Baraca - romska inwencja wobec bezdomności

Przedstawiony w "Obiegu" projekt  "Kwestia romska. Projekt z większością", zrealizowany w Koninie, nie był jedynym w tym roku artystycznym projektem dotyczącym tej społeczności w Polsce.  Koniński projekt podjął między innymi temat specyficznej romskiej architektury,  ale w jej fantazyjnej odmianie willowej.  Zupełnie innym przejawem inwencji architektonicznej są romskie budowle nazywane przez nich "baraka", których dotyczyło działanie Aleksandry Kubiak  przeprowadzone latem tego roku w Muzeum Etnograficznym we Wrocławiu.

Baraca [wym.: baraka] to wersja architektury powstającej przy minimalnych kosztach, szybko i według wypracowanego kulturowo wzoru, zapewniającego najbardziej podstawowe funkcje domu.  

Chociaż ten model domu nie jest raczej możliwy do bezpośredniego zastosowania przez ludzi spoza kultury romskiej łączy się jednak z kwestią podjętą w tekście i filmie "Glosa o bezdomności".  Ale właśnie w odniesieniu do tak podstawowego zagadnienia jak bezdomność uświadomić sobie możemy jak głęboko sięgają różnice kulturowe między - w tym wypadku - społecznością romską i polską.  To uświadomienie pozwala nam lepiej rozumieć zarówno naszych sąsiadów, jak i nas samych. Tak pogłębiona o egzystencjalny i społeczny wymiar etnografia, nie jest już czysto akademicką dziedziną wiedzy, lecz wkracza w zakres wiedzy o kulturowych uwarunkowaniach naszej praktyki. (G.B.)

Aleksandra Kubiak, Wojciech Kozłowski
Aleksandra Kubiak, Wojciech Kozłowski

Oni są bardzo specyficzni, albo my jesteśmy specyficzni

Wojciech Kozłowski: Dlaczego Cyganie i dlaczego Wrocław?
Aleksandra Kubiak : Cyganie mieszkają we Wrocławiu, na nielegalnym koczowisku przy ulicy Kamieńskiego. O miejscu, sytuacji, ludziach dowiedziałam się z prasy. Chwilę później zostałam zaproszona do tegorocznej edycji projektu „OUT OF STH - Sąsiedzi". Sąsiedztwo Romów i Polaków zastanowiło mnie. Zdałam sobie sprawę, że przecież relacje sąsiedzkie nie są tylko łatwe, nawet częściej bywają skomplikowane, a tutaj ten poziom trudności jest większy, bo mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch kultur.

Mówimy najpierw o Cyganach, a dopiero po jakimś czasie przypominamy sobie, że lepiej by było powiedzieć Romowie, bo to pierwsze słowo niesie ze sobą znaczenia negatywne. Bo jest choćby słowo „cyganić". Twoim pierwszym pomysłem było wydeptanie ścieżki między barakami koczowiska a okolicznymi domami. To sąsiedztwo nie układa się dobrze. Twoja ścieżka miała być takim symbolicznym połączeniem, ale...
...ale nie miała nośności. Wydawało mi się, że potrzebne jest nawiązanie kontaktu, potrzebna jest ścieżka mediacyjna między wioską romską a osiedlem wrocławian. Wydawało mi się, że jak ją wydepczę, to wrocławianie zauważą Romów, a Romowie zauważą wrocławian. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że wrocławianie owszem, obserwują koczowisko z okien, Romowie nawet często przychodzą do mieszkańców blokowiska, z różnymi prośbami, jednak ze względu na to, że ta sytuacja trwa długo, trzy lata, a koczowisko cały czas się rozrasta, mieszka w nim już około siedemdziesięciu osób...
...to po prostu mają jej dość.
Tak, po prostu mieszkańcy pobliskich bloków mają tego serdecznie dość.

Co jest też jakoś zrozumiałe. Sąsiedztwo stało się dość palącą kwestią. No i co? Postanowiłaś zrobić coś zupełnie innego, wyprowadzić całą sytuację z tej przestrzeni?
Kiedy pierwszy raz przyjechałam na koczowisko, moją uwagę zwróciły domy, które na nim stoją i w których mieszkają Romowie; oni nazywają je baraca. Postanowiłam taki dom potraktować jak obiekt sztuki i pokazać w muzeum etnograficznym.

