O duszy oraz jej braku

Rok 2013 w sztuce mógłby uchodzić za okres jakiej takiej stabilizacji, otwarcia granic dla okrzepłych już nieco buntowników początku dekady, reanimacji klasyków sprzed dekad (Natalia LL, Adam Rzepecki, Luxus) oraz oczekiwania na nowe objawienia. Na szczęście społeczeństwo uznało, że sztuka posiada znaczenie i siłę rażenia nawet wówczas, gdy pozornie nic się nie dzieje, nawet gdy bunt staje się glamour i jedzie do Wenecji… No i się podziało! Pod koniec roku utonęliśmy w zalewie skandali i skandalików oraz ich analiz. Ugrzęźliśmy w bagienku polityczno-religijnych afer itede, itepe. Sztuka stała się orężem walki z obrazoburstwem i czarną dziurą braku pozytywnie wyrażonej tożsamości, to z jednej strony - z prawej. Z lewej zaś - z zacofaną mentalnością maluczkich, manipulowanych przez niechętnych wszędobylskiej gejowskiej, niemoralnej i pachnącej nicością propagandzie… Co najciekawsze, to właśnie dziarsko podkładające ogień żarliwej wiary prawicowe przewrażliwione dusze po raz kolejny potwierdziły, że do diagnozy rzeczywistości społecznej ciągle najlepiej nadają się teorie konfliktu. Czyli te raczej lewicowe, o marksistowskim rodowodzie. Cóż. Cały ten galimatias dowodzi, jak pełną paradoksów i namiętności jest dusza słowiańska. Jak bardzo nie znosi spokoju i nudy. Lewacki z natury świat sztuki pogrążył się somnambulicznym śnie o Warszawie, tracąc dystans i autorefleksyjność, która jeśli już się pojawiła, to dotyczyła wartości merkantylnych, promocji i prób sprzedaży - także w formie objazdowej (pamiętają Państwo warszawską fetę w Krakowie z okazji kolaboracji sztuki i biznesu, czyli wystawę „Powrót do domu”?). Artyści, dyrektorzy, galerzyści wcale nie chcieli prowokować i dzielić, lecz łagodzić i jednoczyć. Z pomocą przyszła im cenzura (patrz historia dr Ewy Toniak, od 2011 roku pracującej nad wystawą „Chłopiec rośnie na rycerza. Reprezentacje męskości w kulturze polskiej od schyłku XVIII w” dla Muzeum Narodowego w Krakowie) oraz wolontariusze splatający kwiaty na kolejne inkarnacje „Tęczy” Julity Wójcik. O prawdziwej roli sztuki musieli nam, przysypiającym lewakom, przypomnieć Inni. Rozjuszeni i rozmodleni. Cóż byśmy uczynili bez Innego? Obumarlibyśmy ideowo, nie mieli o czym dyskutować, a być może zatracilibyśmy naszą lewacką wrażliwość i tożsamość! Chyba powinniśmy być im wdzięczni. Jesteśmy uratowani. Z końcem roku i początkiem nowego na fejsbukowej stronie portalu Racjonalista.pl można było sobie nawet powróżyć. „Jakim lewakiem jesteś?” Pornolobbystą? Pedolucyferianinem? Transrelatywistą?

Konflikty na linii społeczeństwo – sztuka w 2013 roku nie zawsze były okazją do odtwarzania zagrożonej tożsamości polskiego inteligenta lewaka. Niektóre z nich zostały potraktowane po macoszemu, przez co przegapiono szansę na umocnienie negatywnie konstruowanego poczucia komuny w skali makro (ogólnopaństwowej). Zaprzepaszczone okazje to po pierwsze zniszczenie „Bestii” Maurycego Gomulickiego, prezentowanej w ramach projektu Bunkra Sztuki „Będzie się dzieło!”, rozgrzeszone na łamach krakowskiej "Gazety" słowami Małgorzaty Gołębiewskiej: „Oczywiście jestem przeciwko aktom wandalizmu. Ale nie demonizowałabym zniszczeń. Nie są to wystąpienia przeciwko sztuce, tylko bezmyślny weekendowo-pijacki wandalizm. Ostatecznie sztuka musi bronić się sama”. Po drugie, zniszczona kilka dni później praca Borisa Oichermana, izraelskiego artysty, prezentowana w ramach festiwalu ArtBoom. Kraków po raz kolejny przegrał z Warszawą.

