Więcej światła. O pierwszej akcji MSW w Krakowie


Jednym z pierwszych, o ile nie pierwszym, wydarzeniem zorganizowanym przez Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie we współpracy z Centrum Żydowskim w Oświęcimiu była, jak czytamy na ulotce towarzyszącej, "performatywna instalacja Światłość w ciemności" autorstwa Agnes Janich, młodej artystki mieszkającej między Polską a Stanami Zjednoczonymi. Światłość w ciemności to cykl akcji artystycznych, które odbyły się wcześniej w Winterthurze i Barcelonie. Wydarzenie zorganizowane przez MOCAK miało miejsce nad rzeką Sołą przy byłym KL Auschwitz, jak zaznaczone było w zaproszeniu, co sugerowało od razu, że rzecz będzie się działa w miejscu niezwykle naznaczonym kontekstem historycznym. Do Oświęcimia z Krakowa przywiózł nas specjalnie przygotowany przez Muzeum autokar. Po przyjeździe, gdy publiczność złożona z widzów z Krakowa i tych z Oświęcimia zebrała się, rozpoczęła się instalacja performatywna. Elementami, które możemy opisać jako składające się na nią, były pochodnie ogrodowe ustawione w równych od siebie odległościach i oświetlające drogę wiodącą od ulicy nad brzeg rzeki Soły. Oprócz pochodni, każdy z uczestników otrzymał: foremkę do pieczenia (łódeczkę), kartkę papieru, zapałki, długopis i świeczkę. Część performatywną owej instalacji tworzyli wyłącznie przybyli na wydarzenie widzowie, którym po przybyciu została przydzielona rola uczestników/wykonawców performensu. Stworzyliśmy zatem, jak czytamy dalej w tekście ulotki, efemeryczny pomnik żywych. Nie odbyło się to jednak z udziałem publiczności, lecz raczej w wykonaniu publiczności, którą artystka pokierowała i wykorzystała jako tworzywo. Jako publiczność zostaliśmy poproszeni o wyobrażenie sobie, że jesteśmy w Krakowie w czasie wojny i zostaliśmy zatrzymani przez niemieckiego najeźdźcę w jednej z łapanek. Jak zachowalibyśmy się w takiej sytuacji, czy potrafilibyśmy uciec, schować się pod podłogą jakiegoś opuszczonego budynku? Czy dalibyśmy się złapać? W poprzednich wersjach performensu publiczność miała napisać na otrzymanych kartkach imiona osób, które zostały wtedy złapane, tych, które nie przeżyły. W wersji zorganizowanej w Oświęcimiu artystka poprosiła nas o napisanie imion osób, które kochamy, które są dla nas najważniejsze. Kartki te następnie włożyliśmy wraz z zapalonymi świeczkami do foremek-łódek, które puściliśmy na wodę. Dziesiątki zapalonych foremek odpłynęły powoli z nurtem rzeki. Na tym właściwie performens się zakończył, po czym część publiczności odjechała autokarem do Krakowa.

Wracając do Krakowa zastanawialiśmy się, co właściwie się wydarzyło? Jakie było znaczenie całego wydarzenia? Do czego potrzebne było nasze (publiczności) uczestnictwo? Jakie reakcje emocjonalne starano się wywołać w uczestnikach i czy rzeczywiście takie było zamierzenie? Do czego potrzebne było to konkretne miejsce? I wreszcie, czy kontekst miejsca sprawiał, że akcja ta miała być inna od wcześniejszych z cyklu Światłość w ciemności, które miały miejsce w Winterthurze i Barcelonie?

Odpowiadając na pytanie o publiczność i jej udział w wydarzeniu, można stwierdzić, nawet należy to podkreślić, że została ona po prostu wykorzystana jako tworzywo, składnik owej performatywnej instalacji. Artystka przekonywała nas, że żaden performens nie istnieje bez publiczności, że nie ma sztuki bez odbiorców. Owszem, to prawda. Publiczność jest warunkiem sine qua non zaistnienia takich wydarzeń; w tym sensie nie ma sztuki bez niej i bez pojawienia się relacji pomiędzy sztuką a uczestnikiem. W tym przypadku jednak publiczność została instrumentalnie wykorzystana. Przywiezieni w okolicę KL Auschwitz uczestnicy zostali dopiero na miejscu poinformowani o tym, że właściwie to oni sami wykonają performens. Świadomość, że to my bierzemy odpowiedzialność za samo zaistnienie akcji, że nie będziemy biernymi, lecz aktywnymi jej uczestnikami, że nasza rola została z góry zdefiniowana i ściśle określona, wszystko to w połączeniu z poetyką wypowiedzi artystki proszącej o wypisanie i spalenie imion ukochanych osób, sprawiło, że nie był to partnerski układ ani umowa zawierana w ramach konwencji określonych przez formułę performens lub estetykę relacyjną, ale jej pogwałcenie zbudowane na szantażu emocjonalnym i żargonie autentyczności. Jeżeli wydarzenie to kreowało niezapomnianą atmosferę, była to atmosfera kiczu egzystencjalnego i emocjonalnego. Jaką właściwie artystyczną rolę odegrała artystka-performerka? Nie wiemy.

