como espiar sin descargar nada press localizar numero movil here exposed cell pics programas para espiar por satelite el mejor espia gratis de whatsapp mua giong ong noi necesito espiar espia mensajes de texto de celulares telcel gratis como funciona spyphone pro como espiar blackberry messenger descargar programa prism espia

Ubywanie. Rozprawa z klasycznym pięknem

Istnieje zależność między chorobą a środkami artystycznymi, które wykorzystuje się do jej opisu. Rak jest najbardziej agresywną, inwazyjną chorobą, która istnieje w ściśle określonym czasie. Być może dlatego właśnie tak dobrze wypada w obiektywie cyfrowej kamery.

Dynamika choroby nowotworowej przypomina to wszystko, co wyznacza nowoczesność w jej najbardziej konwencjonalnym opisie; szybkość, zmienność, ruch, przeobrażenia, zmiany trudne do zaakceptowania. Rak przybiera postać procesu, zmusza do pozostawienia wszelkich wyobrażeń na swój temat. Paradoks tej choroby polega na transformacji; jest dokładnie tak niebezpieczna jak energia osoby, która na nią cierpi. Prawdopodobnie choroba nowotworowa jest znakiem naszych czasów, wyprzedza ją może o krok AIDS. Obie choroby noszące znaki naszych czasów, są coraz częstszym powodem do mówienia o nich w sztuce. Na najróżniejszym poziomie abstrakcji, dygresji i rejestracji.

Ubywanie. Rozprawa z klasycznym pięknem

Pisząc ten tekst staram się uporządkować moje postrzeganie raka w perspektywie wszystkich przeżyć, które z nim wiążę. W pewnym sensie jestem "uprzywilejowana"; od początku mojego życia rak występuje w mojej rodzinie, umierają na niego kolejni bliscy. Nowotwór piersi stał się pretekstem do przyjrzenia się z całą (straszliwą) otwartością mojemu pojęcia piękna. Definicja kobiecości, którą nosiłam do tej pory w sobie, pod wpływem choroby mojej przyjaciółki musiała zostać przewartościowana. Brak piersi, włosów, blizna na ciele, przymiarki protez stały się koszmarną inspiracją artystyczną. Poręczny aparat cyfrowy, którego użyłam w swojej pracy pierwszy raz w życiu, pomógł mi w płynny sposób przeniknąć granicę między patrzeniem a asystowaniem i obecnością. Postaram się w tym tekście odtworzyć drogę mojego zdobywania nowej definicji piękna i wytyczyć (również przed samą sobą) drogę myślenia o raku piersi.

Na pierwszym etapie choroby, która w przypadku mojej przyjaciółki od razu znalazła swój wyraz na stole operacyjnym, nie było mowy o dokumentacji. Poczucie bezpośredniego zagrożenia jej życia, gwałtowność zmian, szybkość wydarzeń, które następowały po sobie, wytrącały jakiekolwiek argumenty przemawiające na rzecz sztuki. Podczas pierwszego (znajdującego swój wyraz w niemal rytualnym obrzędzie) mycia, kiedy po raz pierwszy obie odkryłyśmy poprzeczną bliznę, która wyrosła w miejscu niedawnej piersi, pomyślałyśmy o dokumentacji. Ja nieco zawstydzona kierunkiem moich skojarzeń ze sztuką, moja przyjaciółka przeciwnie, gotowa pozować dla innych. Blizna była wyraźna, zszyta grubą nicią, krwawa i polepiona skrzepami. Zobaczyłyśmy ją w ostrym świetle, niemal zupełnie białej scenerii najskromniej urządzonej łazienki, w której kobiety mogły się po raz pierwszy po operacji umyć, nie używając zbyt dużo wody ze względów bezpieczeństwa. Krew, która zakrzepła na piersiach mojej przyjaciółki, nie chciała się zmyć, widniała więc przez kilka kolejnych dni na jej ciele, tworząc jakby rodzaj podkoszulka. Miała przedziwny, nieco sztuczny odcień pomarańczy. Z delikatnego ciała wystawały druciki, grube nici przypominające żyłkę na ryby. Piszę o tej pierwszej scenerii tak wiele, bo dopiero teraz uzmysławiam sobie, jak bardzo teatralne i malarskie były to przestrzenie. I jak bardzo obce było w nich ludzkie, kobiece ciało. Podczas pierwszej chemioterapii przypomniałyśmy sobie "Olimpię" Katarzyny Kozyry.

