytuacji i na nim skończyliśmy cykl. To były działania w przestrzeni publicznej. Mamy w mieście do dzisiaj realizację Jarosława Kozakiewicza. Obiekt nazywa się Dom niczyj i znajduje się w przestrzeni sakralnej mocno nasyconej energią miejsca, dawniej był tam ewangelicki cmentarz, teraz jest park. Robert Kuśmirowski wykonał trzy realizacje, w miejsce nieistniejącego epitafium z elementów prawdziwych zbudował nowe. Zrobił to, co zawsze - zafałszował rzeczywistość sztuki. Druga rzecz, to tablica na baszcie zamkowej z tekstem, który jest nieprawdziwy. Niby ta tablica została powieszona na cześć 60. rocznicy powstania Izby Rzemieślniczej w Jeleniej Górze, ale to oczywiście jest nieprawda, bo w 1920 roku nie było Jeleniej Góry tylko Hirschberg. I ta tablica zawisła, wywołując protest i kontrowersje, krzyk o fałszowanie historii, niszczenie zabytku. Mieliśmy złożoną interwencję do konserwatora zabytków. Był spory szum.

Wisi do tej pory?

Tak. Szum ustał. Zamieściliśmy na stronie internetowej rodzaj listu, w którym napisaliśmy, że celem tego fałszerstwa jest dojście do prawdy i sprostowanie fałszerstwa. Jeśli mieszkańcy Jeleniej Góry są tak bardzo zainteresowani, to możemy dojść do tego, komu tam się należy tablica, zbadać historię tego obiektu i zamontować prawdziwą tablicę.

Był odzew?

Żadnego. Tablica się opatrzyła, a niebawem trzeba będzie ją zdjąć. Trzecia rzecz, jaką zrobił Kuśmirowski, to ślad po nieistniejącej nigdy tablicy. Odkuł i ładnie zaaranżował miejsce na murze. Zaczęto nas wypytywać, co tam było. Chodziło o to, żeby zaintrygować, pobudzić ludzi do myślenia.

FOT. ZDJĘCIA REALIZACJI KOZAKIEWICZA - MARCIN LASKOWSKI
REALIZACJA JAROSŁAWA KOZAKIEWICZA,
FOT. MARCIN LASKOWSKI

Jak widać skutecznie! Państwo wiele miejsca poświęcacie tematowi tożsamości lokalnej, tematowi miasta, Karkonoszy, Śnieżki - Wielkiej Góry. To szczególnie ważny obszar zainteresowania?

Tak, jest ważny, dlatego, że Kotlina Jeleniogórska - to brzmi jak banał - przyciąga artystów od wieków. Zrobiliśmy ogromną wystawę Wspaniały krajobraz. Artyści i kolonie artystyczne w Karkonoszach w XX wieku. To była inicjatywa niemieckiej strony i naszego Muzeum, część współczesna przygotowana i wystawiana przez nas była w tej galerii. Od tego momentu zaczęto odgrzebywać, kto tu był i tworzył, jacy artyści, kto zatrzymywał się przejazdem, powstało do tego rzetelne, historyczne opracowanie. Nasza galeria robiła część współczesną, przeprowadzając także gruntowne badanie losów artystów osiadłych tutaj po wojnie i w latach osiemdziesiątych, kiedy zaczęło się coraz więcej powrotów artystów w Karkonosze. Na drugiej wystawie, którą zrobiliśmy z Niemcami i z Czechami, Wokół Wielkiej Góry, pokazaliśmy po raz pierwszy czeskie malarstwo karkonoskie. Tego nikt wcześniej nie badał, malarstwo czeskie jest u nas kompletnie nieznane, a oni są przecież 30 km stąd.

Chciałam zapytać właśnie o tę współpracę. Wydawałoby się zupełnie naturalnym, że nawiązywane są kontakty z sąsiadami, w formie chociażby projektów współpracy transgranicznej. To interesujące, bo Czesi to jedyny z sąsiadów, którego Polacy darzą względną sympatia, jednak na polu artystycznym niewiele się tutaj zadziało.

My próbujemy rozwijać taką współpracę, ale nie ma ona dobrych tradycji. Od wojny do stanu wojennego, współpraca była pozorna. Swobodne wizytowanie Czechów i nas nie było wcale takie łatwe. Byliśmy w tym samym obozie, ale jednak daleko od siebie.

To się zmienia teraz?

