Instytucje i sztuka w 2013

: Function ereg() is deprecated in /includes/file.inc on line 649.

To, co działo się w polskim życiu artystycznym w roku 2013 skłania do pytań o instytucjonalne funkcjonowanie sztuki, jej miejsce i znaczenie dla demokracji, o warunki pracy artystów i osób zajmujących się sztuką.

Kolejne już spalenie „Tęczy” na warszawskim Placu Zbawiciela w Dniu Niepodległości można uznać za symbol porażki sztuki publicznej, choć późniejsze dekorowanie jej kwiatami czy akcje całowania się pod tęczą świadczą o tym, że zarówno sprawy sztuki, jak i demokracji są wciąż ważne dla części społeczeństwa.

Spalenie „Tęczy” pokazało jednak, że dla innej części społeczeństwa zawadą jest twórczość, która wskazuje na potrzebę różnorodności, staje po stronie wykluczonych i urozmaica nasze życie. Sztuka przegrywa w obliczu agresywnego nacjonalizmu i umacniającego się wciąż konserwatyzmu. O tym ostatnim świadczyły też wymownie protesty przeciwko ekspozycji pracy „Adoracja Chrystusa” (1993) Jacka Markiewicza w warszawskim CSW i skierowanie sprawy do prokuratury.

Może należałoby zastanowić się nad tym, co zrobiliśmy źle, skoro sztuka współczesna jest wciąż na tak słabej pozycji i ciągle staje się obiektem ataków – obok szeroko pojętego „lewactwa” czy nowego kościelnego wymysłu, jakim jest „ideologia gender”.

Co znamienne, niechęć do sztuki współczesnej ujawnia się już nie tylko wśród prawicowych polityków, którzy wykorzystują ataki na sztukę dla swych politycznych celów, ale również wśród samych przedstawicieli polskiego artworldu. Dobitnie świadczy o tym przypadek pisma „Arteon”, w którym zauważalny jest coraz większy dystans wobec sztuki współczesnej oraz przekonanie o trawiącym współczesną kulturę kryzysie, całe zaś pismo zdominowane jest przez jedną – prawicową – opcję ideologiczną. W ostatnim numerze redaktor naczelny, odnosząc się do wspomnianych tu przypadków spalenia „Tęczy” oraz protestów przeciwko pracy Markiewicza, wskazuje, że łączy te ataki niechęć wobec seksualnego ekshibicjonizmu. Naprawdę potrzeba dużej wyobraźni, aby zobaczyć w „Tęczy” Julity Wójcik seksualny ekshibicjonizm, ale też dużej pogardy wobec sztuki współczesnej, aby próbować tłumaczyć w jakikolwiek sposób chuligańskie zniszczenie tej pracy.

Możliwe, że jedną z przyczyn słabej pozycji sztuki współczesnej jest, obok braku edukacji przygotowującej do odbioru aktualnej twórczości, słabość krytyki artystycznej, o czym pisał jeszcze w 2012 roku Jakub Banasiak, wskazując na jej archipelagizację oraz na brak dyskusji między krytykami.

Myślę, że problem tkwi jeszcze w czymś innym, a mianowicie w pomijaniu przez krytyków pytań o miejsce sztuki współczesnej w demokracji, w braku analiz jej społecznych, instytucjonalnych i ekonomicznych kontekstów. Krytyka wciąż słabo do swoich rozważań zaadaptowała słowa Krzysztofa Pomiana, że sztuka współczesna ożywia świadomość, „że demokracja wymaga różnic – grupowych, politycznych, ideowych, religijnych i innych – i wymaga sporów. Siłą demokracji jest bowiem jej tylko właściwa zdolność przekształcania rodzonych przez nie konfliktów z zagrożenia dla współżycia zbiorowego w źródło dynamiki kulturowej, społecznej i gospodarczej”1.

Brakuje nam sporów o demokrację oraz sporów o sztukę współczesną, a zamiast tego mamy do czynienia z monologami, jak zauważył już Banasiak: „krytycy gazetowi swoje, krytycy z okolic środowiskowego mainstreamu swoje, krytycy »niezależni« swoje, »drugi obieg« swoje, »wykluczeni« swoje, »Obieg« swoje i Karolina Plinta swoje. A wszyscy oni są tylko sumą linków do konkretnych tekstów, nie kreują ani polemik, ani szkół myślenia, ani, tym bardziej, środowisk".

