Laboratorium-uzdrowisko Sokołowsko

Sokołowsko

Sokołowsko jako miejsce związane ze sztuką stawało się już z wolna nazwą trochę mityczną, bowiem coraz więcej osób słyszało o powstającym tam Laboratorium Kultury, a wciąż niewiele widziało to miejsce na własne oczy.

Słyszeliśmy, że Fundacja In Situ, założona w 2004 r. przez Bożennę Biskupską i Zygmunta Rytkę, przeniesiona została z centralnej Polski gdzieś daleko na Dolny Śląsk; że tych dwoje artystów sprzedało swój piękny dworek w podwarszawskiej Podkowie Leśnej i kupiło w nieznanym szerzej Sokołowsku jakąś bardzo malowniczą ruinę i tam, nie zważając na przestrogi praktycznie nastawionych znajomych, z wielkim zapałem instaluje instytucję współczesnej sztuki, w międzyczasie obudowując trzy obiekty. Co takiego znaleźli w Sokołowsku? Przede wszystkim chyba wyjątkowy genius loci, na który składa się wizualny i atmosferyczny mikroklimat oraz bliższa i dalsza historia tego miejsca.

Budynek sanatorium Brehmera tzw. Zamek, fot. Zygmunt Rytka
Budynek sanatorium Brehmera tzw. Zamek, fot. Zygmunt Rytka

W połowie XIX wieku, gdy miejscowość nazywała się Görbersdorf, z inicjatywy lekarza Hermanna Brehmera powstał tam kompleks architektoniczny stanowiący bazę profesjonalnego uzdrowiska dla osób ze schorzeniami górnych dróg oddechowych, które zyskało ogólnoeuropejską renomę i podobno było wzorem dla powstałego później słynnego kurortu w Davos. Główny budynek Sanatorium dr Brehmera, zbudowany w stylu neogotyckim, wyglądał jak zamek i tak jest do dziś nazywany. Po II wojnie światowej wraz z sześciohektarowym parkiem funkcjonował nadal jako sanatorium, jednak ulegał stopniowej degradacji, ale np. jeszcze w 1986 roku przebywał w nim na leczeniu Jerzy Ludwiński i z tej okazji Fredo Ojda i Andrzej Dudek-Dürer przeprowadzili wtedy artystyczne działania dla kuracjuszy. W 2005 w wyniku pożaru spaliła się znaczna część budynku, w tym cały dach, i obiekt, wpisany do rejestru zabytków pod nr 1888, znalazł się w stanie - wg opinii wojewódzkiego konserwatora - katastrofy budowlanej. A jednak Fundacja In Situ dostrzegła w nim potencjał i rozpoczęła w 2009 roku odbudowę (z niedużym, ale jednak, wsparciem MKiDN oraz władz województwa dolnośląskiego). W Sokołowsku w latach 1951-55 mieszkał Krzysztof Kieślowski, w domu naprzeciw kinoteatru Zdrowie, o czym informuje m.in. tablica umieszczona w 2006. Dawne kino, zbudowane pod koniec XIX w. jako hotel Bergland, także kupiła Fundacja In Situ i już w lecie 2009 zorganizowała w nim warsztaty filmowe.

Wnętrze sanatorium Brehmera w trakcie odbudowy, z lewej Bożena Biskupska, fot. Zygmunt Rytka
Wnętrze sanatorium Brehmera w trakcie odbudowy, z lewej Bożena Biskupska, fot. Zygmunt Rytka