Zmienia się dużo, poprzez projekty unijne. My sami szukamy partnerów, ta łatwość komunikacyjna jest ogromna. Zaczęliśmy się poznawać, odwiedzać, informować. Mamy coraz szersze kontakty. Trudność dla nas polega na tym, że po stronie czeskiej jest mało galerii publicznych i nie jest łatwo znaleźć odpowiedniego partnera. Muzea mają swoje odpowiedniki, np. Muzeum Karkonoskie ma potężne muzeum w Libercu, ale muzeum libereckie wybiera Wrocław. Uczelnia w Jabloncu, z którą my współpracujemy, jest bardziej nakierowana na ASP we Wrocławiu. My jesteśmy za blisko.

To paradoks.

Faktycznie, paradoks. Niemniej jednak chcę powiedzieć, że z Czechami jest zupełnie dobrze, szczególnie na polu fotografii; oni mają bardzo dobre tradycje i silne środowisko. My w Jeleniej Górze też mamy prężne środowisko. Podejmiemy niebawem jakąś formę współpracy. Udało nam się już domówić z uczelnią w Jabloncu i szykujemy czeską prezentację dizajnu profesorów i studentów tej uczelni.

A z Niemcami?

Z Niemcami jest ten problem, że oprócz Drezna są tylko małe miasteczka, a Drezno, gdzie jest wspaniałe środowisko artystyczne, to naturalny partner dla Wrocławia. Bardziej współpracowaliśmy z Aachen, dzięki porozumieniom starostwa powiatu. Wymienialiśmy się artystami, jeździliśmy na plenery do nich, oni przyjeżdżali do nas. To nie jest taka współpraca, jaką by się chciało mieć, ale nie można powiedzieć, że jej nie ma. Najciekawsza współpraca była z Danią, galerią Image w mieście Aarhus, ale dlatego, że tam pracuje od lat osoba, która urodziła się w Polsce. Ona jest naszym ambasadorem polskiej sztuki w Danii. U nas pokazała kilka świetnych wystaw, m.in. fotografie Liusa Gonzalesa Palmy, fotografie kobiet z Ameryki Łacińskiej, to był przebój.

FOT. PERFORMANCE U ANGELIKI FOJTUCH - MARCIN OLIVA SOTO
PERFORMANCE ANGELIKI FOJTUCH, FOT. MARCIN OLIVA SOTO

Wielkie wystawy łączą się z wielkimi miastami. Może małe miasta są po to żeby sztuka powstawała. Nic dziwnego, że dla Drezna partnerem jest Wrocław, jeżeli już w ogóle. Niesamowita siła tkwi w lokalności, rola BWA w małym mieście jest ogromna; jak Pani mówi o nosach przyklejonych do szyby, to szczerze zazdroszczę. We Wrocławiu, który w końcu nie jest taki duży, wszystko się rozmywa.

U nas jest temperatura, jest energia. To prawda, wystawami miasto, może nie całe, żyje, one są zauważane, są komentowane na portalach internetowych, są wpisy, czasami okropne [śmiech]. Dla mnie każda wystawa z punktu właśnie jej odbioru jest zaskoczeniem. Był taki czas, kiedy wydawało mi się, że mamy stałą grupę odbiorców, takich, co są zawsze. Teraz częściej widać zróżnicowanie i wybory. Był u nas Józef Wilkoń. Piękna wystawa, dzieci i dorośli na wernisażu. Szczególnie zapamiętałam jednego pana w średnim wieku, wyjął z kieszeni zaczytaną książkę, gdzieś z lat sześćdziesiątych, z ilustracjami Wilkonia, mówi: mistrzu, ja proszę o autograf! Nigdy go nie widziałam ani wcześniej, ani później. Takie zachwycające sytuacje też się zdarzają. Byłam przejęta reakcją na Rebelkę, który przez środowisko nobliwych artystów, w średnim wieku, bo młodych prawie nie mamy, przyjęty był z rezerwą, że młody, szalony, że komiks, że się okaże za parę lat, nie wiadomo, co z tego będzie. A pojechałam na wernisaż do Wrocławia; na Ruskiej zobaczyłam galerię napchaną młodymi ludźmi, nie licealistami, ale studentami. Dlaczego u nas tak nie ma? Teoretycznie można powiedzieć, że są studenci, ale nie mamy środowiska.

Z tego wynika prosty wniosek dla galerii: tu jest inny odbiorca, we Wrocławiu jest inny, choć wcale nie tak bardzo różnorodny.

