Zdecydowanie szwajcarska jakość


Czego się można spodziewać po wystawach objazdowych? Może się wydawać, że to pytanie czysto retoryczne. Czego się można, spodziewać po objazdówkach mających na swej trasie postój w naszym kraju? Moje dotychczasowe doświadczenie uczyło, że niczego dobrego. Zwykle kiepskiego zestawu prac drugogarniturowych autorów. Z takim też wstępnym nastawieniem udawałem się do krakowskiego Bunkra Sztuki na wystawę szwajcarskiej fotografii. Głowę miałem też pełną złośliwych stereotypów na temat narodu zegarmistrzów, bankierów i pielęgnatorów przystrzyżonych trawników. Skądinąd nie myślałem jednak wcale o Wilhemie Tellu, czy z drugiej strony o dwuznacznej w czasie wojny postawie znanego producenta żywności instant, czyli firmie Maggi. Niezbyt szczęśliwie wybrane na plakat anonsujący tę ekspozycję zdjęcie Oliviera Christinata, raczej średnio zachęcało do zapoznania się z fotografiami autorstwa Szwajcarów.

Oliver Christinat
Oliver Christinat

A tutaj pełne zaskoczenie oraz powody do skruchy za nikczemne uprzedzenia. Już w pierwszej sali Bunkra Sztuki, na pierwszej od wejścia do galerii ścianie po prawej stronie, zetknąłem się ze świetnymi zdjęciami Nicolasa Faure. Wielkoformatowe fotografie, które za swój temat mają pejzaż z terenów Confedaratio Helvetica wyraźnie odstają od tego, co zwykle sączą nam do głów, kanały dystrybucji wizualnych informacji. Betonowe konstrukcje autostradowych estakad, klockowate i przeciętne budynki o przemysłowym przeznaczeniu, lokowane bezpardonowo w "naturalnym" pejzażu tego górskiego kraju nie są tutaj dysonansem, choć zapewne na poziomie autorskich intencji o tej dysharmonii mają świadczyć. Wszystko jednak poddane jest tutaj regułom wyważonej kompozycji, która u widza oglądającego zdjęcia Nicolasa Faure, paradoksalnie sprzyja... pewnego rodzaju asymilacji tych cywilizacyjnych wtrętów.

Panoramiczne fotografie Blthasara Burkharda, wiszące po lewej stronie, w kolejne sali na parterze Bunkra Sztuki od razu przyciągnęły moją uwagę. Oczywiście nie ze względu na swoje spore (przynajmniej metr wysokości pola obrazowego) rozmiary. Te dwa gigantyczne zdjęcia wykonane z luftperspektywy, jedno mające za swój temat pustynne wydmy w Namibii, drugie będące nocną panoramą miasta Meksyk, prezentują konsekwentny i bardzo konkretny sposób patrzenia. Nie idzie mi tutaj oczywiście o "podniebne" usytuowanie obserwatora tych krajobrazów, co o metodę traktowania rozpiętości tonalnej i kontrastu monochromatycznego materiału w bardzo zawężonej skali. W obu przypadkach sprawdza się ona znakomicie, wydobywając z zarejestrowanych motywów (eksplorowanych nader często w masowo produkowanej fotografii folderowej) niebanalny i zaprawiony dawką nostalgii kształt.

Nicolas Faure, A3 Schinizach - Bad AG, listopad 2001
Nicolas Faure, A3 Schinizach - Bad AG, listopad 2001

Dwie, również sporych rozmiarów fotografie Thomasa Flehtnera na przeciwległej ścianie powstały według prostego patentu. Pierwsze zdjęcie, prezentujące zbocze góry, wykonano przy otwartej migawce w czasie kilkudziesięciominutowej nocnej ekspozycji. W tym czasie autor lub jego asystent (?), konsekwentnie i względem siebie równolegle, trawersował pochyłą przestrzeń z pochodnią lub latarką w ręku. W wyniku długiej ekspozycji, na światłoczułym materiale zarejestrowane zostały świetliste ślady tych wędrówek. Druga fotografia wykonana została za dnia i widzimy na niej poziome ślady po wspomnianych trawersacjach. Patent prosty, ale nośny w znaczenie, a co najważniejsze sprawdzający się w warstwie czysto wizualnej.

Monicue Jacot, Kobiety wiejskie, 1984-1989
Monicue Jacot, Kobiety wiejskie, 1984-1989

Na krakowskiej wystawie niemal połowa prezentowanych na niej autorów, należy do fotografów uprawiających różnego rodzaju gry i manipulacje zarejestrowanym obrazem, za którymi - szczerze i oględnie mówiąc - nie przepadam. A mimo to, te właśnie prace Szwajcarów oglądałem bez irytacji, którą wywołują u mnie zazwyczaj podobne z ducha dokonania rodzimych fotografików. Na czym polega różnica? Myślę, że to kwestia (znowu, mówiąc oględnie) "kultury wizualnej". U Szajcarów, w przeciwieństwie do rodaków, wszystkie te gry i manipulacje sprawdzają się na poziomie fotograficznego obrazowania i nie budzą żadnych wątpliwości, co do wybranej strategii. Widać to np. w przypadku bauhasowskich z ducha, miejskich rejestracjach Luciano Rigolliniego, gdzie manipulacje głębią ostrości i przerysowaniami (jakie daje używanie teleobiektywów lub szkieł do makrofotografii), wyzwala geometryczno-abstrakcyjne kompozycje. Nad rodzimymi dokonaniami o podobnym charakterze, ciążą ciągle niestety anachroniczne tradycje... Fotoklubu Polskiego. To tak jakby zestawić Strawińskiego z discopolowym Bayer Fullem .