Niestety nie tylko uczestnicy - w tym Konsul Generalny Republiki Federalnej Niemiec oraz przedstawiciele władz Oświęcimia - zostali instrumentalnie potraktowani przez artystkę. To samo należy powiedzieć o jej stosunku do miejsca. Znajdując się w bliskim sąsiedztwie obozu, nad brzegiem rzeki, z której nurtem płynęły prochy ofiar - co zostało nam zresztą przypomniane przez artystkę - nie sposób nie czuć czegoś szczególnego i bolesnego zarazem. Musiała to dobrze rozumieć sama artystka. Jednak w tym wypadku, emocjonalna waga samego wydarzenia zupełnie nie współgrała i nie oddawała szczególności i powagi miejsca. Akcja nie została zaaranżowana dla miejsca, przeciwnie, to miejsce miało podbić jej emocjonalną wartość, odgrywając rolę swoistego dla niej alibi tak, że poczucie szczególności miejsca zmieniło się szybko w poczucie niesmaku.

Co prawda, artystka wspominała, składając podziękowania organizatorom, o swojej kuratorce, jednak nie została nam ona przedstawiona i żaden jej tekst nie towarzyszył wydarzeniu. Szkoda, bo może to wyjaśniałoby wiele wątpliwych kwestii. Zabrakło także jakiegokolwiek kuratorskiego/merytorycznego wsparcia ze strony MOCAK-u - współorganizatora wydarzenia. To bardzo zastanawiające i niepokojące zarazem, zważywszy, że była to pierwsza tego typu akcja, w którą zaangażowało się nowopowstające muzeum i dlatego możemy rozumieć ją jako pewnego rodzaju inaugurację działalności tej placówki.

Niepokój wzbudza także to, że obecna w Oświęcimiu dyrektorka Muzeum, Maria Anna Potocka, stwierdziła w swoim przemówieniu, że miejsce (KL Auschwitz) jest niezwykle istotne dla przyszłej historii kierowanej przez nią placówki. Po raz kolejny tego dnia miejsce miało legitymizować i dawać alibi nie tylko działaniom samej artystki, ale i posunięciom programowym dyrektorki. Nie chcemy oczywiście dewaluować znaczenie tego miejsca dla Krakowa, historii i - biorąc pod uwagę przyszłą siedzibę instytucji na terenie dawnej Fabryki Oskara Schindlera - samego Muzeum. Jednak symbolika i powaga tych miejsc nie może stanowić jedynej silnej strony pokazywanej w nim czy promowanej przez nie sztuki. Być może dłuższa wypowiedź kogoś z zespołu kuratorów muzeum na temat tego, dlaczego takie akcje artystyczne zyskują jego zainteresowanie i wsparcie (jak wiadomo, opisywana akcja nie jest jedyną, dość wspomnieć pomysł zainstalowania Dotleniacza Joanny Rajkowskiej i Auschwitzwieliczka Mirosława Bałki na terenie Muzeum), a jednocześnie odnosząca się do akcji Agnes Janich, pomogłaby uniknąć wszystkich tych wątpliwości i wrażenia, że artystka została pozostawiona sama sobie.

W obecnej sytuacji pojawia się odczucie, że jedyną „podporą", właściwie jedyną znaczącą w całym wydarzeniu, jest problem Zagłady. Jednak ważny problem nie generuje automatycznie ważnej sztuki i podejmując takie tematy, trzeba o tym pamiętać. Kwestie te, których poruszanie w sztuce czy - szerzej - w kulturze, uważamy za rzecz doniosłą i pożądaną, sprawiają, że podejście krytyczne, tak łatwe w przypadku mniej obciążonych symbolicznie tematów, staje się problemem, i to problemem niemalże etycznym. Spotyka się z wewnętrzną walką. Dlatego ważne jest, byśmy, jako krytycy, wymagali rzetelnego wyjaśnienia, dlaczego pamięć ofiar i nasze emocje zostają uwikłane w dany projekt artystyczny. Sprecyzowany i dobrze przygotowany merytorycznie komentarz na temat wykorzystywanej w pracy symboliki (w przypadku akcji Światłość w ciemności nie jesteśmy pewni, do jakiej ikonografii/symboliki/tradycji odnosić się miał rytuał puszczania świeczek na wodzie) jest niezbędny, jeśli praca nie broni się sama. Ostatnimi czasy swoistą modą stało się unikanie komentarzy (czy to przez artystów, czy przez kuratorów) w imię haseł im mniej słów, tym lepiej czy wszystko jest w dziele. Świadoma rezygnacja z rozbudowanej eksplikacji minimalizuje co prawda niebezpieczeństwo „przegadania" dzieła, jednak trzeba się wtedy liczyć z tym, że cała odpowiedzialność za uzyskany efekt spadnie bezpowrotnie na samą pracę, a tej konkretnej obronić nie sposób.

Agnes Janich, Światło w ciemności, performatywna instalacja nad rzeką Sołą przy byłym KL Auschwitz, Oświęcim 25.04.2010, organizacja: Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie, Centrum Żydowskie w Oświęcimiu.

Fot. dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie

AGNES JANICH, ŚWIATŁO W CIEMNOŚCI
AGNES JANICH, ŚWIATŁO W CIEMNOŚCI