Staramy się, żeby program był urozmaicony i staramy się słuchać, czego od nas oczekuje publiczność. Teraz zamierzam dokonać lekkiego nawrotu do klasyki, bo kilka osób już mi mówiło, że chciałoby obejrzeć np. Jerzego Tchórzewskiego, Jana Tarasina, Józefa Hałasa, Kiejstuta Bereźnickiego. I faktycznie trzeba co jakiś czas wracać do klasyków. Bardzo chciałam pokazać obrazy Teresy Pągowskiej, ale niestety teraz to jest niemożliwe. Mam swoje sympatie artystyczne, ale staram się nadążać za tym, co w miarę nowe. Chcę, żeby jeleniogórzanie mieli dostęp do tego, co aktualne, wiedzieli, że nie muszą jechać do Warszawy czy Wrocławia, żeby zobaczyć jakąś ważną wystawę. Obecnie sprowadzam Interaktywny Plac Zabaw z WRO, bo uważam, że to jest piękna idea i trzeba to pokazać naszym dzieciom. Nasi lokalni artyści prezentowani pomiędzy tymi ważnymi młodego, średniego pokolenia, to też rodzaj satysfakcji i nobilitacji, poczucia, że wystawiają w dobrej galerii. Staram się utrzymywać proporcje, żeby nie było tak, że wystawa za wystawą, a brakuje prezentacji artystów stąd. Bo są tu piękne postaci. Urszula Broll-Urbanowicz, która przyjechała do Jeleniej z Katowic trzydzieści lat temu, Andrzej Boj Wojtowicz, który uciekł z Wrocławia i działa tutaj na rzecz szeroko pojętej lokalności, maluje portrety swoich sąsiadów, pokazuje je potem w zakrystii kościoła, próbuje scalać ludzi różnych wyznań, zaprasza do pozowania rabina, popa, pastora. Mieszka i tworzy tu Paweł Trybalski, malarz metafory, i wielu innych.

To bardzo ważne, żeby działając lokalnie, mieć na uwadze to, co się dzieje wokół, nie tracić szerszego kontekstu. Jeśli to się rzeczywiście udaje, to gratuluję. Ja jednak zachwyciłam się tytułem ostatniej wystawy „Zielona z Jelenią mylą mi się". Kapitalne, szczególnie w kontekście tego, co pani mówi o lokalności. Niesamowita autoironia, gratuluję pomysłu.

[śmiech] Wojtek Kozłowski wielokrotnie odsyłał artystów z Zielonej, którzy myśleli, że do Jeleniej jadą. Staram się wyłapywać tych artystów, którzy z Jeleniej Góry wyjechali albo wracają nasyceni tą wielkomiejskością. Staram się śledzić ich losy. Akurat na tej wystawie są absolwenci naszego jeleniogórskiego liceum plastycznego. Z Piotrem Machłajewskim, kuratorem wystawy, zaczęliśmy się przyglądać osobom, które skończyły nasze liceum i Uniwersytet Zielonogórski. Okazało się, że jest kilkoro ciekawych artystów, więc zaprosiliśmy ich, a tytuł urodził się w rozmowach z Wojtkiem Kozłowskim...

Wartość tego konceptu polega też na tym, że Jelenia Góra współpracuje z Zieloną Górą i jest to współpraca zupełnie spontaniczna, naturalna, pozbawiona kompleksów. Okazuje się, że na tej linii mogą dziać się szalenie ciekawe rzeczy.

Bo my jesteśmy otwarci na współpracę: z artystami, galeriami i jesteśmy gotowi na ryzyko artystyczne. Mam wrażenie, że po latach pracy nasze BWA jest dobrze notowane, choć może nie wygrywa rankingów.

Nie musi.

Prawda, nie musi.

To, co Pani mówi, jest zupełnie odmienne od Państwa wizerunku zamkniętego w dwóch słowach kluczach: natura i fotografia. Sentymentalny, romantyczny górski krajobraz stał się Państwa nieodłącznym atrybutem. Czy to przypadek, dezinformacja, czy zamierzona kreacja?