Okazję, by naocznie przekonać się, czym jest Sokołowsko i co tam można zdziałać, stworzyło w sierpniu bieżącego roku zdarzenie artystyczne „Konteksty - Festiwal w Sokołowsku", którego głównym ośrodkiem było właśnie dawne kino Zdrowie. Określenie „festiwal" uzasadnione było dużą liczba uczestniczących w nim artystów, jednak charakter imprezy w naturalny sposób ukształtował się w rodzaj pleneru-sympozjum: spotkania artystów i krytyków sztuki umożliwiającego prezentacje (perfomansy, akcje, projekcje) i towarzyszące im dyskusje/rozmowy w zmiennych i spontanicznie powstających podgrupach. Takie plenery-sympozja w latach 60. i 70. pełniły w Polsce ważną rolę mikrolaboratoriów sztuki, a w ostatnich dwóch dekadach niestety właściwie zanikły. Spotkanie w Sokołowsku pokazało, że są znowu potrzebne. Uzdrowiskowy mikroklimat oraz inspirująca przeszłość i teraźniejszość Sokołowska okazały się idealne do tego, by na kilka dni oderwać się od spraw i obowiązków związanych ze środowiskami, w których na co dzień funkcjonujemy, a jednocześnie sympozjalny program stymulował zajęcie się sprawami, które są dla nas istotne.

Fragment Sokołowska, fot. Zygmunt Rytka
Fragment Sokołowska, fot. Zygmunt Rytka

Konteksty

Przywołane w nazwie wydarzenia określenie „konteksty" sugerowało, by w duchu koncepcji Świdzińskiego skorzystać z możliwości dostrzeżenia specyfiki miejsca, w którym się znaleźliśmy, a także skłaniało do zastanowienia nad możliwościami, jakie może stworzyć obecność artystów i sztuki w miejscu oddalonym od centrów kultury. Jan Świdziński nie mógł z powodu choroby przyjechać do Sokołowska, ale obecny był w innej postaci: w holu kina zaprezentowano fotografie z jego „Działań lokalnych na Kurpiach" z 1977 roku (wykonane przez Romualda Kuterę) a w sali na piętrze kina - fotografie z performansów Świdzińskiego z cyklu „Puste gesty". Nawiązał do nich bezpośrednio Jerzy Kosałka w swoim wesołym, ale nie prześmiewczym wystąpieniu „Pełne gesty" - jak sztukmistrz pokazał trik z gumką przeskakującą na dłoni. Inni uczestnicy sympozjum także pragnęli wykonać coś wobec „Pustych gestów" i z inicjatywy Leszka Krutulskiego powstała, dokumentowana przez niego, spontaniczna akcja: fotografie gestów wykonanych na tle fotografii z gestami Świdzińskiego; w ten sposób „puste gesty" stały się znaczące. Niewymuszonych odniesień do twórcy koncepcji sztuki jako sztuki kontekstualnej było zresztą więcej. Anna Kutera prezentację swoich wybranych realizacji rozpoczęła od opowieści o wspólnych ze Świdzińskim „Działaniach lokalnych na Kurpiach", ukazując, jak stopniowo ulegało dekonstrukcji ich przekonanie o istnieniu czystej, źródłowej kultury lokalnej. Na podstawie prezentacji jej późniejszych prac ciekawe było też prześledzenie, w jak różny i niedogmatyczny sposób obecne jest w twórczości Kutery reagowanie na różne kulturowe konteksty. Zakończenie pokazu efektowną destrukcją ekranu, na którym wyświetlane były dokumentacje prac artystki, dało przekonujący, choć paradoksalny efekt przeniesienia przedstawionych działań do kontekstu sokołowskiego - zniszczony ekran tkwił na ścianie kina jako samodzielny artefakt. Do koncepcji Świdzińskiego odnosiło się, mniej lub bardziej bezpośrednio, także kilka wystąpień w ramach panelu dyskusyjnego na zakończenie tego pleneru-sympozjum. Adam Sobota zwrócił przy tej okazji uwagę, że dyskusje toczące się w Sokołowsku przypominają te, które toczyły się w środowiskach nowej sztuki w latach 70., ale z jedną różnicą: stanowiska, które w tamtych latach były wobec siebie antagonistyczne, dziś bardzo się do siebie zbliżyły i tworzą właściwie wspólny, choć zróżnicowany nurt refleksji.