W takich oto warunkach nastąpiło ożywienie refleksji nad pisaniem o sztuce. Tutaj również objawił się namiętny dwugłos. W radiowej Dwójce mówiono o nieciekawym losie krytyków. Uznano ich za gatunek na wymarciu, wymieniając nierentowność oraz frustrujące działanie jako podstawowe właściwości tej profesji i głosząc, iż w wyniku raczej nieodwracalnych zmian w kulturze pisanie o sztuce przybrało formę w najlepszym razie sprawozdania, w najgorszym przepisywania informacji prasowych. Na szczęście pozostała jeszcze garstka ludzi wierzących w odnowę, w możliwości twórcze piszących i znaczenie refleksji nad sztuką. W ramach Postkongresu AICA zmagała się z domniemanym powrotem „krytyki znaczącej” w kontekście globalnym. Niestety, w mało przekonujący sposób. W kontekście lokalnym refleksja o losie krytyka okazała się o wiele żywsza i ciekawsza. Głównie za sprawą internetowej wersji magazynu "Szum", który w ciągu kilku miesięcy stał się najbardziej opiniotwórczym i pożądanym miejscem publikacji o sztuce współczesnej. Na jego łamach koncepcje krytyki przedstawili między innymi Jakub Banasiak i Iwo Zmyślony. Ten intrygujący fenomen zastanawia i rodzi iście epistemologiczne dylematy. Mianowicie jak pogodzić ogólną tendencję komercjalizacji i banalizacji każdego medialnego komunikatu z sukcesem niszowego przecież pisma, skierowanego do garstki odbiorców? Odpowiedź chyba prosta: spryt i determinacja mogą wiele (ewentualnie „chcieć to móc”). Bo nie ma chyba lepszego sposobu na promocję magazynu o sztuce w czasach, gdy wszyscy na sztuce oszczędzają oraz przeczą możliwości istnienia zawodowego krytyka, niż próba zaczarowania świata poprzez reanimację refleksji na poziomie meta. Bardzo dobrze się stało, nie ulega jednak wątpliwości, że inne są źródła pisania dzisiaj niż wówczas, gdy w polemiczne szranki stawali Witkacy z Chwistkiem. Ożywienie, o którym mowa, nie było spowodowane fermentem w samej sztuce, w ideach i praktykach artystycznych. Dzisiaj jest ono długofalową inwestycją, konstruktem obsługującym kiełkujący nadwiślański rynek sztuki oraz co prężniej promujące się instytucje państwowe. Dzięki zapałowi redaktorów naczelnych na naszych oczach dokonała się unio mystica neoliberalnych strategii oraz ideału „krytyki znaczącej” w służbie lewackiej wrażliwości. Bóg zapłać!

Wydarzenia ostatniego roku nie napawają optymizmem. Nadwiślański kraj ciągle repetuje w tej samej klasie. Dominuje w niej skłócenie, brak dobrej woli i prywatny interes. Instytucje sztuki działają raczej niemrawo. Choć nie brakuje im spójnie wyrażonego celu, mają problemy z realizacją programu. Dają się zastraszać tzw. opinii publicznej. Dotyka je niebezpieczeństwo zagłady w imię rentowności (patrz: poznański Arsenał). Z drugiej strony mamy wysyp galerii prywatnych (stolica), weekendy sztuki oraz różne kiermasze i promocje. Utrzymanie się przy życiu wymaga zręcznego lawirowania między tym, co prowokujące, niepokorne i krytyczne, a wymogami klienta i rynku, który, cały czas słaby, obwąchuje sztukę, czy aby nie jest nadgniła, czy dobrze się strawi i będzie przyjemną. Z rynkiem - czy raczej jego nikłym powidokiem) - oczywiście jest szkopuł. Głównie dlatego, że występuje jedynie w Warszawie. Tam, gdzie występuje jego brak, sytuacja jest wręcz dramatyczna. Nawet w stolicy polskiego konserwatyzmu, Krakowie, młodzi artyści mają poważny problem z prezentowaniem swojej twórczości, o zarobkowaniu nie wspominając. A Warszawa ma przecież ograniczone możliwości wchłaniania nowego. Poza tym odnieść można wrażenie, że stolica wszystkiemu, co do niej trafia, przycina pazurki. Radą dla młodych artystów chcących zachować wiarę w sens swych działań (i duszę) powinno być: omijajcie Kraków, omijajcie Warszawę. Twórzcie na peryferiach, wszelkie środowiska traktujcie instrumentalnie, jako narzędzie, nie cel działań.

W tak rysującym się krajobrazie powstać może tęskna idealizacja czasu przeszłego, wątłej, lecz nie wyjaławiającej infrastruktury kulturalnej, pism i krytyków na wiecznym dorobku, braku prywatnych galerii. Czasu mitycznej wolności, braku presji zaistnienia i utrzymania się na powierzchni. Czasu bardziej zrzuty niż kultury...

Dusza prawdziwego Polaka jest namiętna, lecz ślepa. Lewak duszy nie posiada. Czy w zaistniałej sytuacji dziwić może, że koledzy i koleżanki z działu literackiego nie chcą definiować swojej tożsamości poprzez kategorię polskości (Szczepan Twardych) lub woleli być wciągnięci na sztandar prawicy, niż bez przekonania i sflaczale powiewać na maszcie lewicy (Dorota Masłowska już w 2012!)? Czy dziwi kogoś, że Ada Karczmarczyk głosi Ewangelię, opowiada się za dziewictwem i oznajmia: „Łatwą pipą pachnie nicość”? No chyba nie.

Zobacz też
Ranking „Obiegu" 2013: Przemysław Chodań, Dorota Jarecka, Izabela Kowalczyk, Wojciech Kozłowski, Adriana Prodeus, Magda Roszkowska (Notes na 6 tygodni), Maria Rubersz, Anna Theiss.