Te skojarzenia to zbieg różnych okoliczności, wspomnianej już wystawy Wspaniały Krajobraz. Kolonie artystyczne w Karkonoszach w XX wieku, Wokół Wielkiej Góry, wystaw Urszuli Broll-Urbanowicz, Henryka Wańka, wystawy Z Zamku Wieczornego, Zbyszka Frączkiewicza, który mieszka w Szklarskiej Porębie. To był taki czas, kiedy bardzo mocno eksponowaliśmy wątek natury, lokalności. Ten temat fantastycznie funkcjonował przez kilka lat, ale nie można ciągle tego samego problemu eksploatować. To nas nadal interesuje, ale w ostatnich może pięciu latach znacznie poszerzyliśmy obszar naszych zainteresowań. Fotografii jest również mniej, choć ciągle się ona pojawia. Niedługo będzie wystawa Dokument subiektywny. Wokół jeleniogórskiej szkoły fotografii.

Też z powodu Pani osobistych zainteresowań?

Tak, ale nie tylko. W Jeleniej Górze jest wielu fotografów. Od lat funkcjonuje pojęcie „jeleniogórskiej szkoły fotografii". Od ponad dwudziestu lat organizowane są karkonoskie plenery fotografii, Biennale Fotografii Górskiej, wielkie wydarzenie, z którego co kilka lat bierzemy wystawę do siebie. Nasze grono tworzą ludzie z Katowic, Opola, Poznania, wpisując się w nurt fotografii czystej, fotogenicznej, czyli tej skupionej na samej sobie, gdzie fotografia nie jest narzędziem, lecz celem bezpośrednim. Ta bezpośredniość polega na wyborze kadru tu i teraz, bez aranżacji, inscenizacji, a poprzez bycie w określonym miejscu, użyciu dostępnych fotografii atrybutów i wrażliwości fotografującego.

Tak więc to środowisko fotograficzne jest tutaj silnie obecne. Jeśli mogę mówić o artystycznym kręgu, to fotograficzny jest najliczniejszy, najmocniejszy i najbardziej garnący się ku sobie. Artyści sztuk wizualnych to są jednak bardzo osobne postaci; mogłabym mówić o każdym oddzielnie i już przestałam zabiegać o tworzenie tzw. środowiska. Fotografowie są bliżej siebie, chcą się spotykać, dyskutować.

Czy ma to przełożenie na amatorską twórczość artystyczną? Fotografia jest obecnie jedną z najpopularniejszych i najbardziej egalitarnych form uprawiania sztuki.

Zapewne ma, ale dzisiaj przy tej dostępności sprzętu i łatwości uzyskania obrazu każdy, kto bierze aparat, czuje się fotografem. Gorzej ze świadomością. My troszkę hamujemy ten owczy pęd, który jest niebezpieczny. Uczestniczyliśmy niedawno w wielkiej akcji, pod pretekstem pięćdziesięciolecia gazety lokalnej - „Nowin Jeleniogórskich", dziewięćdziesięciu fotografów o określonej godzinie, w różnych miejscach miasta wykonało jedno zdjęcie. Taki dokument miejsca i czasu. Później wystawę tych zdjęć pokazaliśmy w naszej galerii. To było takie otwarcie BWA na prawie dziewięćdziesięciu autorów: artystów, amatorów, o których wiedzieliśmy, że widzą więcej niż inni. Staramy się pokazywać świadomą fotografię i to, co ma większą wartość, ponadczasowy zasięg.

Jakie plany na przyszłość?

W przyszłym roku chcemy pokazać dwóch klasyków: ekspresjonistę Jacka Srokę z Krakowa i Bogdana Butenko, który robił scenografie do Kabaretu Starszych Panów i dawno temu wykonywał pierwsze komiksy. Chcemy obrazy tych artystów, może troszeczkę zapomnianych, przywrócić naszej pamięci. Planujemy pokazać Grzegorza Kowalskiego i jego pracownię, żeby po latach prezentowania sztuki krytycznej pokazać Profesora z jego młodym narybkiem. Wiemy, że ma wspaniały dar pedagogiczny, a jego pracownia jest nadal kuźnią talentów i jesteśmy tego ciekawi. Chcemy pokazać Kamę Sokolnicką, także czeską sztukę dizajnu z Jablonca. W obszarze naszych zainteresowań jest Aleksandra Ska, Olaf Brzeski. Chcielibyśmy zrobić duży ruch w przestrzeni miejskiej z udziałem Arka Bagińskiego i jego przyjaciół; myślę o działaniach slamowych; chciałabym zaprosić Macieja Kuraka, aby prowadził akcje performerskie w mieście. To na przyszły rok, bez sztywnych konkretów. Oczywiście będziemy aplikować o środki do Ministerstwa na program edukacyjny, a tym razem głównym tematem będzie architektura. Chcemy zaprosić jeszcze raz Jarosława Kozakiewicza z jego projektami utopijnymi, prowadzić wykłady o współczesnej architekturze.