Prezentacja dokumentacji „Działań lokalnych na Kurpiach" w kinoteatrze Zdrowie, fot. Leszek Krutulski
Prezentacja dokumentacji „Działań lokalnych na Kurpiach" w kinoteatrze Zdrowie, fot. Leszek Krutulski

Jerzy Kosałka, „Pełne gesty", fot. Leszek Krutulski
Jerzy Kosałka, „Pełne gesty", fot. Leszek Krutulski

Anna Kutera, zakończenie prezentacji, fot. Grzegorz Borkowski
Anna Kutera, zakończenie prezentacji, fot. Grzegorz Borkowski

Tegoroczne „Konteksty" w Sokołowsku były pierwszą edycją projektu inicjującego proces poszukiwania formuły zdarzenia i rozpoznawania potencjału tego miejsca. Szukano też różnych strategii nawiązania do miejscowych kontekstów, a właściwie do tego, co interesującego zostało w Sokołowsku zastane i znalezione in situ. Nie sposób tu przedstawić wszystkich propozycji, ale trzy z nich wyznaczyły najbardziej odmienne kierunki działań.

Kontekstualna strategia najpełniejszy wyraz uzyskała w „Działaniu dla Papy" Adama Klimczaka. Jest to kontynuacja działań rozpoczętych około 1997 roku, a dotyczących ojca artysty. Klimczak zabrał wszystkich na spacer do kliku wybranych miejsc w Sokołowsku; w każdym z nich powtarzał jak w rytuale pewne czynności, stanowiące znaki zachowań jego nieżyjącego już ojca, umieszczał jego fotograficzny portret i opowiadał inny epizod z jego życia. Bardzo osobista opowieść wpisana została w indywidualnie wybrane w miasteczku obiekty, które stały się dla uczestników akcji umownymi punktami odniesienia, skłaniającymi do poświęcenia im uwagi. Działanie to uzmysłowiło, jak skutecznym impulsem do uważności jest powiązanie miejsc w przestrzeni z emocjami, nawet jeśli zaczerpnięte są z zupełnie innego kontekstu.

Adam Klimczak, „Działanie dla Papy", fot. Leszek Krutulski
Adam Klimczak, „Działanie dla Papy", fot. Leszek Krutulski

Adam Klimczak, „Działanie dla Papy", fot. Leszek Krutulski
Adam Klimczak, „Działanie dla Papy", fot. Leszek Krutulski

Całkowicie odmiennym zabiegiem zmiany kontekstu było umieszczenie prezentowanej wcześniej w CSW Zamek Ujazdowski wystawy Zygmunta Rytki i Krzysztofa Wojciechowskiego „When I'm 64" w sanatorium Biały Orzeł w Sokołowsku. Zainstalowanie wystawy podejmującej temat przemijalności i upływu czasu w obiekcie o klimacie zdecydowanie szpitalnym nadało jej dosyć posępną wymowę, ale może i takie ryzyko warto było podjąć.

Zygmunt Rytka na otwarciu wystawy „When I'm 64" w sokołowskim sanatorium, fot. Leszek Krutulski
Zygmunt Rytka na otwarciu wystawy „When I'm 64" w sokołowskim sanatorium, fot. Leszek Krutulski

Jeszcze inaczej sytuacja in situ wyzyskana została w działaniu „Niedefiniowalne", przeprowadzonym przez Zygmunta Piotrowskiego (alias Noah Warsaw) i Paulinę Kempisty na skraju miejskiego parku. U podnóża łagodnego pagórka porośniętego wspaniałą trawą pojawiły się dwie niemal nieruchome postacie. Poruszały się niezależnie od siebie, bardzo powoli, często zastygając jakby w pół gestu, co tworzyło niemal hipnotyczne wrażenie. Niedaleko od nich toczyło się życie w innym tempie: na brukowanym skwerze chłopaki grali w piłkę, raz na kilka minut obok cicho przejechał uliczką samochód a na trawie dalej powoli trwało działanie. Ponieważ akcja planowana była najpierw w innym miejscu i część osób tu nie dotarła - widzów było niewielu, rozlokowali się luźno i podobnie jak performerzy znieruchomieli, stając się mimowolnie częścią akcji; wytworzyła się więź uczestnictwa w milczącym rytuale o intuicyjnej formule a powiązanym wyraźnie z naturą, ziemią, drzewami, trawą. Trudno powiedzieć ile czasu to trwało, może pół godziny, może mniej. Postacie zaczęły się do siebie zbliżać, aż do oparcia się o siebie plecami. Jeszcze wykonały jeden, dwa gesty i już można było odczuć, że zakończyły działanie. I wtedy niespodziewanie zaczął padać deszcz. Wrażenie, że spowodował to wykonany właśnie rytuał było tak silne, że nie sposób mu przeciwstawiać postawę racjonalną. Zresztą, skoro rzecz była nazwana „niedefiniowalne", to chyba taka powinna pozostać.

