"Nieadekwatna historia sztuki konceptualnej" czyli przepisywanie awangardy

 Piotr Woźniakiewicz
Piotr Woźniakiewicz


Sztuka konceptualna to artystyczny kawior. Ceniona przez koneserów, lecz nie dla wszystkich - nawet wśród wąskiego grona tzw. miłośników sztuki - strawna. Tym bardziej zwraca uwagę wzmożone w ostatnich latach zainteresowanie nią artystów i kuratorów. Dług, jaki wyrodny postmodernizm zaciągnął u swojej konceptualnej matki, zdaje się być powoli ale konsekwentnie spłacany.

Projekt "Nieadekwatna historia sztuki konceptualnej" Silvii Kolbowski, prezentowany aktualnie w CSW Zamek Ujazdowski zasadza się na błyskotliwym w swojej prostocie pomyśle. Mimo nadużywania słowa "projekt", jest ono w tym kontekście najwłaściwsze, bo to właśnie nie "praca" czy "dzieło". Artystka poprosiła osiemdziesięciu artystów - wśród nich takie postacie jak Lawrence Weiner, Hans Haacke czy Louise Lawler - o przypomnienie jakiejś pracy lub działania z pola sztuki konceptualnej (w najszerszym znaczeniu, w którym w ramach "konceptualizmu" mieszczą się zarówno land art, arte povera czy rozmaite przejawy działań performatywnych) z czasów jej najbujniejszego rozkwitu, a więc od połowy lat sześćdziesiątych do półmetka następnej dekady. Ostatecznie Kolbowski wykorzystała dwadzieścia nagrań. Efekt mógł być banalny, owocujący wykładami z dziejów sztuki współczesnej tudzież sentymentalnymi wspomnieniami podstarzałych artystów z rozrzewnieniem przywołujących złote czasy burzy i naporu. Kolbowski dokonała jednak kilku istotnych zabiegów powodujących, że projekt wykracza poza prostą strategię oral history. Swoboda rozmówców ograniczona została bowiem do wyboru prac i wydarzeń. Artystka wyznaczyła im ściśle określone wymagania: muszą mówić anonimowo, wyłącznie z pamięci, nie podając nazwisk artystów o których opowiadają ani tytułów ich realizacji, ograniczając się do wspomnianego okresu 1965-75 (ten wymóg bywa jednak przez rozmówców łamany). Zgodnie z przyjętą zasadą anonimowości Kolbowski nie pokazuje twarzy biorących udział w projekcie. Na wielkim ekranie możemy obserwować ich gestykulujące dłonie, nie korespondujące jednak z ilością i kolejnością emitowanych w sąsiedniej sali nagrań. Do tego intrygujący bonus w polskiej edycji wystawy - prezentowany obok zasadniczej instalacji - "Człowiek z marmuru" , zapętlony i bez dźwięku.

fot. Piotr Woźniakiewicz
fot. Piotr Woźniakiewicz

Zdaniem Mignon Nixon siła "Nieadekwatnej historii sztuki konceptualnej" zasadza się między innymi na tym, że stanowi ona osobliwą mieszaninę projektu artystycznego i historycznego. Cóż, osobliwa to historia ogołocona z nazwisk i tytułów prac, naznaczona licznymi pomyłkami i przesunięciami - wszystkim figlami, które płata pamięć. Przekonanie, jakoby sztuka posiadała w równym stopniu co nauka mandat opisywania rzeczywistości (wyrażane chociażby przez Artura Żmijewskiego) ulega w pracy Kolbowski nie tyle spełnieniu co demaskacji, ujawniając mechanizmy zarówno artystycznej manipulacji (dlaczego artystka z 40 nagranych wypowiedzi użyła w pracy zaledwie połowy?) jak i zwodniczości ludzkiej pamięci, będącej podstawą przekazywanych ustnie dziejów. Projekt Kolbowski ukazuje, w jaki sposób historia - w tym historia sztuki - funkcjonuje w świadomości uczestniczących w niej osób, jak odkształca się i zaciera. Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że zamiast sztuki konceptualnej (jak wspomniałam, rozumianej przez artystkę niezwykle szeroko, co, nawiasem mówiąc, grozi sytuacją rozmycia używanego pojęcia), można było przeprowadzić nieadekwatną historię sztuki współczesnej czy wręcz nieadekwatną historię sztuki w ogóle.

To "przepisywanie" jej dziejów, wyznaczanie alternatywnej historii i uporczywe próby dotarcia do "prawdziwej" wersji przeszłości zdaje się bowiem tkwić u genezy projektu. Właśnie z tym aspektem pracy doskonale koresponduje umieszczona w jednej z baszt zamku projekcja filmu Wajdy. Artystka twierdzi, że chciała użyć takiego obrazu, który stanowi dla Polaków ikonę i którego projekcja, nawet pozbawiona dźwięku i podpisów, jest automatycznie rozpoznawana, `generując PRZYWOŁANIE obrazów wypełniających pokłady polskiej pamięci. Wybór filmu nasuwa wątpliwości. "Człowiek z marmuru" to film większości Polakom dobrze znany, ale nie na tyle, aby każdy jego fragment był natychmiast rozpoznawalny. Chcąc uzyskać ten efekt, lepiej należałoby sięgnąć raczej po "Popiół i diament" czy "Rejs", jakkolwiek trywialnie nie wyglądałoby to w kontekście całej pracy. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że obecność "Człowieka z marmuru" wykracza poza banalne dążenie do eksploracji pokładów pamięci w "polskiej duszy". Jego fabuła - uporczywe, ale wciąż kończące się niepowodzeniem próby odkrycia prawdy o Birkucie przez główną bohaterkę - stanowi doskonałe, choć przewrotne pendant do reszty projektu Kolbowski.