Aleksandra Kubiak, Wojciech Kozłowski

I zaproponowałaś im układ...
Tak, układ, transakcję wiązaną, bo okazało się, że dla Romów absolutnie nieważne było to, że dom będzie obiektem sztuki czy kultury. Na mnie patrzyli jak na zwariowany obiekt, który z niezrozumiałych względów mówi, że mieszkają w bardzo ładnych domach.

Ale tego chyba się spodziewałaś?
Dla mnie było bardzo ważne, że we Wrocławiu jest Muzeum Etnograficzne zajmujące się badaniem kultur, ich migracją. Zastanowiło mnie, dlaczego nie ma w nim najmniejszej wzmianki na temat tego koczowiska. To przecież już mała wieś, liczna społeczność.

W wypowiedziach dotyczących tego projektu wspominałaś, że romski barak wydał ci się wcieleniem dzisiejszych idei designerskich, że to coś, co spełnia wszystkie dzisiejsze postulaty ekologii i recyklingu.
Tak, w stu procentach jest z recyklingu, bo wszystko, z czego jest zbudowany, zostało przez Romów znalezione. Niesamowite jest to, że to jest dom, zrobiony z drzwi. Element, który my postrzegamy jako otwierający przestrzeń, w romskich domach ją zamyka, definiuje, buduje.

W jaki sposób udało ci się namówić ich do współpracy? Wspomniałaś, że idea sztuki nie jest dla nich w tym wypadku wystarczającą wartością.
Razem z Anną Galik ze stowarzyszenia NOMADA zaczęłam się zastanawiać, co jest Romom potrzebne do życia, co możemy im zaoferować w ramach tej współpracy. Na koczowisku brakuje wielu rzeczy. Zaproponowaliśmy im agregat generujący prąd w zamian za zbudowanie na terenie Muzeum takiego domu. No i teraz mają prąd.

Jak przebiegała budowa?
Romski dom buduje cała rodzina: mężczyźni, kobiety i dzieci. Mężczyźni zajmują się zbieraniem elementów, budowaniem konstrukcji, kobiety - dekorowaniem wnętrza; oczywiście we wszystkich czynnościach biorą udział dzieci. To zadanie nie było proste, nie odbyło się bez poślizgów w czasie, zerwania umowy, narad na koczowisku, zmiany planów. Na spotkaniu kończącym projekt dowiedziałam się, że w trakcie narad uzgodniono, że mam dobre serce więc warto ze mną pracować. Nie brałam pod uwagę tego, że Romowie też myślą o białych w kategoriach stereotypowych. Biały posiada mnóstwo negatywnych cech: śmieje się z biedy, tworzy mityczne opowieści o gangach cygańskich, urąga ludziom, którzy są gorzej wykształceni, jest eurocentryczny.

Ale generalnie się udało. Film, który powstał, pokazuje właściwie tylko ten proces budowy. Pominęłaś negocjacje, nawiązywanie relacji. Nie było problemów z językiem?
Niektórzy Romowie mówią po polsku, nie jest to język czysty, ale komunikatywny. Nie wprowadziłam do filmu tłumaczeń, jest rejestracją, pozbawioną komentarza.

W ogóle słowa jest w nim raczej mało.
To wynika ze sposobu pracy. Romowie w trakcie budowy raczej do siebie pokrzykiwali, pokazywali gestem, co należy zrobić, nie prowadzili zbędnych dyskusji.

Po prostu pracowali. Widać też, że mają wprawę, po prostu wiedzą, co i kiedy robić. A jak już ten barak powstał w Muzeum Etnograficznym i stał się tam eksponatu, to jak widzowie go odebrali?
Zatroszczyliśmy się o to, żeby obiekt miał opis, genezę powstania i krótkie przedstawienie społeczności Romskiej oraz miejsca, w którym mieszkają. Dom był zwiedzany; a już w trakcie budowy wielu mieszkańców przechodzących obok muzeum zatrzymywało się i pytało, co tutaj powstaje. Dom budził duże zainteresowanie, bo to jest bardzo ciekawa konstrukcja.

A co dla ciebie w tym wszystkim stało się najważniejsze? Jaka z tego była największa korzyść?
Chyba taka, że zazwyczaj ciche Muzeum Etnograficzne zaczęło inaczej żyć. Stało się miejscem spotkań z inną, marginalizowaną kulturą, Romowie są bardzo specyficzni. Albo my jesteśmy specyficzni....