Niekiedy tylko pojawiają się teksty skłaniające do dyskusji i polemik, takich autorów jak Iwo Zmyślony, Stach Szabłowski czy Marcin Krasny. Wciąż jednak kwestie politycznych czy ekonomicznych uwikłań sztuki współczesnej traktowane są przez polskich krytyków marginalnie. Dlatego też z niecierpliwością czekam na książkę Ewy Majewskiej „Sztuka jako pozór. Cenzura i inne paradoksy upolitycznienia kultury”, której wydanie planowane jest na styczeń 2014 roku. Ewa Majewska jest jedną z nielicznych osób zwracających uwagę na fakt, że wciąż jedną z najpilniejszych kwestii jest śledzenie nie tylko pozaartystycznych uwikłań sztuki, ale też mechanizmów ograniczania wolności artystycznej. Dlatego zresztą jednym z ciekawszych wydarzeń w polskim życiu artystycznym była zorganizowana przez Majewską konferencja „Cenzura, demokracja, płeć. Feministyczna krytyka i strategie oporu”, która miała miejsce w warszawskiej Zachęcie (22-23.05.2013). Podjęty został między innymi temat cenzury ekonomicznej oraz tego, jak bardzo obecnie produkcja kulturalna zdominowana jest przez reguły neoliberalizmu. Zastanawiano się nad miejscem i sposobem funkcjonowania instytucji publicznych zajmujących się sztuką, nad tym, jak część z nich zaczyna się przeradzać w swoiste korporacje, w których dochodzi do wyzysku zarówno artystów, jak i pracowników. Mówił o tym między innymi Adam Mazur, wskazując na dramatyczny przykład warszawskiego CSW. Jego słowa potwierdziły późniejsze protesty załogi tej instytucji, wskazujące na ogromny kryzys w Zamku, chaos organizacyjny oraz nieprzestrzeganie kodeksu pracy. Wciąż jednak Cavallucci nie chce odejść, próbuje uciszyć swoich krytyków i to właśnie wydaje się najgroźniejsze.

Jednym z nielicznych plusów tej sprawy jest budowanie strategii oporu pracowników instytucji oraz artystów, zrzeszanie się i zakładanie związków zawodowych, ale również zastanawianie się nad rolą instytucji w artystycznym sposobie produkcji, a także nad kwestią wyzysku oraz nierównego traktowania artystów. Pisała o tym między innymi Karolina Sikorska w znakomitym numerze „Kultury Współczesnej” (2/2013), który w całości został poświęcony „sztuce współpracy”. Kwestie funkcjonowania artystów i kuratorów zostały podjęte też na bardzo dobrej wystawie „Wolny strzelec”, która miała miejsce w warszawskiej Zachęcie, a której kuratorką była Ewa Toniak. Na tej ekspozycji pojawiła się między innymi świetna praca Rafała Jakubowicza, przywołująca stylistyką konstruktywizm, z wezwaniem do jednoczenia się pracowników świata sztuki. Pojawia się jednak pytanie, czy nie mamy do czynienia z następną utopią.

Nie tylko warszawskie CSW dotknął kryzys. W Poznaniu toczyła się walka o galerię Arsenał. Miasto najpierw ogłosiło konkurs na dyrektora, potem go odwołało, wychodząc z pomysłem oddania tej instytucji w zarządzanie organizacji pozarządowej, a po wycofaniu się z tego pomysłu po protestach lokalnego środowiska, postanowiło nominować poza konkursem Piotra Bernatowicza. Ten zaś, mimo swoich wcześniejszych postulatów dotyczących trzymania się reguł konkursowych (pisał o tym m.in. przy okazji powołania Hanny Wróblewskiej na stanowisko dyrektora Narodowej Galerii Sztuki Zachęta) przystał na tę propozycję. Minister kultury nie wyraził jednak zgody na mianowanie dyrektora poza konkursem, tym samym cała procedura rusza od nowa.

Największe kontrowersje w lokalnym środowisku wywołał pomysł oddania Arsenału w zarządzanie instytucji pozarządowej, pojawiły się bowiem obawy, że jest to rodzaj niejawnej prywatyzacji galerii. Niejasne reguły dotyczące styku obszaru publicznego i prywatnego wciąż mszczą się na polskim świecie sztuki. Dorzucić jeszcze trzeba historię konkursu na zarządzanie szczecińską Trafostacją Sztuki, która skończyła się tym, że jedna z najlepszych kolekcji regionalnych Zachęt pozostaje wciąż bez swego miejsca ekspozycyjnego, w samej zaś Trafostacji w zasadzie nic ciekawego się nie działo. Problem słabości sztuki współczesnej w Polsce to również problem braku miejsc ekspozycyjnych, zwłaszcza dla regionalnych Zachęt. Nie buduje się ani nowych galerii, ani muzeów. Budowa warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej wróciła w zasadzie do punktu wyjścia. Sprawa nie wygląda wcale lepiej, jeśli chodzi o prywatne kolekcje. Wiadomo już, że kolekcja Grażyny Kulczyk nie będzie pokazywana w Polsce. Kolekcjonerka, zniechęcona między innymi brakiem wsparcia ze strony miasta Poznania, ogłosiła w tym roku, że swoje muzeum będzie budować w Szwajcarii.