Noah Warsaw i Paulina Kempisty, „Niedefiniowalne", fot. Leszek Krutulski
Noah Warsaw i Paulina Kempisty, „Niedefiniowalne", fot. Leszek Krutulski

Noah Warsaw i Paulina Kempisty, „Niedefiniowalne", fot. Leszek Krutulski
Noah Warsaw i Paulina Kempisty, „Niedefiniowalne", fot. Leszek Krutulski

Noah Warsaw i Paulina Kempisty, „Niedefiniowalne", fot. Leszek Krutulski
Noah Warsaw i Paulina Kempisty, „Niedefiniowalne", fot. Leszek Krutulski

Laboratorium prezentacji

Prezentacji w dawnym kinie Zdrowie było ponad trzydzieści, przede wszystkim performansy i projekcje z komentarzami. Kino, a właściwie kinoteatr, ma ciekawą architekturę wewnętrzną, której atuty artyści skrzętnie wykorzystali: jest bowiem teatralna scena, przed nią, poniżej podłogi miejsce dla małej orkiestry, fotele na sali dają się dowolnie przestawiać lub całkiem usunąć, a do tego jeszcze spory balkon pozwalający z góry oglądać akcje.

Andrzej dudek-Dürer, fot. Leszek Krutulski
Andrzej dudek-Dürer, fot. Leszek Krutulski

Jan Rylke, „Święty Jerzy ze smokiem w zmaganiach okrutnych" , fot. Leszek Krutulski
Jan Rylke, „Święty Jerzy ze smokiem w zmaganiach okrutnych" , fot. Leszek Krutulski

Dominik Jałowiński, „Modne-niemodne, wygodne-niewygodne", fot. Leszek Krutulski
Dominik Jałowiński, „Modne-niemodne, wygodne-niewygodne", fot. Leszek Krutulski

Zaproponowany program obejmował najróżniejsze odmiany performansu: Jan S. Wojciechowski działał dokonując metamorfozy rzeźby; Jan Rylke przeprowadził quasi spektakl „Święty Jerzy ze smokiem w zmaganiach okrutnych" na wzór tragedii z widownią w roli chóru; Dariusz Fodczuk próbował widzów wprowadzić w hipnozę przy pomocy konsumpcyjnej mantry; Ryszard Ługowski z imponującym instrumentarium tybetańskich mis i gongów chińskich przedstawił medytacyjne misterium; niezmiennie pogodny Andrzej Dudek-Dürer obecny był w trzech postaciach: żywej rzeźby, autora transowych filmów i performera; były też ujmujące prostotą gesty wizualne, np. działanie rysunkowe, które wykonała swoim ciałem Małgorzata Rybka. W roli dokamerowego performera objawił się filozof z zawodu Bogusław Jasiński.

Świetnie skomponowany pokaz wideo, przygotowany przez WRO Art Center, ukazujący rozszerzone o nowe media formuły performansów, zakończył porywający energią film Wojciecha Doroszuka, przedstawiający czarnoskórego rapującego poetę-performera.

Z pewnością zapamiętany będzie także przedpremierowy pokaz krótkiego filmu „Run Free" zrealizowanego w Radomiu przez Piotra Wysockiego i Dominika Jałowińskiego; film nawiązuje do represji po strajku w Radomiu w 1976 roku, ale w całkowicie freestylowym duchu, a występują w nim współcześni policjanci z oddziału prewencji i brawurowi parkourowcy. Jałowiński przedstawił też dowcipny performans „Modne-niemodne, wygodne-niewygodne", wykorzystujący film zrealizowany w Kijowie w kolejce do Centrum Sztuki Współczesnej Pinczuka.

