como espiar sin descargar nada press localizar numero movil here exposed cell pics programas para espiar por satelite el mejor espia gratis de whatsapp mua giong ong noi necesito espiar espia mensajes de texto de celulares telcel gratis como funciona spyphone pro como espiar blackberry messenger descargar programa prism espia

O(d)czarowanie. (Roz)czarowanie?

odczarowanie, kuratorki
odczarowanie, kuratorki

Wystawa "Odczarowanie" w zielonogórskiej BWA (29.09-20.10.2007) z założenia miała dokonać dekonstrukcji fałszywych przekonań narosłych wokół procesów o czary. Chodziło o próbę przewartościowania fałszywej pamięci historycznej i demitologizację postaci czarownicy. Jak napisały kuratorki (Małgorzata Devosges-Cuber, Gabriela Jarzebowska, Joanna Stembalska, dla których ekspozycja jest wystawą dyplomową, kończącą studia kuratorskie): "Projekt ma stanowić próbę odpowiedzi na pytanie, na ile czas i wyobraźnia modyfikują naszą wizję historii i w jaki sposób zdeformowana postać pamięci o niej funkcjonuje w społecznej świadomości. Artystyczne egzorcyzmy, podejmowane między innymi w formie instalacji, prac wideo, warsztatów i performance'ów mają ponownie przywrócić minione wydarzenia do życia".

Założenia wystawy są więc frapujące i ciekawe. Wiele można by się spodziewać również po nazwiskach zaproszonych artystów. To w większości znani twórcy mainstreamowi, tacy jak: Paweł Althamer, Anna Baumgart, Bogna Burska, Rafał Jakubowicz, Zuzanna Janin, Robert Kuśmirowski, grupa Sędzia Główny i inni.

A jednak, choć otwarcie wystawy zapowiadało się wielce obiecująco, coś zawiodło, coś nie wypaliło i miało się wrażenie, że próżno szukać owego "odczarowania". Na usprawiedliwienie dodać można, że jeszcze nie wszyscy artyści wykonali swoje prace. Paweł Althamer ma, na finisaż wystawy, przyjechać z prawdziwą czarownicą, z którą będzie występował w teatrze, zaś Robert Kuśmirowski dokona ekshumacji czarownicy. Zaletą wystawy jest też jej pewna efemeryczność, nieokreśloność i niedopowiedzenie. Wynika to przede wszystkim z faktu, że większość projektów odbywa się w przestrzeni miasta, w którą weszli artyści szukając pamięci miejsc, próbując dokonać odczarowania, lub przeciwnie - zaczarowania tych miejsc.

otwarcie wystawy, Wojciech Kozłowski i duet Sędzia Główny
otwarcie wystawy, Wojciech Kozłowski i duet Sędzia Główny

Jednakże ta cecha wystawy jest tyleż jej zaletą, co i wadą, może dlatego, że do końca wystawa nie została dopracowana. Zawiódł sprzęt. I tak na przykład projekcja wieloznacznego napisu Rafała Jakubowicza (Small brothers watching you, Bitches) nad drzwiami Galerii BWA bardzo szybko przestała działać, nie działała również jedna z dźwiękowych instalacji Bogny Burskiej, a do niektórych prac po prostu było ciężko dotrzeć, lub się na nie natknąć (jak np. na autobus z pracą Jadwigi Sawickiej: "NA JEDNEGO CZAROWNIKA - DZIESIĘĆ TYSIĘCY CZAROWNIC", wydaje się zresztą, że jedną z ciekawszych prac na tej wystawie.).

Cała ta wystawa sprawiała, przynajmniej w dniu otwarcia wrażenie niedopracowanej, panował mały rozgardiasz, a przede wszystkim miało się wrażenie, że w większości zaproszeni artyści poszli po najmniejszej linii oporu, nie zadając sobie zbyt wiele trudu z rozpracowaniem tematu, podjęciem wyzwań postawionych im przez kuratorki i poradzeniem sobie z nimi (jak na przykład znakomity duet Sędzia Główny, który tym razem wystąpił jedynie z psikawkami z wodą (święconą?, a może "z procentami"?), a że działo się to podczas otwarcia wystawy, wywołało przede wszystkim wrażenie zabawy (jak podczas Śmingusa-Dyngusa).