Niepokoi też coraz większa centralizacja sceny artystycznej w Polsce, to nie tylko kwestia przeniesienia się prywatnych galerii z Poznania do Warszawy, ale też brak zainteresowania tym, co dzieje się na prowincji. Miałam okazję sama tego doświadczyć, otwierając w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu wystawę „Mikroutopie codzienności”. Na otwarcie przyjechała tylko jedna osoba z Warszawy (Aleka Polis z „Obiegu”), aby przygotować relację.

A co ciekawego dzieje się w samej sztuce? Biennale Weneckie oraz inne ekspozycje ujawniają pojawiające się w sztuce najnowszej trendy – to między innymi: rodzaj artystycznego re-enactment (odgrywania), ale też wynajmowanie ludzi jako obiektów sztuki, choćby w pracach nagrodzonego w Wenecji Złotym Lwem Tino Sehgala (niestety, niemal niezauważony przez krytyków przeszedł jego niesamowity performans „Ann Lee” podczas poznańskiego Festiwalu Malta).

Kontynuowany jest też odwrót od wizualności, coraz bardziej poddawana refleksji jest audialna sfera kultury (celują w tym absolwenci poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego). W to zainteresowanie audialnością wpisywała się instalacja Konrada Smoleńskiego w Pawilonie Polskim w Wenecji. Szkoda tylko, że ta świetna praca, zwracająca między innymi uwagę na fizyczne oddziaływanie dźwięku, nie mogła być eksponowana przez cały czas trwania Biennale.

Żywe jest też zainteresowanie materialnością dzieła, jego fizycznością, traktowanie dzieła jako organizmu. Co ciekawe, ta tendencja pojawia się zarówno w wypadku historycznych rewizji (bardzo dobra wystawa prac Erny Rosenstein „Organizm”, przygotowana przez Dorotę Jarecką i Barbarę Piwowarską dla poznańskiej galerii Art Stations), jak i w aktualnej twórczości (m.in. obrazy Bartosza Kokosińskiego). Ma miejsce reaktywacja malarstwa, warto jednak pamiętać o wzrastającym zapotrzebowaniu rynkowym na to medium.

Nie słabną inspiracje wątkami posthumanistycznymi, o kwestiach powiązań między sztuką a naturą mówiono m.in. we Wrocławiu podczas przygotowanej przez Annę Markowską konferencji „Sustainable art. Sztuka wobec potrzeby zrównoważonego rozwoju”, której towarzyszyła wystawa w Studiu BWA.

Pojawia się też kwestia wspomnianej już „sztuki współpracy”, akcentowania kolaboratywnego wymiaru twórczości (ten wątek pojawił się na wspomnianej wystawie „Wolny strzelec”, odwołuje się do niego Zbigniew Libera w swoim kuratorskim projekcie realizowanym wraz z Galerią BWA Awangarda we Wrocławiu, znakomicie został też podjęty przez Alekę Polis w zrealizowanym w Staniszowie projekcie „Tkacze”). Nie słabnie wciąż zainteresowanie problematyką pamięci oraz nieodległej przeszłości, o czym świadczy wystawa „Pamięć. Rejestry i terytoria”, otwarta w grudniu w krakowskim MCK-u.

Wydaje się, że najsłabiej u nas ze sztuką w przestrzeni publicznej, twórczością odnoszącą się do problematyki społecznej. Tym bardziej warto docenić projekt „Migracje/Kreacje” dotyczący zjawiska emigracji, a zrealizowany w miejskiej przestrzeni Trójmiasta.

Jeśli chodzi o artywizm, warto tu wspomnieć o spektakularnej i pełnej pozytywnej energii akcji na 14 lutego – przygotowanej przez organizacje feministyczne z całego świata – „One Billion Rising”, w której tysiące kobiet z całego świata tańczyło na ulicach i w innych przestrzeniach publicznych, wyrażając swój sprzeciw wobec przemocy. Można określić tę akcję globalnym performansem bądź flashmobem, choć użycie tych pojęć jest w tym wypadku umowne.

Zobacz też
Ranking „Obiegu" 2013: Przemysław Chodań, Dorota Jarecka, Izabela Kowalczyk, Wojciech Kozłowski, Adriana Prodeus, Magda Roszkowska (Notes na 6 tygodni), Maria Rubersz, Anna Theiss.

  1. 1. Krzysztof Pomian, „Sztuka nowoczesna i demokracja”, maszynopis udostępniony przez autora, tekst publikowany [w:] „Kultura współczesna”, nr 2 (40), 2004, s. 35-43.