Filmy Witosława Czerwonki przypomniały m.in. performansy z festiwalu „Real Time. Story Telling" w 1991 roku w Sopocie. Powstał z tego - a przecież nie wymieniłem wszystkich elementów programu - swoisty laboratoryjny tygiel propozycji i inspiracji. Na ich tle, na zasadzie nie zawsze dającej się zwerbalizować alchemii, wyłoniło się kilka prezentacji będących ze sobą w intrygujących relacjach i one właśnie stały się dla mnie znakami tegorocznego laboratorium w Sokołowsku.

1.

Józef Robakowski w wyborze swoich prac nazwanym „Akcje", stawiającym temat pierwszych gestów artysty zapowiadających najważniejsze wątki późniejszej twórczości, pokazał miedzy innymi słynny film „Idę" z 1972. Jest to rodzaj performansu kamerą: Robakowski, dźwigając ciężką analogową kamerę, magnetofon i dwa akumulatory, wchodzi na metalową więżę spadochronową, licząc na głos stopnie. Ten czarno-biały film, w którym w miarę wchodzenia odsłania się coraz szerszy widok, jest zapisem na tyle wyraźnego zespolenia autora ze sprzętem filmowym, że widać, jak w działanie autora wpisany został jakby ciężar tego sprzętu i zapisany konkretny etap technologii filmowej, właśnie ten analogowy, z taśmą, magnetofonami itd. Dziś z cyfrowym sprzętem wejście na tę samą wieżę wyglądałoby na filmie inaczej, ale prawdopodobnie w ogóle taki pomysł filmu by nie powstał. I następnego dnia po pokazie Robakowskiego w Sokołowsku występuje Ryszard Piegza.

Ryszard Piegza „Obcy nadchodzi", fot. Leszek Krutulski
Ryszard Piegza „Obcy nadchodzi", fot. Leszek Krutulski

Pierwsza część jego performansu też mogłaby się nazywać „Idę". W zupełnie ciemnej sali Piegza chodzi szybkim krokiem, wyświetlając na podłogę (z małego projektora umieszczonego na głowie) „podłoże", po którym idzie - trawę, trotuar czy cokolwiek innego. Obecna technika umożliwia chodzenie po wycinku rzeczywistości ze swojego filmu. Oprócz niewątpliwej poetyckości tego działania dostrzec można, być może przez skojarzenie z wspomnianym filmem Robakowskiego, w jak innej epoce technologicznej jesteśmy, a przejawia się ona i w tym, że mógł powstać pomysł, który tak świetnie i lekko zrealizował Piegza.

Janusz Bałdyga „Flagi", fot. Leszek Krutulski
Janusz Bałdyga „Flagi", fot. Leszek Krutulski

Janusz Bałdyga „Flagi", fot. Leszek Krutulski
Janusz Bałdyga „Flagi", fot. Leszek Krutulski

Drugi raz ten sam film Robakowskiego, na innej zasadzie kojarzenia, przypomniałem sobie w czasie performansu Janusza Bałdygi zatytułowanego „Flagi". Na ustawionej niemal pionowo, ale nie umocowanej w żaden sposób, dużej (i ciężkiej) drewnianej płycie rysował linie, utrzymując płytę w stanie równowagi jedynie przez dociskanie do niej kredy, którą rysował. Drewniana płyta ze swoją bezwładnością była dla Bałdygi jednocześnie partnerem działania i przeciwnikiem, bo w chwili nieuwagi mogła się przewrócić; ograniczała swobodę działania performera, ale była też jego atutem, bo prowadził działanie zmierzające do skonstruowaniu przy jej użyciu obiektu, w którym jej znaczny ciężar był istotny. Był to więc także - jak u Robakowskiego z kamerą - rodzaj analogowego współdziałania. Walorem analogowej akcji jest to, że widoczne jest w niej działanie sił, a właśnie na ukazaniu ich działania bazują performansy Bałdygi. Dla Robakowskiego użycie analogowej kamery wynikało z etapu dostępnej technologii; dziś oczywiście posługuje się sprzętem cyfrowym. Dla Bałdygi posługiwanie się analogowymi obiektami jest wynikiem samej koncepcji jego performansów.