A teraz o wyjątkach, a więc tych pracach, które wydają się nam najciekawsze. Po pierwsze to instalacja Anki Leśniak w ciemnym zaułku Zielonej Góry, gdzie na odrapanej ścianie jednej z kamienic umieszczone zostały niewielkiej wielkości płaskorzeźby popiersi mieszczanek - czarownic (wykonane w formie kamieni hańbiących), zaś napis umieszczony przy tych wizerunkach informuje o tym, że tylko kobiety skazywano na noszenie kamieni hańbiących i była to kara za gadulstwo, krzykliwość i cudzołóstwo. Napis informuje też, że w tym miejscu był kiedyś Ogród Kata. Ta praca to interesujący, ciekawy, dobrze zrobiony projekt przedstawiający grę z miejscem, w zasadzie wgryzający się w jego tkankę (zwraca uwagę ów zaułek swoją niepozornością, zaś ściana jest odrapana i byle jaka), natomiast artystka ujawnia przez swą pracę historię tego miejsca, wskazując na to, co dziś wydaje się bezsensowne, a kiedyś musiało być dla tak wielu kobiet dotkliwe, co było narzędziem władzy i zastraszenia wobec kobiet, które nie do końca wpisywały się w ówczesne ramy kobiecości. To właśnie przywołanie owej pamięci miejsca, przypomnienie o tym, co dawno już zapomniane, ze wstydem wymazane (jak zielonogórskie procesy "czarownic", które były punktem wyjścia dla idei wystawy). To chyba jedyna praca dokonująca głębokiej analizy miejsca (ciekawe jest też kompozycyjne ułożenie tych czarownic, tak że tworzą one swą formą swego rodzaju nieistniejący daszek). Być może byłaby szansa, żeby powstało więcej tego typu prac, gdyby do wystawy zaproszono artystów lokalnych (wyjątkiem jest tu Aleksander Janicki), bardziej znających/czujących tkankę tego miejsca. Praca Anki Leśniak wchodzi też w subtelny dialog z współczesną tkanką miasta, wykorzystując malowane na murach symbole. Toteż na murze kamienicy widzimy między innymi swastykę, ale też symbole anarchistyczne. Artystka pyta więc poprzez swoją pracę o polowanie na czarownice wczoraj i dziś. Kto współcześnie pełni rolę czarownicy, a kto kata?

 instalacja Anki Leśniak
instalacja Anki Leśniak

instalacja Anki Leśniak, fragment
instalacja Anki Leśniak, fragment

instalacja Anki Leśniak, napis
instalacja Anki Leśniak, napis

W zasadzie to samo pytanie pojawia się w filmie Ani Baumgart ("Kuba"), będącym efektem kilkudniowych warsztatów, które artystka przeprowadziła z zielonogórską młodzieżą, prosząc ich o znalezienie w swoim otoczeniu osoby, która może być odpowiednikiem czarownicy. W efekcie powstał niesamowity film o młodym chłopaku z Zielonej Góry, który jest gejem oraz wyznaje wiarę pogańską (wielbiąc między innymi rogatego jelenia i odprawiając rytuały przy użyciu ziół). Sytuacja chłopaka jest tym dziwniejsza, że mieszka on w jednym pokoju ze swoim bratem bliźniakiem, który jest neofaszystą.

O współczesne czarownice, ale w oderwaniu od kontekstu miejsca, a raczej w nawiązaniu do współczesnej sytuacji kobiet w Polsce, zakazu aborcji oraz związanych z tym publicznych awantur, spytała w swojej pracy Aleka Polis. Stworzyła znaki, które rozmieszczone są w różnych punktach miasta, na latarniach, vis-a-vis kościoła, przy murach. Na znakach tych widnieje statek, który płonie na symbolicznym stosie. Praca ma tytuł "Women on Wave" i jest jednoznacznym odniesieniem do wizyty w Polsce holenderskiej organizacji "Women on Waves" - organizacji, która drogą morską dociera do krajów, w których zabroniona jest aborcja i na statku dokonuje farmakologicznych aborcji. Jednakże ta praca, o ostrym wydźwięku politycznym i feministycznym, mogła być zrozumiała jedynie dla wtajemniczonych, a mianowicie tych, którzy znali jej tytuł. Bo to właśnie on odnosił się do wydarzeń z Władysławowa, do którego latem 2003 roku zawitał słynny Langenort i gdzie wspierające akcję polskie feministki zostały potraktowane przez młodzieńców związanych z Młodzieżą Wszechpolską jak prawdziwe czarownice - były wyzywane, opluwane, obrzucane farbą, pomidorami, jajkami, a nawet kamieniami. Ale tytuł pracy Aleki Polis można było poznać jedynie z folderku towarzyszącego wystawie, w przestrzeni miejskiej nie był nigdzie umieszczony i w efekcie efemeryczny znak ze statkiem na stosie (co ciekawe niektórym kojarzący się z płonącym krzyżem), znak umieszczony obok plakatów wyborczych, niewiele mówił przechodniom nieznającym tytułu.