Projekcja Człowieka z marmuru, fot. Mariusz Michalski
Projekcja Człowieka z marmuru, fot. Mariusz Michalski

Owo nawiązanie sugeruje niemożność dotarcia do obiektywnej prawdy o przeszłości, której oficjalna wersja - a prawdopodobnie także każda kolejna - naznaczona jest arbitralnym doborem paradygmatów. Stąd już krok do postulatów new art history i postmodernistycznego przesunięcia dyskursu w refleksji nad historią. Terminy "postmodernizm" i "dekonstrukcja" w kontekście projektu Kolbowski nigdzie się wprawdzie nie pojawiają, a ich nieobecność w kontekście pracy tak rozpraszającej punkty odniesienia związane z konceptualizmem zdaje się być wręcz niepokojąco uporczywa. Być może dzieje się tak dlatego, że po trzydziestu latach nadzwyczaj intensywnego funkcjonowania tych pojęć na arenie refleksji nad sztuką zaczęły one pełnić rolę zużytych klisz, a sytuacja, którą opisują - naturalnym stanem, w jakim funkcjonują wszelkie przejawy twórczości artystycznej. W wypadku projektu Kolbowski ów aspekt ponowoczesnego przepisywania konceptualizmu, czy szerzej - awangardy jest jednak uderzający. Anonimowość zarówno rozmówców jak i twórców opisywanych przez nich prac można odnosić z jednej strony do przekonania o "śmierci autora", z drugiej stanowi alternatywę wobec nadobecności artystycznych gwiazd modernizmu (przeważnie mężczyzn) w świecie sztuki. W pewnym sensie owa alternatywa jest jednak złudna. Anonimowość nie pozwala na wyciągnięcie mniej znanych przejawów awangardowej sztuki zza całunu zapomnienia, na jakie historia skazała wiele z opisywanych prac. Kolbowski wskazuje na olbrzymią różnorodność konceptualizmu z okresu, w którym święcił swoje największe triumfy, skłaniając do pytania: dlaczego przeciętna interesująca się sztuką osoba w początkach nowego tysiąclecia rozpoznaje z owych zastępów konceptualnych artystów i artystek jedynie kilkanaście nazwisk? Dlaczego akurat te a nie inne? Czy faktycznie w grę wchodzi jedynie wartość artystyczna? Dyskurs kształtowany przez świat sztuki prowadzi w białych rękawiczkach bezwzględną selekcję - podobnie jak czyni to sama Kolbowski - arbitralnie dobierając grono rozmówców użyte w pracy.

Wystawa amerykańskiej artystki może być jednak odczytywana jako konceptualna sensu stricto i to wcale nie dlatego, że biorący w niej udział twórcy i opisywane przez nich prace wrzucimy do przepastnego worka z napisem "konceptualizm". Do szpiku konceptualny jest sam projekt - i to w najbardziej ortodoksyjnym kossuthowskim rozumieniu, jako refleksja na temat istoty sztuki i sposobu jej funkcjonowania. Przy minimalnym nakładzie środków i pozbawionej fajerwerków stylistyce operującej pozornie prostym przekazem dotyka najistotniejszych kwestii dotyczących twórczości w jej intelektualnym aspekcie. Wprowadzenie do instalacji - będącej zasadniczo nagraniem audio - ogromnego ekranu przedstawiającego dłonie rozmówców stanowi uderzający kontrapunkt wobec zdematerializowanej, skrajnie intelektualnej formy twórczości artystycznej, jakim jest (był?) konceptualizm. Skupienie uwagi autorki na dłoniach wypowiadających się artystów to strategia wyjątkowo przewrotna. Konceptualizm to przecież ten kierunek w sztuce, który ostatecznie wyrugował z twórczości aspekt manualnej zręczności. Kolbowski umieszczając ową odrzuconą strategię w centralnej części pracy, pomiędzy pozbawionymi fizycznej obecności, "niematerialnymi" nagraniami roztrząsającymi problem pamięci, wprowadza w przestrzeń konceptualizmu intelektualny ferment i stawiając nieśmiertelne pytanie: co w rzeczywistości jest istotą sztuki - biegłość techniczna czy błyskotliwość umysłu? Owa zasadnicza kwestia pozostaje jednak bez jednoznacznej odpowiedzi.

Gabriela Jarzębowska

Silvia Kolbowski, "Nieadekwatna historia sztuki konceptualnej", CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa, 9.03-22.04.2007

fot. Mariusz Michalski
fot. Mariusz Michalski

fot. Mariusz Michalski
fot. Mariusz Michalski