Z współczesnym etapem dostępności technologii, który w tak naturalny sposób przywołał w swoim działaniu Ryszard Piegza, ciekawie korespondowała realizacja filmowa Mateusza Pęka „Powtarzalne figury, autentyczne wybory" - która w warstwie dźwiękowej (rodzaju spreparowanego akustycznego performansu) zawierała wypowiedź do złudzenia przypominającą profesjonalną reklamę bliżej nieokreślonego sprzętu elektronicznego oferującego użytkownikom wielkie możliwości, które co prawda trudno było pojąć, ale entuzjastyczne nastawienie mimo to udzielało się słuchającym. Zastanawiająca była tylko powtarzająca się i użyta w tytule tej pracy fraza - „powtarzalne figury, autentyczne wybory" - która zdawała się sugerować, że unifikacja form ma dla użytkowników elektronicznego sprzętu jakieś głębsze, może sięgające podświadomości znaczenie. Mateusz Pęk od pewnego czasu realizuje dosyć intrygujące rzeźbo-instalacje z obiektów o zunifikowanych elementach, które trudno rozwikłać, może więc jest na tropie jakiegoś nowego fenomenu.

2.

W dwóch pokazach w interesujący sposób wystąpiło przeciwstawienie się pokusie, by przebieg performansu traktować jak historię opowiadaną działaniami. Takie fabularne nastawienie widzów jest pułapką oddzielającą na ogół od postrzegania tego, co dokonuje się w działaniach performerskich. Performans Ewy Świdzińskiej miał właściwie strukturę trailera, który nie jest streszczeniem fabuły filmu, lecz raczej uchwyceniem charakteru realiów, do jakich sięga, i typu działań, jakimi się posługuje. Składał się z wielu krótkich epizodów jakby wyjętych z dłuższych zdarzeń, a przedstawionych w afabularnych sekwencjach. Motywem wiodącym była tu nagość performerki, traktowana jednakże jako pewien kostium czy ubiór uzupełniany różnymi dodatkami, rekwizytami, czynnościami. Kolejne działania Świdzińskiej konsekwentnie modyfikowały znaczenia jej podstawowego „kostiumu", co tylko podkreślało właśnie jego stałą obecność i - można powiedzieć: na dobre i złe - jego niezbywalność. W jednym epizodzie performerka zaznaczyła wprost odwrócenie znaczenia kostiumu: wyjęła z torby sukienkę, jednak nie włożyła jej, lecz zawiesiła na scenie jak element dekoracji, w której występuje. Niemal każdy z epizodów równie dobrze mógł być pierwszym, jak i ostatnim; były kapsułami krótkich momentów czasu, które mogą swobodnie zmieniać kolejność, bo są znakami wielokrotnie powtarzających się zdarzeń.

Ewa Świdzińska, fot. Leszek Krutulski
Ewa Świdzińska, fot. Leszek Krutulski

Ewa Świdzińska, fot. Leszek Krutulski
Ewa Świdzińska, fot. Leszek Krutulski

Ewa Świdzińska, fot. Leszek Krutulski
Ewa Świdzińska, fot. Leszek Krutulski

Czy jest to sposób postrzegania czasu bliski szczególnie kobietom? Lepiej nie generalizować, ale trochę podobnego sposobu operowania czasem użyła w swoim performansie Izabela Chamczyk. Z tą jednak różnicą, że jej składał się z jednego epizodu, w którym czas został zamknięty w powtarzalnym cyklu.