W ogóle wydaje się, że cała ta wystawa była przede wszystkim wystawą dla wtajemniczonych (a może dla wiedźm, czyli wiedzących?). Ciekawe instalacje dźwiękowe Bogny Burskiej, umieszczone między innymi przed galerią, przed teatrem, w kwiaciarni oraz w herbaciarni emitujące różnego rodzaju dźwięki ze współczesnych filmów o czarownicach, także były zrozumiałe raczej tylko dla wtajemniczonych. Tych, którzy wiedzieli, że chodzi o filmy o czarownicach, jak również wiedzieli, że w niektórych miejscach trzeba się zatrzymać, postać dłużej, żeby ten dźwięk w ogóle usłyszeć.

Ciekawą pracą, choć stworzoną trochę na marginesie tematu jest wideo Zuzanny Janin zatytułowane "Fortune". To film ukazujący zbliżenia dłoni wykonujących różne czynności, jak mycie ciała, dotykanie drugiego człowieka, przygotowywanie posiłku, wystukiwanie liter na klawiaturze komputera oraz telefonu komórkowego. Wydaje się, że artystka w tej pracy, zwraca przede wszystkim uwagę na magię codziennych, zwyczajnych czynności. W kontekście całej wystawy można doszukiwać się też odniesień do bezpośredniego kontaktu kobiet z przedmiotami ich działań, i tych zwykłych i tych magicznych. Dawne znachorki, zielarki i czarownice nie izolowały się od materii życia, dotykały chorych ciał, własnoręcznie przyjmowały porody - w przeciwieństwie do mężczyzn, którzy od początku dążyli do wytworzenia dystansu w praktykach medycznych i pomocowych, dlatego stetoskopem zastąpili własne ucho i dotyk ciała chorego człowieka, a kleszczami - dłonie akuszerki itp. W bezpośredni kontakt z uczestnikami wernisażu wchodziła Janin w drugiej swojej pracy, akcji "Wróżenie". Artystka przebrana za wróżkę zapraszała kolejnych chętnych do swojego sanktuarium. Osobie, której miała zaraz powróżyć w miseczce wypełnionej czerwonym winem obmywała dłonie, potem osuszała je ręczniczkiem i, upewniając się, że delikwent rzeczywiście chce poznać swój los i okoliczności śmierci przepowiadała przyszłość.

Warto zwrócić przy tej okazji uwagę, że większość artystek i artystów, nie tyle dokonała w swych pracach "odczarowania", co raczej "zaczarowania". Wcielając się we wróżkę, przywołując współczesne czarownice obecne w kulturze popularnej, jednocześnie dokonując zaczarowania miejsc, no i przede wszystkim pytając o to, kto dzisiaj jest czarownicą, jak wyglądają współczesne polowania na czarownice. Można więc zapytać, czy mit czarownicy, którego exemplum jest stary, niemy film o czarownicach wyświetlany w galerii (zresztą fatalnie zestawiony z instalacją dźwiękową Bogny Burskiej, gdyż dźwięk z tej instalacji wydawał się dźwiękiem właśnie do tego filmu), czy ten mit został złamany, czy też przeciwnie utwierdzony? Czy "Odczarowanie" było więc zaczarowaniem, a może nawet rozczarowaniem? Oczywiście ostatnie słowo na wystawie nie zostało jeszcze powiedziane, nie wszystkie prace zostały zrealizowane, a w przyszłym roku ma odbyć się druga edycja wystawy, tyle, że we Wrocławiu. Miejmy nadzieję, że tym razem rozczarowań nie będzie.

Aleka Polis, Kobieta na fali
Aleka Polis, Kobieta na fali