Pisanie o raku ma swoją dynamikę. Podobnie jak przebieg tej choroby. Skojarzenia i obrazy powracają falami. Po krótkich chwilach przypomnienia, następuje moment amnezji. Susan Sontag i Oriana Fallaci nacierały na temat nowotworu z równą zaciekłością jak choroba, która stopniowo pochłaniała coraz rozleglejsze partie ich ciał. Dynamika ich pisarstwa przypomina właśnie myślenie o raku i korzystanie z jego symboliki. Rak jest bezwstydny - czytamy na stronach książki Sontag, poświęconej chorobom cywilizacyjnym. Mimo swojej bezwstydności, rak bywa skrywany i tuszowany przez ludzi, których dotknie. Choroba ma stygmat skrywanej społecznie tajemnicy. Na oddziale chemioterapii widać to z całą (surową) dokładnością. Sala jest biała, ascetycznie urządzona, z kilkoma krzesłami i leżankami, które przysługują najsłabszym kobietom. Przy krzesłach stoją stalowe stelaże, na których zawiesza się chemię podawaną dożylnie. Najdłużej walczące kobiety, których żyły nie wytrzymują kolejnych prób nakłucia, mają wenflony wbite bezpośrednio w piersi. Większość kobiet przychodzi tu samotnie. Moment podania chemii odbywa się w całkowitej ciszy. Krewni, którzy nie wywalczą sobie prawa do siedzenia z nimi, czekają za ścianą. Tam też spożywają szybki posiłek poprzedzający moment podania chemii. Większość kobiet (wśród nich przeważają starsze) nie podejmuje rozmowy. Niektóre uskarżają się na niewygodne peruki, źle dopasowane protezy albo dietę. Najczęściej mówią o skutkach chemioterapii.



Temat nowotworu nie został oswojony społecznie. Ogromnym moim odkryciem podczas kolejnych faz przeżywania choroby mojej przyjaciółki było stwierdzenie, które usłyszałam na terapii zbiorowej według metody dr Simontona, że rak jest chorobą wyleczalną. Wcześniejsze rodzinne doświadczenia oraz zaklęty krąg społecznych mitów, których byłam ofiarą, spowodowały, że nie myślałam o tej chorobie inaczej, jak o wyroku śmierci. Rak izoluje, obcowanie ze skutkami tej choroby jest bardzo intymne, mimo to choroba ta nie może obyć się bez pomocy innych. Samotna walka - jak w przypadku AIDS - zaczyna się na poziomie motywacji. Tymczasem ciało osoby chorej potrzebuje znacznie większego wsparcia innych niż w jakiejkolwiek innej chorobie. Simonton mówi zresztą wprost; rak jest jedynie odejściem od natury chorego. Im dalej odszedł od własnych przyzwyczajeń, motywacji i życia, tym cięższa odmiana nowotworu. Zdrowienie jest więc drogą powrotną do własnej natury i pragnień. Metoda ta wyznacza wygodny, plastyczny kierunek terapii w dowolnym czasie i miejscu. Nie skazuje chorego na przeklęte deja vu, nie zmusza go do ciągłych wspomnień i rewizji własnego życia. Przynosi po prostu ulgę i pozwala po raz kolejny zacząć od nowa.

Wróćmy na chwilę do plastyki raka. Podobno jego komórki przypominają w swojej wizualnej formie kolorowy kwiat, rafę koralową albo orientalny grzyb. Artyści dotknięci nowotworem nie koncentrowali się na przyczynie, ale efektach. Zaczynali zatem od końca - od skutków ubocznych walki z nowotworem. Odciskali w masie plastycznej namacalne zmiany w kształcie ciała, wykonywali maski ze śladami przebytej choroby, dokumentowali proces deformacji i odchodzenia od klasycznie rozumianego piękna.

"Ubywanie" stanowi kondensację rozumienia choroby nowotworowej. W swojej warstwie skojarzeniowej (w nazwie) odwołuje nas bezpośrednio do egzystencji, bycia, życia i trwania. Jednocześnie chwiejnym, ruchomym przedrostkiem, wskazuje na ambiwalencję tego stanu. Z jednej więc strony podważa podstawową zasadę życia - kiedy się "jest", a nie "bywa", z drugiej w cyniczny sposób demaskuje złudność egzystencji i jej skończone zasoby. A zatem jesteśmy aż do ubycia. I jednocześnie, żyjąc ubywamy.