Izabela Chamczyk, fot. Leszek Krutulski
Izabela Chamczyk, fot. Leszek Krutulski

Izabela Chamczyk, fot. Leszek Krutulski
Izabela Chamczyk, fot. Leszek Krutulski

W ciemności więc wyświetlana była na podłodze zapętlona sekwencja, ukazująca z góry fragment brzegu morza z rytmicznie napływającą i cofającą się falą. Widzowie otoczyli ten filmowy obraz, a u ich stóp realna performerka poruszała się turlając od brzegu do brzegu kadru, jakby unoszona falami. Jej postać w białej szacie wtapiała się w projekcję filmową, tworząc wspólnie sugestywny obraz. Stawał się on jednak z upływem czasu coraz bardziej niepokojący; zdawaliśmy sobie przecież sprawę, że mamy przed sobą nie tylko film i że w tej estetycznej metaforze bezbronności uczestniczy żywa osoba, obijająca się na podłodze, a uwięziona w stałym cyklu falowania i otwartym na upływ czasu zamyśle autorki pokazu. Nasyciwszy się kontemplacją żywego obrazu, widzowie zaczęli stopniowo przybliżać się do performerki, aż do zupełnego zablokowania jej możliwości ruchu, co zakończyło akcję - choć obraz został ich decyzją unicestwiony, jego fabuła pozostała niedomknięta.

*

Na koniec jeszcze coś o upływie czasu w Sokołowsku, a właściwie o oddziaływaniu jego aury. Akurat w trakcie sympozjum „Konteksty" w „Tygodniku Wałbrzyskim" zamieszczono krótki tekst z dwoma fotografiami zatytułowany „Tajemnicza tablica w sokołowskim parku". Reporter odkrył bowiem na trawniku nieopodal budynku dawnego sanatorium Brehmera kamienną tablicę solidnie zamontowaną poziomo na ziemi. Odczytał na niej inskrypcję - „Ile deszczu, ile wiatru, ile stóp ludzkich potrzeba, by zniknęły te słowa" - nie znalazł natomiast nazwiska jej autora ani fundatora. Ocenił, że tablica z tym przesłaniem może „mieć grubo ponad 100 lat", zdziwiło go zatem, że w czasach, gdy był tu Görbersdorf , napisana została po polsku. Nie wiedział, że odkrył tak świetnie wkomponowaną w kontekst pracę Jacka Bąkowskiego, powstałą zaledwie dwa lata temu w ramach działalności Fundacji In Situ. Potrzeba legendy i specyfika Sokołowska działają ,jak widać, na wyobraźnię.

tablica z tekstem Jacka Bąkowskiego w sokołowskim parku, fot. Grzegorz Borkowski
tablica z tekstem Jacka Bąkowskiego w sokołowskim parku, fot. Grzegorz Borkowski

Konteksty; artyści: Izabela Chamczyk, Witosław Czerwonka, Andrzej Dudek-Dürer, Darek Fodczuk, Dominik Jałowiński, Małgorzata Kazimierczak, Adam Klimczak, Marek Konieczny, Leszek Krutulski, Anna i Romuald Kuterowie, Anna Leśniak, Natalia LL, Ryszard Ługowski, Łukasz Prus-Niewiadomski, Mateusz Pęk, Ryszard Piegza, Izolda Pietrusiak, Józef Robakowski, Marek Rogulski, Małgorzata Rybka, Jan Rylke, Zygmunt Rytka, Ewa Świdzińska, Waldemar Tatarczuk, Noah Warsaw, Piotr Wejchert, Jan S. Wojciechowski, Ewa Zarzycka.

Uczestnicy panelu: Grzegorz Borkowski, Jolanta Ciesielska, Wojciech Ciesielski, Łukasz Guzek, Bogusław Jasiński, Anna Markowska, Kazimierz Piotrowski, Andrzej Saj, Adam Sobota.

Kurator: Łukasz Guzek, Laboratorium kultury http://sokolowsko.org/ , Sokołowsko, 10-14.08.2011.

 

Już za chwilę w Sokołowsku festiwal filmowy „Hommage a Kieślowski" (23-25 września 2011)