Laboratorium jest zbudowane. O autonomii sztuki wyrażonej w „Manifeście Nooawangardy”


Wiele już zostało powiedziane na temat „Manifestu Nooawangardy" i wystawy „Niezwykle rzadkie zdarzenia / Dystrybucja Nooawangardy". Mam wrażenie jednak, że jedna kwestia nie została dotąd - co dziwne - poruszona. To co mnie najbardziej zastanawia w tym interesującym projekcie to swoista naiwność dotycząca statusu - a właściwie jego braku - artysty. Owa naiwność jest najsłabszym punktem przedsięwzięcia, które podoba mi się i zasługuje pod wieloma względami na uznanie.

Otóż „Manifest Nooawangardy/Nowa Autonomia Sztuki" przepełniona jest pewnego rodzaju marzeniem, marzeniem o „całkowitej autonomii" artysty wobec „systemu". Wprawdzie autorzy manifestu na początku podkreślają, że „Akt sztuki, czyli akt twórczej pracy artysty/artystki, ma naturę paradoksu. Artyści i artystki są poddani obowiązującym w systemie rzeczywistości prawom i determinizmem, a jednocześnie poprzez twórczy akt sztuki wykraczają poza granicę tego systemu, określając nowe kierunki jego rozwoju", ale już później piszą: „Sztuka tylko wtedy może mieć realny wpływ na rzeczywistość, jeśli ma całkowitą autonomię rozumianą jako możliwość stawiania celów samej sobie. Artyści/artystki sami wybierają swój temat, problem, obszar poszukiwań, często tworząc idee, które nie zaistniały wcześniej w rzeczywistości".

Sztuki - według manifestu - „nie da się sprowadzić do dyskursu czy też instytucji, gdyż bez przerwy się im ona bowiem wymyka". Wytwory artystów (materialne lub nie) dopiero ex post mogą zostać przywłaszczone przez system kapitalizmu kognitywnego. „Sztuka zachowa tak długo swą przewagę nad systemem, jak długo artyści/artystki zachowają autonomię" - czytamy. Dodatkowo w swym tekście towarzyszącym wystawie, Prof. Andrzej Nowak pisze: „Rzeczy stworzone w laboratorium sztuki zwiększają możliwości wyboru, które mają ludzie; mogą one wytrącić z kolein naturalny bieg rzeczy. By tak się stało, artysta musi jednak być niezależny od sił, które kierują społeczeństwem". Sztuka i artysta są poza systemem, od niego niezależni. Tak widziany twórca też nic z tego systemu nie czerpie, sam na przekór społeczeństwu eksperymentuje w laboratorium, dopiero efekty jego pracy „wchodzą w system". Artyści/artystki są poza instytucją i dyskursem.

Pozwolę sobie teraz spojrzeć na tę wizję z perspektywy podstawowej wiedzy o społeczeństwie. Muszę przyznać, że podoba mi się szukanie wspólnych płaszczyzn sztuki i nauki, bliska jest mi wizja sztuki jako „laboratorium rzeczywistości". Owo laboratorium jednak musi zostać przez kogoś wymyślone, zaprojektowane i zbudowane. Tym kimś jest społeczeństwo. Artyści i artystki nie są przybyszami znikąd. By mogli przeprowadzać eksperymenty muszą zostać socjalizowani. Najpierw przechodzą socjalizację pierwotną, w ramach której uczą się mówić. Uczą się posługiwać językiem i co - ważniejsze - myśleć w konkretnym języku. Tym samym wnikają w świadomość zbiorową, dyskurs. Później są poddawani socjalizacji wtórnej - chodzą do szkoły podstawowej, uczą się tego, co jest w danej kulturze uznawane za istotne - historii, matematyki, literatury, biologii. Potem najczęściej studiują w szkołach artystycznych. Zdobywają wiedzę na temat tego co było, wchodzą w dyskurs artystyczny i coraz częściej uczą się eksperymentować. Jeszcze w szkole lub po jej ukończeniu - i często zdobyciu certyfikatu - uczą się buntować. Zgodnie z obecnymi trendami globalizacyjnymi poznają też inne języki, kultury, style myślenia, konwenanse, techniki artystyczne. Tak wnikają w „środowisko", „świat sztuki", wchodzą w społeczną instytucję sztuki. Funkcjonują w określonym środowisku artystycznym, które jest w jakiś sposób usytuowane w całym spektrum art worldu. Biorą udział w wystawach, startują w konkursach, zdobywają granty, nagrody, stypendia, szukają kuratorów, sponsorów, mecenasów, klientów, widzów.

Artyści funkcjonują też w innych środowiskach. Gdzieś mieszkają, zarabiają pieniądze, rodzą i wychowują dzieci, dorabiają, pracują na etatach. Czytają książki, surfują po internecie, słuchają muzyki. Chodzą do sklepów, na bazary, do centrów handlowych. Stale podlegają wpływowi świadomości zbiorowej, uczestniczą w rytuałach społecznych, biorą udział w reprodukcji systemu kulturowego. Podtrzymują istnienie instytucji społecznych.

Czym jest instytucja społeczna? To struktura (proces), która zaspokaja konkretne potrzeby społeczeństwa. Artyści z pewnego punktu widzenia mają większą swobodę niż żołnierze czy pracownicy banków, bowiem taki został przypisany/wynegocjowany scenariusz do ich ról i pozycji społecznych. Wręcz społeczeństwo oczekuje od artystów, by wyglądali, zachowywali się, żyli inaczej niż sprzedawcy z supermarketów czy urzędnicy.

Oczywiście, nie da się ograniczyć sztuki do społecznej instytucji i sprowadzić jej wyłącznie do świadomości zbiorowej. W sztuce, religii, nauce i wielu innych (wszystkich?) sferach życia jest niezbędne istnienie genialnych jednostek. To one nadają rytm, tworzą nowe. Wymykają się ustalonym konwencjom społecznym, by tworzyć nowe reguły, wprowadzać do świadomości zbiorowej nowe idee. Potrzebni są charyzmatycy. Lecz trzeba pamiętać, że „wszystko ma swoją historię". Nawet rewolucja. Rewolucje wybuchają dzięki procesom, które są wcześniejsze od nich.

Dziś jednym z zadań, które stoją przed artystą jest eksperyment. Laboratorium jest już zbudowane.

Paweł Możdżyński
Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW

W TYM TEMACIE CZYTAJ TAKŻE:
Wydarzenie o Manifeście Nooawangardy [tekst manifestu, tekst Jakuba Banasiaka oraz rozmowę Adama Mazura z Łukaszem Rondudą]
Adam Adach, NOmanifest