Aranżowane zdjęcia wspomnianego już na wstępie Oliviera Christinata, to dobry przykład do kontynuowania tematu wspomnianych akapit wyżej różnic. Kompozycja pt. "Deleitosa Estremadura" nawiązuje do zdjęcia Eugene W. Smitha z 1951 roku, wykonanego w Hiszpanii pod rządami gen. Franco. Na fotografii Christinata osoby czuwające przy rzekomym zmarłym, naśladują układ póz i gestów ze zdjęcia Smitha. Inne jednak jest oświetlenie (fleszowe studyjne w przeciwieństwie do naturalnej iluminacji wnętrza) inne ubiory i społeczne pochodzenie modeli. Przed wykonaniem tej pracy, szwajcarski fotograf miał już na koncie serię zdjęć (Photographies apocryphes 1994-1998), w których powracał do motywów religijnych zakorzenionych w ikonografii zachodnioeuropejskich sztuk plastycznych. W przypadku "Deleitosa Estremadura" pomimo pewnego "wyczyszczenia" sytuacji znanej ze zdjęcia Smitha, zasadnicza, "śmiertelna" treść cytowanego motywu dalej działa i to, co ciekawe z intensywnością pierwowzoru.

W tym momencie przychodzą mi na myśl rodzime aranżacje, powstające na podobnej zasadzie. Najbardziej chyba znane "Pozytywy" Zbigniewa Libery, pod względem fotograficznym są kompletnie położone, nie mówiąc o tym, że przesłanie całego tego cyklu niesie dość miałkie treści (co zresztą w przypadku tego artysty jest czymś wyjątkowym). W powtórnie aranżowanych sytuacjach znanych z europejskiego malarstwa przez członków Łodzi Kaliskiej, trudno znieść to natrętne mruganie okiem do widza (że my tu sobie niby tak robimy jaja ze sztuki). Konstruowane w podobnym duchu do Libery realizacje autorstwa Katarzyny Górnej, to już kompletna wtopa, zarówno pod względem wizualnym, jak i mentalnym. Ot, takie różnice.

Na wystawie Szwajcarów w Bunkrze Sztuki ciekawie zaistniał też reportaż. Czarno-biały cykl Monicue Jacot poświęcony kobietom mieszkającym i pracującym na wsi, posługuje się środkami wyrazu, chyba już dawno zapomnianymi przez fotoreporterów. Banalne sytuacje z codziennego życia, przedstawiane są tutaj w prosty (ale wcale nie banalny) sposób. Widać też pewien rodzaj więzi między modelem i fotografem oraz coś w rodzaju... zaufania (z czym niestety, sorry, nie spotkamy się we współczesnym polskim reportażu, gdzie od lat dominuje protekcjonalny stosunek do fotografowanych ludzi). Reportaż Manuela Bauera przedstawiający ucieczkę dwojga Tybetańczyków przez góry do Nepalu, to dobry przykład jak można konstruować narrację (w relacjonowanej historii dezercji z Ch.R.L.) przy pomocy obrazów. Powtarzające się ujęcie sylwetek ojca i córki w coraz to innym (tzn. położonym coraz wyżej) górskim pejzażu, w prosty i pozbawiony efekciarstwa sposób sugeruje widzowi upływ czasu, informując przy okazji o arcytrudnych realiach tej podróży.

Zdjęcia Szwajcarów pokazane w Krakowie zaimponowały doskonałą jakością produkcji wystawowych eksponatów. Oczywiście, można by powiedzieć, że znając poziom zamożności tego państwa nie ma w tym nic dziwnego. Jednak jakość wyprodukowanych prac, jest też przecież istotną składową artystycznej wizji, o czym nazbyt często zapominają organizatorzy wystaw w Polsce. A teraz pora na dwie łyżeczki dziegciu. W wybranym przez Andreasa Hertacha zestawie artystów zabrakło mi wyraźnie zdjęć Arnolda Odermatta. Seria fotografii karamboli jego autorstwa, które rejestrował jako zawodowy fotograf szwajcarskiej drogówki, czy też te kolorowe zdjęcia funkcjonariuszy pozujących przy pracy, byłyby ciekawym uzupełnieniem tego zestawu prac, powstających z "artystyczną" głównie intencją. Druga, znacznie większa porcja gorzkości, należy się redaktorom oraz twórcom oprawy graficznej, towarzyszącego ekspozycji katalogu. Jego nieszczęśliwy cegłowaty format oraz dizajnerska oprawa zupełnie nie pasują do reprodukowanych w środku zdjęć. Wręcz przeszkadzają w ich percepcji!

PHOTOsuisse. Przegląd szwajcarskiej fotografii
wystawa w Bunkrze Sztuki, Kraków, od: 8 listopada 2007 do 7 grudnia 2007

Luciano Rigolini ZH1, 1997
Luciano Rigolini ZH1, 1997

Balthasar Burkhard, Meksyk, 1999
Balthasar Burkhard, Meksyk, 1999

Thomas Flechtner, Spacery- Chli Rinderhorn, 1999
Thomas Flechtner, Spacery- Chli Rinderhorn, 1999