Czytałam jeden z Pani tekstów o człowieku kulturalnym, w którym powołuje się Pani na definicję Andrzeja Tyszki. Cały ten tekst jest mocno sceptyczny wobec kondycji współczesnego człowieka kulturalnego. Z jednej strony czytając go miałam wrażenie, że stanowi on komentarz do jeleniogórskiej sytuacji, z drugiej strony kreśli Pani szerokie, ambitne plany, opowiada o udanych, cieszących się popularnością realizacjach, wydaje Pani piękne albumy, sporo dzieje się, a galeria wrosła w miasto. Czy może Pani komentarz się po prostu zdezaktualizował od tamtego czasu?

Nie, ten tekst napisałam dawno temu, ale nie jest dobrze... było lepiej. Pamiętam tłumy dzieci chcących uczestniczyć w karnawałach plastycznych; tę spontaniczność, aktywność i masowość niemal amatorskich grup teatralnych, muzycznych czy plastycznych. To zanika, człowiek kulturalny nie wstydzi się przyznać, że niewiele wie o kulturze.

Zmieniło się oblicze kultury, człowiek kulturalny się zmienił...

Ale na gorsze!

Może trzeba się przystosować do takiej zmiany?

Może ja się po prostu nie godzę na to, co widzę. Ambicją mojego pokolenia było chodzenie do teatru, czytanie, po prostu uczestniczenie w kulturze. Człowiek kulturalny, jeśli czegoś nie wiedział, to braki próbował nadrobić. Dzisiejszy człowiek nie wie i w ogóle się tym nie przejmuje. Tak bardzo te wartości kulturalne się odsuwają, sztuka tak naprawdę niewielu ludziom jest potrzebna. Jeszcze do niedawna uczestnictwo w kulturze dawało wielką radość ludziom; teraz coraz mniejszej grupie. Czekam, kiedy będzie ten powrót do instytucji kultury, a wierzę, że będzie.

Więc i ja czekam na te zmiany i powroty. Dziękuję serdecznie za rozmowę.

W tym temacie czytaj także:

Krzysztof Gutfrański, Wiedźma Ple-Ple, czyli telewizja jako projekt edukacyjny. Rozmowa z Moniką Weychert-Waluszko

Ewa Opałka, Od działu oświatowego do działu edukacji, czyli jak to się robi w Zachęcie
Ewa Opałka, Anna Bargiel, Cecylia Malik, Edukacja: Minimalistyczny miś lekarstwem na kryzys. Rozmowa o Małym Klubie Bunkra Sztuki.
Leszek Karczewski, Śmiało, obierz ziemniak. Edukacja w MS w Łodzi
Anna Taszycka, Edukacja: sztuka w kinie
CoCA Kolektyw: Katarzyna Jankowska, Marta Kołacz, Daniel Muzyczuk, Joanka Zielińska, Edukacja: sztuka cię szuka!
Monika Weychert-Waluszko, Edukacja w MSN. Rozmowa z Sebastianem Cichockim i Martą Dziewańską
Wojciech Szymański, Muzeum jedzie na Woodstock. Rozmowa z Jolantą Gumulą
Ewa Małgorzata Tatar, „Co artysta miał na myśli?", czyli o sztuce i edukacji
Dorota Jarecka, Biblioteka i reading room. Nowe muzea: edukacja czy zabawa?
Ewa Małgorzata Tatar, Dominik Kuryłek, Kuba Szreder, Pomiędzy krytyką instytucjonalną a krytycznością instytucji. O projekcie "Przewodnik" w Muzeum Narodowym w Krakowie
Janusz Byszewski, Grzegorz Borkowski, Adam Mazur, Muzeum nie tylko dla kuratorów: Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie z punktu widzenia edukatora
Kongres Kultury Polskiej, różni autorzy
Paulina Olszewska, T jak Tarnów, czyli lekcja ze sztuki współczesnej
Katarzyna Hołda, Edukacyjna aktywność wokół "Białej". Z Anną Nawrot i Janem Gryką rozmawia Katarzyna Hołda

FOT ARTI GRABOWSKI - JACEK JAŚKO
PERFORMANCE ARTIEGO GRABOWSKIEGO, FOT. JACEK JAŚKO
  1. 1. J. Hobgarska, http://www.karkonosze.ws/wielki_tydzien_dla_jeleniej_gory_informacje_973..., data dostępu: 01.07.2010.