Na co mam się dzisiaj rozzłościć, żeby to jakoś wyglądało?

Czy tworzenie dobrej sztuki zaangażowanej może być łatwe i czy może ona zmienić świat na lepszy?

Gdyby ktoś mnie dziś zapytał, dlaczego moja sztuka jest tak płytka i dlaczego nie zajmę się jakimś poważniejszym tematem, odpowiedź byłaby krótka: bo musiałbym zrezygnować z uprawiania sztuki i wyjść na ulicę. Odpowiedź dramatyczna, ale też staromodna, ponieważ wiązanie aktywizmu z porzucaniem sztalug i chwytaniem za broń było krokiem charakterystycznym dla artystów epok dawno minionych. Był czas, kiedy godzenie bycia artystą z aktywizmem, nawet dla niemieckich ekspresjonistów i teoretycznie buńczucznych futurystów, nie było tak bezpośrednie jak powiedzmy przygwożdżenie genitaliów do bruku. Zbyt duża liczba artystów przedwcześnie zakończyła swoje kariery, by zatracić się w okopach Wielkiej Wojny lub dowolnie wybranej wojny domowej. Dziś rozłam między polem bitwy a sztalugą nie jest aż tak wyraźny. Sztuka, bardziej niż kiedyś spleciona z rzeczywistością, staje się narzędziem aktywizmu, a aktywizm narzędziem sztuki.

Nie zmienia to faktu, że twórców sztuki zaangażowanej dość łatwo przyłapać na nieszczerości intencji. Jak można usprawiedliwić tworzenie wysokobudżetowych realizacji na temat biedy? Czy popularni pieśniarze folkowi nie odczuwają dysonansu, gdy ich utwory o krzywdzie uciskanego ludu służą zakupowi nowego jachtu?

Na instytucjonalnej mapie Ameryki (a może nawet świata) pojawia się ostatnio sporo wystaw pretendujących do bycia zaangażowanymi. Pretendujących, ponieważ dziś lekkostrawna kontrowersja musi być świadomie zaprogramowaną strategią kuratorską, opisaną czarnym winylem przy dobrze oświetlonym wejściu do galerii, tuż pod logiem sponsora. "Uwaga! Za chwilę schowamy się za rogiem i kiedy tylko się do niego zbliżycie, wyskoczymy nagle i zaryczymy jak lew, okej?" - zdają się ostrzegać autorzy projektów, które zamiast poruszać bieżące problemy, przypominają raczej Muzeum Domu Punka ze skeczu "Portlandia". Wszystko jest do przełknięcia, jeśli się to odpowiednio umuzealni i uhistoryczni. W osiągnięciu zamierzonego celu (jakiego celu?) nie pomaga nawet zakapturzony animatroniczny manekin, odgrywający akt sprejowania ściany galerii bostońskiego ICA pustą puszką po farbie.

Jeśli przyjmiemy, że sukces sztuki zaangażowanej może zależeć od wyboru podejmowanego tematu, to już w samym słowie "wybór" (o słowie "sukces" nie wspominając) zawarta jest potrzeba spekulacji, która rozrzedza esencję krytyczności. Zadawanie sobie pytania, "na co mam się dzisiaj rozzłościć, żeby to jakoś wyglądało", kłóci się z ideą szczerości wypowiedzi.

Przy ogólnie przyjętym modelu organizowania wydarzeń artystycznych nie można uniknąć zamykania nawet najczystszych emocji w ramy samokontroli i stylizacji, które sprawiły, że rzeczywistość stała się inspiracją dystopicznych wizji takich jak scena przemówienia Binga z serialu "Czarne Lustro". Potrzeba ostrożnego dopasowania wytworów sztuki do uwarunkowań kulturowych oraz do aktualnych wymogów ewaluacji i cenzury zamienia realizacje artystyczne w wytwory profesjonalnej żonglerki, wymagającej starannie zaplanowanych budżetowo zakupów, wyboru odpowiednich materiałów i mediów, opracowania strategii, zdobycia odpowiednich zezwoleń, grantów lub sponsorów. Proces ten jest bardziej skuteczny w gaszeniu emocji niż stara i sprawdzona metoda liczenia do dziesięciu, tym bardziej, że na otwarciu wystawy sztuki nawet najbardziej zaangażowanej można napić się wina, pożartować z przyjaciółmi i samemu sobie pogratulować.

Na koniec kilka pytań retorycznych.

Jak "poprawnie" tworzyć sztukę zaangażowaną? Anonimowo? Po kryjomu? Poza instytucjami? Bez nadziei na rozpoznanie i sukces na polu sztuki?

Czy dobra sztuka zaangażowana to sztuka efemeryczna, usuwana przez władze w ciągu kilku godzin, czy może półminutowy performance uliczny, który mimo swojej krótkotrwałości wytwarza potężną falę uderzeniową?

Czy na przykład monumentalna instalacja Mirosława Bałki w londyńskim Turbine Hall jest wypowiedzią zbyt abstrakcyjną i uniwersalną, by nazwać ją zaangażowaną?

Czy trzeba nazywać?

 

Zobacz także:
Józef Robakowski, "Humanitaryzm pozorowany"
Paweł Możdżyński, "Przemoc symboliczna w sztuce partycypacyjnej"
Izabela Kowalczyk, "Wierząc w skuteczność sztuki..."

Szybkie wyszukiwanie