Można powiedzieć, że my jesteśmy jakby stłumieni, nasze życie społeczne jest bardzo wycofane. A Romowie wiedzą, jak ważne są relacje między ludźmi.
Oni są nieprawdopodobnie energetyczni, zaangażowani wspólnotowo. I rzeczywiście bardzo ważne są dla nich relacje między rodzinami.

Aleksandra Kubiak, Wojciech Kozłowski

A nie masz wrażenia, że potraktowałaś ich jak obiekt eksperymentu?
Nie. Rozumiem Twoje pytanie, choć słysząc je czuje dyskomfort, bo ma dla mnie zabarwienie pejoratywne... Artystka wyrywa się do pracy z Innym więc pewnie zależy jej na własnych korzyściach, na sztuce, akcji, jasne! Ale w tym projekcie byłam artystką, operatorką, kuratorką ale też dbałam o jedzenie, zbierałam grupę w całość, prowadziłam negocjacje. Od początku wiedziałam, że nie rozwiążę tej sytuacji, choć mogę przyczynić się do sprowadzenia jej w eksperckie, etnograficzne rejony. Mogę zrobić dokumentację, zachować dom, pamiętać o Romach a zebrane przedmioty mogą przybliżać ich historię. Spowodowałam, że znaleźliśmy się w przestrzeni, w której rozmawia się o kulturze. Wiem, że ta sytuacja jest bardzo szczególna, bo chwilowa. Ale inna od zwyczajnej, codziennej, bo na co dzień, chociażby w mediach, Romowie z koczowiska opisywani są bardzo niekorzystnie. Neguje się ich styl czy sposób życia. Kiedy poznałam trochę ich wioskę, to się okazało, że jest tam jest bardzo dużo cennych i dla naszej kultury zjawisk, które moglibyśmy przyjąć, wymienić się. Zależało mi na tym, żeby powstała sytuacja wymiany.

Myślisz, że chociaż przez moment wywołałaś u kogoś refleksję nad jego stosunkiem do Romów?
Tak sadzę, choć oczywiście nie dotyczy to większości, tylko jednostek.

Czy po tym doświadczeniu widzisz szansę na to, żeby to się jakoś poukładało? To znaczy, żeby w takim kraju jak Polska, mało zróżnicowanym pod względem etnicznym, choćby wrócić do takiej sytuacji - może nie idyllicznej, ale chyba jednak lepszej - jaka była tu kiedyś? Ja nie idealizuję międzywojnia, ale były w Polsce czasy, kiedy różnorodność etniczna była czymś, co raczej nas wzbogacało niż zubożało, chociaż oczywiście były problemy. Czy w ogóle widzisz szansę na - nie mówię integrację, bo przecież nie o to chodzi - ale na jakieś współistnienie?
Wydaje mi się to koszmarnie trudne. Choćby z tego względu, że tworzymy w Polsce kulturę, która jest hermetyczna, mamy duży problem z przyjęciem innego punktu widzenia. Gospodarczo niby stoimy dobrze, ale czujemy się nienasyceni „na dorobku" co też nie ułatwia dzielenia się z innym, biedniejszym.

Może warto w tym miejscu przypomnieć, że w krajach, które wydawałoby się, są takie wielokulturowe i tolerancyjne, jak na przykład Francja, pojawił się pomysł - nawet wcielany w życie - deportacji Romów do miejsca, skąd przyjechali. U nas jakoś to się nie zdarza, ale czy ta wielokulturowość może się nam udać, skoro jest tak trudna w krajach, które wydawałoby się, już mają jakieś na nią recepty?
Romowie i my to dwie bardzo odmienne kultury, skrajnie odmienne myślenie o życiu, byciu, pojmowaniu granic. Dla Romów nie ma granic, oni uznali, że są obywatelami Unii Europejskiej i kiedy są w Polsce, mogą z tego obywatelstwa unijnego korzystać.

To właściwie jest to, czego po takiej konstrukcji jak Unia Europejska oczekujemy, prawda? Żebyśmy wszędzie byli u siebie.
Tak, i oni się tak zachowują, to bardzo idealistyczne odczytanie idei Unijnej.

Będziesz kontynuować ten wątek?
Mam taki jeden pomysł, narodził się bardzo szybko, zaraz po zakończeniu akcji Baraca, ale jeżeli będę go realizować, to na najwcześniej na wiosnę.

Aleksandra Kubiak, Wojciech Kozłowski