Rak stał się dla mnie inspiracją. Myślę, że uległam jego urokowi, tak samo jak ludzie, którzy obcują z historią ocierającą się o śmierć i życie. Intensywność mojego przeżycia w warstwie emocjonalnej wykluczała jakąkolwiek świadomą kreację artystyczną. Skupiłam się na podstawowej, niemal dokumentalnej rejestracji mojej przyjaciółki i jej ciała, które na moich oczach zmieniało się pod wpływem choroby. Zrezygnowałam z jakichkolwiek odniesień do znanych mi prac związanych z nowotworem. Aparat cyfrowy, jakiego użyłam, pomógł mi w najbardziej intuicyjny sposób. Jego zapis jest dokładnie taki, jak wymagały tego chwile; bezszelestny, szybki, bezpretensjonalny, czuły, mimowolny. Poręczny aparat pozwolił mi robić zdjęcia ręką, często bez świadomej ingerencji czy kontroli kadru oczami. W ten sposób technika zapisu zbliżyła się do sztuki łomografii czy wcześniejszych (znanych z fotografii konceptualnej lat 70) zdjęć "na sznurku", w jakich celowali niektórzy artyści.



Podstawową kategorią "Ubywania" jest czas, bo rak najczęściej kojarzony jest z walką z czasem. Oczywiście nie bez znaczenia pozostaje również scenografia; prosta, domowa, w której rzeczywistość, namacalność i realność przestrzeni, którą każdy zna, staje się tłem do opowiedzenia historii. Część spośród wielu czynności związanych z rakiem, odbywa się w domach. W przestrzeni codziennego życia kobiety walczą ze skutkami chemioterapii, biorą zastrzyki hormonalne, golą wypadające, przerzedzone włosy oraz przymierzają protezy piersi.

Byłabym niesprawiedliwa utrzymując ten tekst w poważnym, żałobnym tonie. Rak w mojej prywatnej mitologii kojarzy się z chorobą królewską, która zmienia kobiety (jak po procesie koronacji) i wyznacza im zupełnie nowe miejsce. Biorąc pod uwagę wcześniejsze życie, a potem walkę toczoną w wielu przypadkowych miejscach - jest to miejsce świetlane, miejsce wyróżnione spośród innych, uprzywilejowane.

Rak zmienił też moje postrzeganie kobiecości. Ramy dla mojego przygodnego myślenia o kobiecości i jej granicach, wyznaczyły teorie feministyczne oraz queerowe. Poza wszystkimi skrótami, zwrotami teoretycznymi, zasobem słownictwa i nowej obrazowości, obie dyscypliny w starciu z życiem okazały się niewystarczające. Dzięki nim rozumiałam prawo kobiety do transformacji, przesuwania w obrębie własnego ciała granic płci, zupełnie inaczej przyjmowałam jednak nie wolę, a przymus dyktowany przez chorobę. Dlatego dopiero bezpośrednie zetknięcie z nowym obrazem ciała mojej przyjaciółki pozwoliło mi odkryć poza klasyczne rozumienie piękna.

Ale rak jak już powiedziałam, to również humor. Śmiech - ten dziki w przymierzalni peruk, od którego omal nie pękłyśmy ku zdumieniu i zaszokowaniu sprzedawczyń. Rechotanie podczas chemii, serdeczne wraz z właścicielką nowej piersi silikonowej, która tuż po operacji zaczęła wędrować pod skórą, nie chcąc za żadne skarby pełnić funkcji protezy. Czarny humor po operacji, kiedy nie mogłyśmy opanować skojarzeń ze świńskim ciałem, poddawanym dziwnym czynnościom rzeźników; ostatecznie w ciele mojej przyjaciółki zobaczyłyśmy żyłki i fałdki jak na dobrze przyrządzonej szynce. Rak bywał zabawny jak w wiejskim humorze, niegroźny jak w poezji księdza Baki, bez znaczenia, do przejścia, był wreszcie pretekstem do wielkiego otwarcia się na świat.

Jestem wdzięczna mojej przyjaciółce, że dopuściła mnie tak blisko swojej choroby. Dzięki niej wiem, że kobiet z jedną piersią jest bardzo dużo i tylko człowiek zatrzymany w swojej samotności nie myśli o tym, idąc ulicą. Tekst ten dedykuję tym kobietom, które zamiast piersi mają tarczę, ale nie chcą, nie mogą lub nie potrafią o tym mówić, mimo że mówienie często przynosi ulgę. Nie powstałby, tak, jak moja praca dyplomowa, bez Doroty Kiałki, a właściwie jej odwagi, o której i tak nie umiałabym powiedzieć wszystkiego.